Filmowe szanse Tarnowa

0
105
REKLAMA

Z poprawką na Sandomierz
– Że jest to szansa dla malowniczych, atrakcyjnych turystycznie miast, to pewne – mówi Łukasz Maciejewski, krytyk filmowy, publicysta, tarnowianin. – Trzeba wziąć poprawkę na to, że Sandomierz był bardzo znany i licznie odwiedzany przez turystów jeszcze przed „Ojcem Mateuszem”. Warto dodać, że miasto to ma również poczesne miejsce w prozie Myśliwskiego czy Iwaszkiewicza. Dodajmy, że Sandomierz miał też trochę szczęścia – do serialu trafił na początku, zanim boom na pokazywanie się w serialach na dobre się zaczął. Dziś raczej nie zdarza się, by producent czy reżyser przychodził do urzędu miasta prosić o nakręcenie plenerów – przeciwnie, to miasta partycypują finansowo w produkcji filmowej, by pojawić się na ekranie. W Krakowie powstał nawet w tym celu Małopolski Fundusz Filmowy – instytucja dbająca o to, by krakowskie plenery pojawiały się w filmach. Oczywiście, nie wyklucza to możliwości, że miasto „zagra” tam, gdzie jest to zgodne z zamysłem twórcy. Tarnów, a ściślej – Mościcie, zawdzięcza tu sporo Wilhelmowi Sasnalowi, który realizuje w tej części Tarnowa już drugi swój duży projekt, wcześniej też zrobił kilka etiud. Filmy Sasnala to produkcje z dużym budżetem, pokazywane na festiwalach. Dla Tarnowa to lepsza promocję, niż w wykonaniu jakiejkolwiek agencji reklamowej. Być może miasto powinno wykorzystać szansę współpracy z reżyserami wywodzącymi się właśnie z Tarnowa i wesprzeć ich projekty. Czytałem np. niedawno scenariusz Marcina Wrony, którego akcja dzieje się w Tarnowie. Może miasto powinno się tym zainteresować?
Filmowa przeszłość
Predyspozycje filmowe Tarnów na pewno ma. W przeszłości zdarzało się, że na tarnowskiej Starówce kręcono filmy historyczne (np. „Ojciec królowej”). W Tarnowie powstało m.in. kilka scen węgierskiego filmu „80 huzarów” (reż. Sandor Sara), a niektórzy mocno dorośli już tarnowianie statystowali w swoim czasie w kręconym w okolicach Rynku i na ulicy Żydowskiej filmie biograficznym o Ludwiku Waryńskim. W zaułkach nad Wątkiem i w okolicach Burku kręcono także sceny ekranizacji powieści Emila Zegadłowicza „Zmory” (1979, reż. Wojciech Marczewski). O tym pamiętają dziś jednak tylko hobbyści.
W nowszych czasach tarnowska Starówka pojawiła się w niezwykłym, inspirowanym malarstwem Bruegla dokumencie Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż”. – Ale te ujęcia rozpoznają tylko tarnowianie – mówi Łukasz Maciejewski.
Znacznie mniej prestiżowo miasto Tarnów pojawiło się w jednym z odcinków „sądowego” serialu „Anna Maria Wesołowska”. Na szczęście tylko w jednym i tylko z nazwy – Tarnów posłużył tam bowiem za przykład małomiasteczkowego, nietolerancyjnego środowiska, którego ciasnota pojęć doprowadza parę bohaterów do przestępstwa…
Jak ocenia Andrzej Szpunar, dyrektor Muzeum Okręgowego w Tarnowie, miasto wciąż ma warunki, by stanowić dobry plener historycznych filmów, choć niekoniecznie w ostatnich czasach stały się one lepsze.
– Możliwości wykorzystania miejskiego pejzażu w filmach historycznych mamy na pewno rozległe – od wczesnego średniowiecza i renesansu po, powiedzmy, dwudziestolecie międzywojenne. Z drugiej strony nawet w sercu Starówki na Rynku trudno dziś byłoby znaleźć plenery na tyle „czyste”, by żadnych znaków nowych czasów – jak asfaltowe nawierzchnie czy plastikowe witryny – nie trzeba było maskować… No i trzeba by chyba Rynek trochę zaśmiecić… Z historycznych przekazów wiemy, że nigdy chyba otoczenie Ratusza nie było całkiem czyste… – dodaje z uśmiechem.

REKLAMA

Horror czy melodramat?
Pomarzyć jednak można. Jakie filmy można by dziś nakręcić w Tarnowie, bez specjalnego „charakteryzowania” miasta?
– Tarnów miał kiedyś liczną ludność żydowską i na pewno w dziejach niejedną historię związaną z tragicznymi losami tego narodu, jednak miejsca do nakręcenia takiego filmu trudno byłoby dziś znaleźć – ocenia Andrzej Szpunar. – Zabytków żydowskich nie zostało zbyt wiele, a te, które mamy, nie wyglądają na pewno tak, jak kiedyś. Jak mówiłem, mamy plenery do filmów historycznych, choć i te trzeba by trochę poprawić… A może jakiś horror czy film z „dreszczykiem”, kręcony np. na Starym Cmentarzu? Jest tam wiele zabytkowych, pięknych grobowców. Załóżmy, że dawna arystokratka lub żona rajcy powstaje z rodowej mogiły jako wampir, oczywiście bardzo dostojny i dystyngowany…
Maria Wardyń, główny specjalista ds. filmu Tarnowskiego Centrum Kultury, widziałaby w Tarnowie raczej miejsce akcji komedii romantycznej lub lekkiego melodramatu.
– Polskie horrory nigdy nie miały rekordowej oglądalności, natomiast komedie romantyczne krajowej produkcji, jakie by nie były, zawsze mogą liczyć na dobrą frekwencję w kinie – uzasadnia. – A Tarnów ma przecież wiele niezwykle malowniczych, fotogenicznych i romantycznych zaułków, ulic, skwerów…Tak, to byłoby dobre – przygody zakochanej pary w tarnowskich plenerach, najlepiej latem: rozmowy przy fontannach, nocne spacery po Starówce. Coś takiego na pewno mogłoby powstać…
W ocenie Jakuba Kwaśnego, tarnowskiego radnego, najlepszy byłby jakiś serial telewizyjny – nawet gdyby trzeba się było do niego dołożyć. – Popularność „Ojca Mateusza” czy „Lekarzy” na pewno znacząco przysporzyła popularności Sandomierzowi czy Toruniowi – mówi. – Oczywiście, taki wydatek zawsze będzie zawsze nieco kontrowersyjny – będą ludzie, którzy uznają to za świetny pomysł na promocję, a znajdą się i tacy, którzy uznają to za niepotrzebny wydatek. Osobiście – biorąc pod uwagę wielką popularność i oglądalność seriali – uważam to za dobry sposób, by Tarnów stał się miastem dobrze znanym, a może i turystycznie „modnym”. Składałem nawet kiedyś taki wniosek, dotyczący wykorzystania niestandardowych sposobów promocji miasta. Tym bardziej, że – w mojej ocenie – wydatek na taką promocję wiązałby się nie tyle z wygospodarowaniem osobnych środków, co przesunięciem pewnych kwot w budżecie. Naturalnie należałoby wybrać taki serial, który mógłby podkreślić walory miasta, a nie pokazywać je od tej „gorszej” strony – a więc może raczej nie „czarny kryminał” czy coś „w krzywym zwierciadle”, ale np. serial obyczajowy albo dobry wątek sensacyjny w plenerach i historycznych, i nowoczesnych…Albo coś o młodych ludziach w scenerii tarnowskich klubów i lokali?
– Na „Seks w wielkim mieście” raczej szans nie mamy – żartują tarnowscy licealiści. – Może polska wersja „Przyjaciół” – grupa studentów w wynajętym mieszkaniu? Albo serial muzyczny w którymś z tarnowskich liceów? Mamy w Tarnowie dobre cheerliderki…
Ciekawy pomysł ma Karolina, krakowianka związana rodzinnie z Tarnowem.
– Trzeba by jakoś nawiązać do tarnowskiego „bieguna ciepła”. Widziałabym tu taki motyw w stylu francuskim – saga o rodzinie zakładającej i uprawiającej pod Tarnowem winnicę. Trzeba by tylko trochę ten temat podrasować, żeby to była winnica duża i dochodowa, a jej właściciele nie musieli np. dorabiać uprawą kartofli i rzepaku… Można by wprowadzić pewne motywy krajoznawcze – np. błądzenie w Skamieniałym Mieście czy pokaz palm w Lipnicy…

Szczepanik jako temat
– Film w Tarnowie to na pewno dobry pomysł – mówi Maria Zawada‑Bilik, dyrektor Wydziału Marki UMT. – Po pierwsze, Tarnów ma tak zwartą, fotogeniczną zabudowę, że może stanowić tło dla historii rozgrywających się w naprawdę bardzo różnych czasach i miejscach – od polskiego średniowiecza, przez włoski renesans, po Austrię z czasów cesarstwa. Po drugie, to naprawdę skuteczna forma promocji. W ubiegłym roku mieliśmy w Tarnowie Noc Kabaretową – dziś wiemy, że program ten, nadawany z naszego miasta, obejrzało ponad 9 mln widzów!
Problemem są jednak pieniądze. Do sandomierskich wstawek w „Ojcu Mateuszu” dopłaca Zarząd Województwa Świętokrzyskiego. – W którym Sandomierz nie ma konkurencji, jeśli chodzi o malowniczość – podkreśla Maria Zawada‑Bilik. – W Małopolsce numerem jeden jest jednak Kraków. A samego samorządu Tarnowa nie stać, niestety, na serial. Co nie znaczy, że odpuszczamy – raczej przesuwamy ten projekt w czasie. A mamy taki, ściśle związany z Tarnowem projekt – od pewnego czasu myślimy o filmie fabularnym o życiu Jana Szczepanika. To życiorys, który wystarczyłby nawet na kilka filmów z wątkami nie tylko historycznymi, ale i sensacyjnymi, obyczajowymi, miłosnymi… Rozmawialiśmy nawet na ten temat z reżyserami i realizatorami telewizyjnymi – zgadzamy się, że powinien to być film fabularny z dobrym scenariuszem i dobrą realizacją. Oczywiście, nie jest to pomysł na jutro czy pojutrze – być może nawet na lata. Ale na pewno warto.
Co zaś do seriali telewizyjnych, są także brane pod uwagę. – Jakie? To nie taka duża różnica, prawie wszystkie to rodzaj „opery mydlanej” – uśmiecha się szefowa Wydziału Marki UMT. – Natomiast są, oczywiście, dla nas potencjalnie interesujące – bo są popularne. Jeśli nie będzie stać nas na cały serial, może wynegocjujemy gdzieś przynajmniej jeden odcinek…

Tarnowski, a nawet Sanguszko
– Ja bym tu widział plener na serię przygód polskiego Indiany Jonesa. Mógłby się nazywać Tarnowski – jako przedstawiciel bocznej linii dawnych właścicieli Tarnowa, albo nawet Sanguszko – gdyby książęca rodzina dołożyła się do produkcji. To by nawet nie było złe! – zapala się do pomysłu Kamil Szymczak, przedstawiciel handlowy, a prywatnie amator gier fabularnych. – Powiedzmy, że nasz bohater wraca do kraju przodków z Ameryki Południowej, gdzie terminował, szukając kryształowych czaszek i odkrywając zaginione miasta Inków. W Tarnowie ma odkryć – oczywiście! – podziemny tunel wiodący pod Górę Św. Marcina, którego plany znalazł ukryte wśród rodowych pamiątek… w jakimś kielichu z podwójnym dnem? Tunel jest dziełem – powiedzmy – templariuszy, którzy być może złożyli tam swoje legendarne skarby. A poza tym – o czym nasz polski Indiana z początku nie wie, ale dojdzie do tego – w czasie okupacji Niemcy odkryli fragment tunelu pod „Marcinką” i ukryli tam Bursztynową Komnatę. Z kim będzie walczył polski Indiana Jones? To oczywiste – z urzędnikami, którzy nie pozwolą mu niczego szukać bez góry zezwoleń i będą go ścigać na każdym kroku… Może nawet trafi do tarnowskiego Zakładu Karnego i to będzie okazja, by nakręcić tarnowską wersję „Ucieczki z Alcatraz” z dyskretnym wątkiem miłosnym…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o