Dwaj bracia z Tarnowa

0
55
Niepełnosprawni, bez pracy, zdani na siebie, mieszkają w przybudówce bez bieżącej wody, toalety, gazu…
REKLAMA

– A Tarnów odwiedzam po 72 latach – podkreśla Zbigniew Stelmach.Z Tarnowa do KozielskaBracia opuścili Tarnów w 1939 roku. Starszy z nich miał wówczas siedemnaście lat, młodszy – czternaście. – Nasz ojciec, Roman Stelmach, był oficerem – opowiada Ryszard Stelmach. – Na początku września 1939 roku musiał wyjechać z Tarnowa. Nas zabrał ze sobą. 17 września zostaliśmy wzięci do niewoli przez wojsko sowieckie i wywiezieni do Kozielska, gdzie rozdzielono nas z ojcem. My dwaj – nieletni – dostaliśmy standardowy wyrok: 20 lat ciężkich robót. Pracowaliśmy w fabryce produkującej prowiant dla wojska w okolicach Kozielska po południowej stronie Wołgi. Ojca zabrano do obozu dla oficerów. Zginął w Katyniu. %

REKLAMA

– Ja byłem młodszy i raczej nieduży, powiedziałem więc, że mam 12 lat. Miałem lżej – kazano mi wyrabiać pół normy. Brat, który był wyższy i wyglądał na dorosłego, musiał wyrabiać pełną normę – dodaje Zbigniew Stelmach.

Bracia pracowali w lasach nad Wołgą, głodowali, chorowali, doczekali jednak amnestii. Zwolnieni z przymusowej pracy na piechotę dotarli do Kujbyszewa, by się dostać do armii Andersa. – Mnie chcieli wcielić do junaków. Przydało mi się jednak doświadczenie z harcerstwa i zajęć przysposobienia obronnego, które prowadził ojciec – posłali mnie do podchorążówki rezerwy piechoty.‑ wspomina Zbigniew Stelmach. – Przewieźli nas do Persji – byłem w Teheranie, potem z Abchazie…Przed i po Monte Cassino– Ja skończyłem podchorążówkę w Rosji, w Kara‑Suł. – opowiada swoje dzieje starszy z braci, Ryszard. – Brata wysłali statkiem wcześniej, ja płynąłem jednym z kolejnych transportów. Nie bardzo chcieli nas wypuścić. Bawili się nami – na statek przechodziliśmy po wąskiej, chybotliwej desce. Kto spadł, zostawał w Rosji. Byłem chory, też spadłem, ale nie do wody – już na pokład statku. Przewozili nas stłoczonych pod pokładem w niesamowitym ścisku i upale – część ludzi po prostu się udusiła. Po perskiej stronie wysadzili nas na plażę, rozebrali do naga, ogolili, wysmarowali środkiem przeciw wszom, dali nowe ubrania. Po sześciotygodniowej kwarantannie – wielu z nas chorowało na tyfus – wcielono nas do wojska. Najpierw byliśmy w Persji, potem w Iraku, Palestynie i w Egipcie. Z Aleksandrii „Batorym” popłynęliśmy do Włoch.


Obaj bracia brali udział w bitwie pod Monte Cassino. Młodszy został przy tym ranny – ręka nigdy już nie wróciła do pełnej sprawności. Pokazuje dawną fotografię: – To ostatnie zdjęcie, na którym miałem jeszcze dwa łokcie… Był w szpitalu w południowych Włoszech i w Egipcie. Lecząc się, uczył, zdał maturę, nauczył się języka angielskiego. Przez jakiś czas pracował w służbie kwatermistrzowskiej polskiego szpitala. Potem, już w Irlandii, podjął studia medyczne. – Pracując w szpitalu, poznałem żonę. Też była z Polski, ze Śląska. Utalentowana rzeźbiarka – podczas konkursu z okazji koronacji królowej Elżbiety, już w Anglii, dostała jedną z trzech głównych nagród. Korespondowaliśmy siedem lat, wreszcie w 1954 roku pobraliśmy się w Londynie.

Bracia ponownie odszukali się w Szkocji. Starszy przeszedł z wojskiem całą kampanię włoską. – Proponowano mi, żebym został we Włoszech, zdecydowałem się jednak na wyjazd do Anglii. Tam pracowałem jakiś czas jako oficer przygotowujący żołnierzy do przejścia do cywila, potem podjąłem studia. Po studiach pracowałem w różnych zawodach – także np. jako kierowca autobusu. Nie do końca mi ufano, sprawdzano moje przekonania polityczne… Ale szło mi dobrze – ożeniłem się, urodziły się dzieci, zacząłem pracować w dobrej firmie. Z czasem kupiłem dom w Hiszpanii i tam zamieszkaliśmy. Dopiero ostatnio ze względu na chorobę żony wróciliśmy do Anglii.Spotkanie po latachBracia rozstali się w latach sześćdziesiątych, gdy młodszy, Zbigniew, zdecydował się na wyjazd do Australii, gdzie poszukiwano lekarzy. Wyjechał wraz z żoną i czwórką dzieci urodzonych w Irlandii i w Anglii. – Moje córki także są lekarzami. To one – w kontakcie z dalszymi krewnymi w Polsce – zorganizowały ten wyjazd i spotkanie z bratem. To dzięki nim mogę po ponad siedemdziesięciu latach odwiedzić Tarnów – mówi Zbigniew Stelmach.
Mimo wielu lat na emigracji jego rodzina – podobnie jak rodzina brata – mówi po polsku i zachowuje polskie tradycje. Zbigniew Stelmach pisuje wiersze – po polsku i po angielsku.
Starszy z braci odwiedził na krótko Polskę w latach sześćdziesiątych i w 2007 roku. Brata jednak nie widział – przed tarnowskim spotkaniem – od pięćdziesięciu lat.
– Kiedy mój brat wszedł do pokoju, byłem bardzo wzruszony, łzy stanęły mi w oczach. Ja nigdy nie płaczę – to tylko moje oczy się pociły – żartuje prawie 90‑letni Ryszard Stelmach. – Brata, oczywiście, poznałem od razu. Nic się nie zmienił. No, może trochę odmłodniał…
Podczas pobytu w Tarnowie Ryszard i Zbigniew Stelmachowie nie tylko oglądali rodzinne miasto po latach, odwiedzali także zapamiętane z dzieciństwa miejsca. – Wyjechaliśmy nagle i w bardzo młodym wieku, pamiętamy jednak sporo – mówi Ryszard Stelmach. ‑Takie wydarzenie z dzieciństwa: szliśmy z matką i bratem ulicą. Zbyszek, wtedy jeszcze mały chłopiec, zapytał o szyld przy bramie. Mama wyjaśniła, że tu przyjmuje lekarz. Zbyszek powiedział: „Ja też będę lekarzem…” Jak widać, mimo bardzo zmiennych kolei losu zrealizował to marzenie.
W Tarnowie spędzili tydzień. Odwiedzili też kilka innych miejsc w Polsce. – Jestem szczęśliwy, że mogłem po tylu latach wrócić do kraju, spotkać rodzinę. Tyle wspomnień, wzruszeń, tyle głębokich wrażeń! – mówi Zbigniew Stelmach.
Czy wrócą do Polski? Kto wie…? Starszy z braci jest dobrej myśli. – Kiedyś – patrząc z perspektywy chłopców, którzy wywiezieni z Polski do Rosji trafili na Bliski Wschód, do Afryki, Włoch, Anglii –świat był ogromny. Teraz skurczył się – w godzinę czy dwie mogę dostać się z Anglii lub Hiszpanii do Polski, w jeden dzień dotrzeć można z Australii – mówi Ryszard Stelmach. – Niedługo skończę 90 lat. A jak skończę sto – zobaczę. Jak mi się to spodoba, może zacznę następną setkę…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o