Dlaczego zraniła własne dziecko?

0
150
dziecko
REKLAMA

Była sobota, dzień jak wiele innych. Anna od rana krzątała się po domu, karmiła synka, rozwieszała pranie i przygotowywała obiad. Jej mąż pospieszył do pracy jeszcze przed południem. Poprosiła starszego, 12‑letniego syna, by odkurzył dom. Było przed godziną pierwszą, kiedy chłopak zadzwonił do ojca.
– Mama strasznie krzyczy, bo chcę posprzątać później – skarżył się nastolatek. Anna miała wtedy powiedzieć, że nie wytrzyma i w końcu coś sobie zrobi. Nikt jednak nie brał na poważnie wykrzyczanych w nerwach słów.
Kilka minut po godzinie 18 w tarnowskim pogotowiu zadzwonił telefon. W słuchawce słychać było głos zdenerwowanego mężczyzny. Prosił, by wysłać karetkę na ul. Klikowską do domu syna, gdzie znajduje się poranione nożem niemowlę.
– Wnuczka znalazła żona. Zadzwoniła do mnie, bym wezwał pomoc – relacjonował tarnowianin. Dziwił się, że babcia nie zastała nikogo z dorosłych w domu. Wprawdzie 12‑letni wnuk dzwonił wcześniej do dziadków i mówił, że idzie grać w piłkę z kolegami, ale z siedmiomiesięcznym niemowlęciem powinna być jego matka. Gdy ratownicy pogotowia zjawili się na miejscu, maluch leżał w łóżeczku przykryty kocykiem, na jego ciele – po obu stronach szyi i nadgarstkach rąk – zauważono rany cięte. Obojga rodziców nie było – ojciec wciąż jeszcze był w pracy, matka, która powinna być przy dziecku – nie wiadomo gdzie.
– Dziecko było przytomne, nie płakało i nie krwawiło, nawet gaworzyło i uśmiechało się do ratowników. Lekarz powiadomił Szpitalny Oddział Ratunkowy i policję – wyjaśnia Kazimiera Kunecka, dyrektor tarnowskiego pogotowia.
Karetka zawiozła chłopczyka na Oddział Chirurgii Dziecięcej Szpitala św. Łukasza w Tarnowie, tam dziecko przeszło operację – lekarze zszyli mu ścięgna prawej ręki. Jego stan był stabilny i życiu nic nie zagrażało. Jednak zdaniem lekarzy, gdyby zadane rany były głębsze, mogłoby dojść do uszkodzenia naczyń i chłopczyk straciłby życie.
Niemowlę pozostało jednak w szpitalu, ponieważ nabawiło się zapalenia płuc. Lekarze informowali, że dziecko nie miało żadnych obrażeń wewnętrznych, ale było dość zaniedbane: niedożywione i z poważną anemią.
– Syn jest w trakcie leczenia, jeździmy z nim do kliniki w Prokocimiu – wyjaśniał ojciec. Maluch był chorowity, miał torbiel na wątrobie, problemy z nerkami, kiedyś lekarze podejrzewali u niego nawet groźnego wirusa.
W szpitalu przy łóżeczku zranionego dziecka czuwali jego ojciec i starszy brat. Nikt nie wiedział, gdzie jest 34‑letnia matka niemowlęcia – policjanci szukali jej w całej Małopolsce już od 19 września. Przeczesywali teren w pobliżu jej domu, brzegi Białej, nawet okoliczne lasy, jednak bez skutku.
W środę 25 września około godziny 9 na ulicy Bujaka w Krakowie kobieta poprosiła przypadkowego przechodnia o pożyczenie telefonu komórkowego. Wystukała na klawiaturze numer alarmowy policji i oznajmiła: To ja jestem matką niemowlęcia z Tarnowa. Przyjedźcie po mnie. Dokładnie sprecyzowała miejsce, w którym się znajdowała, i kilka minut później zabrał ją stamtąd policyjny patrol. Później została odwieziona do tarnowskiej prokuratury, gdzie została przesłuchana.
Anna W. przyznała, że to ona zraniła syna, wyjaśniła, w jakich okolicznościach do tego doszło, i opowiedziała, co robiła później. Śledczy przesłuchali również jej męża w charakterze świadka. Ze względu na charakter sprawy i dobro dziecka prokuratura nie ujawnia treści przesłuchań. Śledczy nie chcą również mówić o motywach, jakimi kierowała się 34‑latka.
Anna W. jest jedyną podejrzaną w tej sprawie.
– Prokurator przedstawił jej zarzut usiłowania pozbawienia życia dziecka poprzez kilkukrotne ugodzenie go nożem w szyję i przedramiona, co spowodowało u niemowlęcia obrażenia – mówi Elżbieta Potoczek‑Bara, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
Co skłoniło 34‑latkę do zadania własnemu dziecku ran nożem? Anna miała problem z alkoholem, zdarzało się, że znikała z domu na dwa lub trzy dni, a potem wracała, błagała o przebaczenie i znowu była przykładną żoną i matką. Kilka lat temu kobieta była na odwyku w klinice, ale po urodzeniu najmłodszego syna dobrze opiekowała się maluchem. W ostatnim czasie mogła cierpieć na depresję: była drażliwa, zdenerwowana, o wszystko się martwiła i wszystko widziała w ciemnych barwach. Kiedyś usiłowała nawet popełnić samobójstwo. Małżonkowie sprzeczali się o wiele rzeczy, mniej lub bardziej poważnych. W ubiegłym roku do ich domu przyjechali nawet policjanci, by uciszyć kłócącą się parę.
Anna W. została zatrzymana. Grozi jej od 8 lat więzienia aż do dożywocia.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o