Domowe piekło

0
151
Domowe pieklo
REKLAMA

Dwa razy adopcja

REKLAMA

Maria – lekarka około czterdziestki, zajmująca się diagnozowaniem oraz leczeniem wad i nieprawidłowości zgryzu u dzieci, siedem lat temu wyszła za mąż za Ryszarda – nauczyciela akademickiego. Po ślubie zamieszkali w USA, dzieci nie mieli. Ryszard, współpracujący z fundacją pomagającą w leczeniu chorych sierot z Polski oraz szukającą dla nich przyszłych rodzin, nawiązał kontakt z ośrodkiem preadopcyjnym dla porzuconych noworodków w Częstochowie. Na adopcję noworodka długo nie czekał. Po telefonie, że mogą adoptować chłopczyka, który urodził się z atopowym zapaleniem skóry, natychmiast wrócili do kraju. Błyskawicznie załatwili wszystkie formalności i po kilku tygodniach Łukaszek był już w domu państwa G. w Tarnowie.
Dwa lata później, w 2008 roku, skontaktowała się z nimi nieuleczalnie chora, była znajoma Ryszarda, która w USA samotnie wychowywała czteroletniego Mateusza. Małżonkowie postanowili, że po jej śmierci adoptują chłopca i tak też się stało. Mateusz szybko zaakceptował nową mamę, a przybrany ojciec dbał o to, aby nie zapominał o biologicznej matce. Zabierał chłopca często na jej grób, zachęcał go też, aby patrząc w niebo, rozmawiał ze zmarłą mamusią…

 

Niech liże swoje siki…

Rodzinna sielanka skończyła się, gdy wyjechali na Teneryfę, by tam przywitać nowy 2009 rok. – Wyszedłem z hotelu, ale czegoś zapomniałem i niespodziewanie dla żony pojawiłem się w hotelowym pokoju po kilku minutach. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. Mateusz klęczał i lizał prześcieradło, na które w nocy się zsikał – opowiada Ryszard. – Przerażony chłopiec rzucił mi się na szyję i powiedział, że mama z nim zawsze tak robi. A jeszcze bardziej zaszokowało mnie tłumaczenie żony, że czytała gdzieś, iż psu, gdy się zsika na dywan, trzeba w to miejsce wkładać pysk, aby się oduczył…
Ryszard mówi, że Mateusz moczył się w nocy, myślał jednak, że z wiekiem z tego wyrośnie. – Dopiero później różni ludzie zaczęli mi uświadamiać, że to mogło być na tle nerwowym – kontynuuje. – Relacje syna z żoną pogarszały się, dręczeniu Mateusza nie było końca. Jeszcze w Stanach bardzo lubił oglądać bajki Disneya, odliczał więc na paluszkach dni do soboty, kiedy były emitowane w telewizji. Ale wówczas żona chciała oglądać coś innego, na przykład program o uprawie buraków, w dodatku mówiła chłopcu, że telewizor kupiony został za jej pieniądze i on nie ma do niego żadnych praw. Co z tego, że jeździliśmy na wypoczynek do luksusowych ośrodków, skoro dzieci nie mogły wejść do basenu czy pojeździć na nartach, bo codziennie miały jakąś karę. Lekarze, znajomi żony, z którymi wspólnie wyjeżdżaliśmy, mówili: chłopie, coś z tym musisz zrobić…
Na niewiele zdało się szukanie przez Ryszarda pomocy w specjalistycznych poradniach, Maria odmawiała spotkań z psychologiem, w dodatku większość osób, do których kierował się po poradę, to byli znajomi żony. – Żona traktowała Mateusza coraz gorzej – twierdzi Ryszard. – Kiedyś po powrocie z wykładów w Krakowie dowiedziałem się, że godzinami stał w kącie, gdy się odwrócił lub przykucnął, bo nie wytrzymywały kolana, dostawał nową karę. Żona zwolniła naszą gosposię, bo ponoć powiedziała jej, że pójdzie do piekła za to, co z dzieckiem wyprawia…

 

Bo cię utopię…

– Kiedyś na chwilę wyszedłem przed dom, nie było mnie może pięć minut – mówi łamiącym się głosem Ryszard. – Nagle usłyszałem krzyk dziecka. Wróciłem, Mateusz płakał, powiedział mi, że mamusia go uderzyła. Uspokoiłem go, położyłem spać, a na drugi dzień zaprowadziłem do przedszkola. Wkrótce telefon z przedszkola, że syn przewrócił się, leży na dywanie i nie może wstać. Pojechałem. Dziecko wymiotowało, więc pomyślałem, że się czymś zatruł, ale po badaniu lekarz pediatra oznajmił mi, że Mateusz jest ciężko pobity, ma wstrząs mózgu i musi iść do szpitala. Po moich prośbach zgodził się, abym zabrał syna do domu, ale miałem reagować natychmiast, jeśli jego stan się pogorszy. Sytuacja powtórzyła się w święta Bożego Narodzenia w 2009 roku. Syn wrócił od teściów z rozbitą głową, miał widoczne na głowie ślady po pierścionkach, tych samych, które żonie kupiłem w prezencie… Sytuacja stawała się nie do zniesienia, żona wymyślała coraz bardziej niestworzone historie, domagając się ode mnie karania chłopców. Gdy włożyła głowę Mateusza do muszli klozetowej, spuszczała wodę i groziła utopieniem, poszedłem na policję…
Przesłuchano świadków. Ich zeznania potwierdzały, że w domu państwa G. działo się coś złego. „Łukasza traktowała bardzo dobrze, a do Mateusza odzywała się bardzo ostro. Zaobserwowałam, że on się jej boi – zeznawała koleżanka Marii, również lekarka. –Gdy kiedyś przy obiedzie zapytał, czy może odejść od stołu, bardzo ostro mu odmówiła. Na drugi dzień mieliśmy iść na narty, ale rano nie było Mateusza. Zapytałam Ryszarda dlaczego i dowiedziałam się, że Maria mu zabroniła, bo dziecko ma karę… Kiedyś spotkałam się z lekarką Mateusza i powiedziała mi, że chłopiec był pobity (…) Wcześniej Maria mówiła mi, że chyba niepotrzebnie adoptowali Mateusza, że nie jest w stanie go zaakceptować i pokochać.”
„Kiedy Mateusz z ojcem bywali u mnie w domu, zdarzały się sytuacje, że dziecko prosiło, żeby nie wracali do domu – zeznawała znajoma Ryszarda, 64‑letnia emerytka. – Mateusz powiedział mi, że matka się nad nim znęca. Pokazywał mi, jak biła go pięściami po głowie, kiedy tatuś wyszedł na chwilę z domu…”
Jeszcze bardziej szokujący obraz maltretowanego chłopca wyłania się z tego, co w obecności biegłego psychologa sądowego zeznał sam Mateusz. „Mama mi mówiła, że mnie nie kocha i nie cierpi (…) Miałem zdjęcie mojej mamy, która mnie urodziła, i mam książki po niej, ja sobie zdjęcie mamy schowałem za szafą, jak je oglądałem, to zobaczyła mama Maria. Wyrwała mi to zdjęcie, potargała na cztery części i mówiła, że więcej nie wolno mi takich zdjęć oglądać (…) Raz było tak, że jak się zsikałem, to mama mi wkładała głowę w te siki, zawsze mi kazała wkładać głowę w te siki, ale nie wiem dlaczego (…) Jak Łukasz dał mi cukierka, to ona mi mówiła, że mam wypluć, bo to był cytrynowy cukierek, mój ulubiony. Łukasz się wszystkim ze mną dzieli i nawet jak był miś – witaminka, to mi dał ostatniego. Mama wtedy mi kazała wypluć do sedesu i spuszczała wodę, i powiedziała, że jak nie wypluję, to mnie utopi. Łukasz walnął mamę pięścią w udo, on mnie bronił, żeby mnie zostawiła w spokoju. Ja nie wyplułem cukierka, bo go wcześniej połknąłem” – to tylko niektóre cytaty z rozmów z psychologiem.

 

Zatrzymanie i zarzuty

Po zapoznaniu się ze zgromadzonym przez policjantów materiałem dowodowym prokurator zdecydował o zatrzymaniu matki Mateusza. Postawiono jej zarzut psychicznego i fizycznego znęcania się nad sześcioletnim Mateuszem w okresie od grudnia 2008 do 23 czerwca 2010 roku w ten sposób, że: „krzyczała na niego, zwracała się, mówiąc, że jest diabłem, gnojem, brudasem, groziła mu wyrzuceniem z domu wraz z ojcem oraz rozwiązaniem adopcji, mówiła dziecku, że go nie kocha, biła pięściami po głowie, zanurzała twarz dziecka w jego plamie moczu oraz wkładała głowę do muszli klozetowej, nakazując wyplucie cukierka i grożąc, że jeżeli tego nie zrobi, to go utopi” tj. o czyn z art. 207 par. 1 kk.
Po opuszczeniu aresztu lekarka przez pewien czas objęta była dozorem policyjnym, a w październiku ub. roku do Sądu Rejonowego w Tarnowie przesłany został akt oskarżenia. Jednocześnie sędzia Sądu Rodzinnego – po zapoznaniu się z pismem od policji – postanowił wszcząć z urzędu postępowanie o pozbawienie Marii G. władzy rodzicielskiej nad Mateuszem i Łukaszem.
Sprawy w sądach utknęły jednak w martwym punkcie, a lekarka z zarzutami znęcania się nad dzieckiem ma wyłączną, w zasadzie przez nikogo niekontrolowaną opiekę nad Łukaszem. Tylko nad Łukaszem, bo Ryszard z Mateuszem wyprowadził się z domu i zamieszkali w innej części Tarnowa.
Jak poinformował nas sędzia Tomasz Kozioł, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Tarnowie, matka dzieci złożyła pozew o rozwód z mężem i ustalenie praw rodzicielskich, dlatego postępowanie przed Sądem Rodzinnym zostało zawieszone. – Natomiast przed sądem karnym pierwsza rozprawa odbyła się 18 stycznia, ale zakwestionowana została rola ojca jako oskarżyciela posiłkowego. Zwrócono się do Sądu Rodzinnego o ustanowienie kuratora dla pokrzywdzonego dziecka, a to trochę potrwa. W dodatku sędzia prowadzący tę sprawę jest bardzo zaangażowany w dwie inne sprawy o podłożu gospodarczym. M.in. rozwikłać ma kwestię piramidy finansowej, gdzie do przesłuchania jest 3,5 tysiąca świadków, dlatego termin kolejnej rozprawy, ustalony na 12 i 13 kwietnia, jest pierwszym jak najbardziej realnym – stwierdził rzecznik.
Czy biorąc po uwagę dotychczasowe wydarzenia, nikt naprawdę nie zastanowił się, co się może w ciągu tych kilku miesięcy stać dziecku będącemu pod niekontrolowaną „opieką” matki…?

 

Psycholog: Mateusz nie kłamie

Pani Maria, gdy pierwszy raz do niej zadzwoniliśmy, oświadczyła, że sprawa jest w sądzie i nie wolno o niej pisać, ale poprosiła o kolejny telefon tego samego dnia, gdy zapyta adwokata, czy może rozmawiać z dziennikarzem. Podczas kolejnej rozmowy powiedziała, że rozmawiać nie będzie, dodała również, że mąż obiecał ją zniszczyć i teraz realizuje swój plan.
Ojciec Mateusza jest często wzywany do szkoły chłopca, bo dziecko zadziwia nauczycieli swoimi opowieściami. Ostatnio chłopiec wprawił w zakłopotanie siostrę zakonną na lekcji religii, kiedy wyznał, że matka powiedziała mu, iż jest diabłem i kiedyś będzie mordował ludzi. Czy fantazjuje?
Badający chłopca na zlecenie sądu psycholog wykluczył u Mateusza skłonności do konfabulacji i kłamstwa. Jego zeznania psychologowie uznali za spójne, logiczne i wiarygodne. „Jest chłopcem otwartym, pogodnym, prawidłowo funkcjonującym w relacjach społecznych” – przeczytać można w opinii biegłego psychologa.
Inaczej sytuacja wygląda w przypadku jego młodszego brata. Czteroletni Łukasz nie nawiązał jakiegokolwiek kontaktu z psychologiem, nie odpowiedział na żadne pytanie: zatykał buzię, pluł i płakał. Psycholog napisał, iż zaobserwował u niego zakłócenia w sferze emocjonalnej, manifestujące się wrogością, niechęcią i nieadekwatnymi do sytuacji zachowaniami. Podkreślił również, że jest bardzo związany z Mateuszem.

 

System szwankuje?

W całej sprawie dziwić może brak zdecydowanych działań w interesie dzieci powołanych do tego celu instytucji. Przecież o tym, co dzieje się w domu państwa G., wie mnóstwo ludzi. Ryszard zapewnia, że o sytuacji Mateusza rozmawiał z dyrekcją przedszkola, z tarnowską delegaturą kuratorium oświaty, interweniował w urzędzie miasta, pisał do Rzecznika Praw Dziecka… System szwankuje? A może lenistwo i wygodnictwo urzędników?
Dyrektorka tarnowskiej delegatury Małopolskiego Kuratorium Oświaty Urszula Blicharz przyznaje, że swego czasu do wizytatora zgłosił się mężczyzna, który opowiadał o sytuacji swoich dzieci, ale nie złożył pisemnego zawiadomienia. – Jego wizytę potraktowaliśmy jako prośbę o poradę – stwierdziła. – Nie otrzymaliśmy też zgłoszenia z przedszkola, że dzieje się krzywda jednemu z ich podopiecznych. Pani dyrektor, z którą przed chwilą rozmawiałam, poinformowała mnie, że z sytuacją chłopca zapoznany został urząd miasta, który z kolei zgłosił problem ośrodkowi adopcyjnemu.
– Mateusz był miłym, grzecznym i zadbanym dzieckiem – zapewnia dyrektorka Przedszkola nr 22 w Tarnowie, Helena Stefan. – Nie zauważyliśmy żadnych niepokojących sygnałów poza zdarzeniem, gdy chłopiec wymiotował, a po kilkudniowej nieobecności ojciec poinformował nas, że miał wstrząs mózgu wskutek pobicia. Jeśli tak było rzeczywiście, to obowiązek zawiadomienia policji spoczywał na badającym dziecko lekarzu.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o