Gdy życie poszło z dymem

0
76
REKLAMA

Wtedy trafił w ręce Piaseckich. Także nietutejszych. Pochodzą z Wielkopolski i Sądecczyzny i im również zamarzyło się życie w ciszy i zapomnieniu. Chcieli mieć swoje ustronne „rozlewisko”. Wzięli kredyt i zaczęli realizować marzenia. Ludmiła jest po anglistyce, Marcin skończył historię sztuki, zajmował się kiedyś dziennikarstwem, dziś fotografią. Mają dwójkę dzieci: Nikodema lat 10 i trzyletnią Lenę.
– W Radgoszczy zamieszkaliśmy w 2008 roku – opowiada Marcin. – Cieszyliśmy się, że uciekliśmy z dużych miast i że nasze dzieci będą miały fajne dzieciństwo. Na początku żyło się nam pomyślnie, bez wstrząsów.
Latem 2010 roku duża woda podeszła pod Radgoszcz i Piaseccy walczyli z powodzią, dwa lata później trąba powietrzna zrzuciła im dachy z dwóch budynków gospodarczych. Najgorsze stało się jednak 2 grudnia poprzedniego roku.
Ludmiła, która jest w ciąży, woli pisać niż opowiadać o tym, co się stało. Na Facebooku napisała: „W niedzielę, 2 grudnia, spalił się nam dom. (…) Siedzieliśmy przy stole, rozmawialiśmy, właśnie upiekłam chleb i muffinki, wróciliśmy ze spaceru z psem, nazbieraliśmy gałązek…”.
Ogień, który nagle pojawił się na poddaszu, kompletnie zaskoczył domowników. To sąsiad przybiegł do nich ze straszną wiadomością:
– Pali się u was! Uciekajcie!
Z pomocą ofiarnych ludzi w ostatniej chwili udało się wynieść z parteru część mebli i sprzętu.

REKLAMA

Dwa żywioły
– W Radgoszczy żyją wspaniali ludzie, jesteśmy im niezwykle wdzięczni, gminie także – podkreśla Marcin. – Starałem się jeszcze wydobyć z poddasza sprzęt fotograficzny, moje narzędzia pracy, ale tam już nie dało się wejść…
Dom, w którym nastąpiło zwarcie w instalacji, nadaje się do rozbiórki. Dzieła zniszczenia dokończyła woda, nie tylko strażacka. Trysnęła pod ciśnieniem z rury w domu zaraz po ugaszonym pożarze. Trudno było opanować gwałtowny wyciek. Ogień i woda, dwa żywioły, połączyły się w niszczycielskiej sile. W jednej chwili Piaseccy znaleźli się bez dachu nad głową. Na dwa tygodnie przygarnęła ich sąsiadka, Elżbieta Kogut, nauczycielka.
– Nie zrobiłam niczego nadzwyczajnego, mam duży dom, a tu chodziło jeszcze o dwójkę małych dzieci i kobietę w ciąży. Oni we wsi byli od niedawna, mało znani, ale ludzie ruszyli z pomocą. Radgoszcz to teren rolniczy, niebogaty, jednak mieszkańcy zareagowali. Kiedy państwo Piaseccy opuszczali nasz dom, na pożegnanie wszyscy się popłakaliśmy.
Gmina także pospieszyła z pomocą. Marek Kopia, sekretarz gminy Radgoszcz:
– Musieliśmy szybko coś dla nich znaleźć. W przysiółku Luszowic, Świerży, stoi budynek po dawnej szkole. Tam państwa Piaseckich ulokowaliśmy. Przyznaliśmy im też pomoc finansową w wysokości 10 tys. zł.
Zakład energetyczny potrzebował aż tygodnia na podłączenie prądu, w końcu się udało. Stara luszowicka szkoła znajduje się na skraju małego lasu, w spokojnej okolicy. Miło tu, ale to tylko tymczasowy dom. Trzeba myśleć o nowym.
„Straciliśmy miejsce, które nazwaliśmy naszym. Miejsce, w którym budowaliśmy nasze życie. Myślę, że szczęśliwe, choć proste i zwyczajne. Wypełnione śmiechem dzieci, garścią marzeń i pasji. Miejsce, w którym mieszkał zapach pobliskiego lasu i moich pierwszych chlebowych wypieków. Miejsce, w którym urodziła się Lenka…” – pisze Ludmiła Piasecka na Facebooku.


Pomoc z Internetu
Facebook w tej historii odgrywa dużą rolę. Do tego stopnia, że u Piaseckich zjawiła się ekipa TVN, by pokazać, jak wielką siłą są dziś serwisy społecznościowe.
Piaseccy mają w sieci wielu znajomych. Wynika to także z ich zainteresowań, poglądów i sposobu życia. Od lat kontaktują się z rodzicami, którzy uczestniczą w edukacji domowej i są dla swoich dzieci nauczycielami. Synek Piaseckich jest wybitnie zdolnym dzieckiem, mistrzem szachów, nie chodzi do szkoły, uczy się w domu, ale musi regularnie zdawać egzaminy z podstawy programowej.
Mają sporo znajomych także dzięki internetowej wymianie wakacyjnej, polegającej na wzajemnym goszczeniu się w swoich domach – w różnych miejscowościach, a nawet w różnych krajach. Dlatego informacja „Spalił się dom Ludmiły Piaseckiej” dość prędko obiegła kawałek świata. Jeszcze raz potwierdziła się siła Internetu, dzięki któremu łatwiej już nie tylko obalać krwawe dyktatury, ale liczyć też na pomoc w bardziej zwyczajnych sprawach. Tradycyjne instytucje wsparcia to już nie wszystko.
Reakcja na apel o pomoc dla pogorzelców z Radgoszczy, zamieszczony na forach i blogach, jest nadzwyczajna. Liczne wpisy to próba pomocy psychicznej, dodania otuchy. Ktoś nawet radził, by Piaseccy zbudowali sobie teraz dom z gliny i słomy. Jest też pomoc bardziej konkretna – na konto Piaseckich internauci przysyłają pieniądze. Pytają, czego potrzebują najbardziej.
– O najbardziej potrzebne rzeczy dla nas zadbali już miejscowi. Mieliśmy od nich tyle deklaracji pomocy, że moglibyśmy umeblować nie jedno, lecz cztery mieszkania – mówi Marcin Piasecki. – Od internautów dostaliśmy także monitor komputerowy i sprzęt fotograficzny. To dla mnie bardzo ważne. Bez komputera i sprzętu ja nie zarabiam, nie istnieję.
Z Internetu o nieszczęściu rodziny Piaseckich dowiedziało się też wydawnictwo, z którym współpracuje Ludmiła, jako autorka ebooków. Zaoferowało pomoc.
W sieci odezwał się jakiś poliglota z Włoch, który apel o pomoc dla polskiego małżeństwa przetłumaczył na angielski, nieznany Pakistańczyk podesłał trochę grosza, obywatelka Belgii zadeklarowała, iż w czasie odbudowy domu może przyjąć u siebie dzieci, ktoś inny napisał z Teheranu…

Domu nie ma, jest kredyt…
Marcin Piasecki dzięki internautom dowiedział się także o tarnowskim prawniku, który specjalizuje się w bojach klientów z firmami ubezpieczeniowymi. Kiedy kupili dom w Radgoszczy, zaciągnęli w banku kredyt i na podstawie wyceny rzeczoznawcy wskazanego przez bank ubezpieczyli go w PZU w Białymstoku na kwotę 188,1 tys. zł. Swoje prawa do odszkodowania przenieśli na bank. Po pożarze PZU nie uznało warunków umowy i na pogorzelisko wysłało swego inspektora.
– Pan biegał po domu kilka godzin, liczył belki i gniazdka elektryczne – relacjonuje Marcin. – Niedługo potem otrzymaliśmy wiadomość, że PZU chce nam zwrócić ledwie 84 tys. zł, mniej niż połowę wcześniejszej wyceny budynku uznanej przez nasz bank. Załamaliśmy ręce. Chciano, byśmy zrobili kosztorys budowy domu, ale przecież budowany był w 1939 roku!
Sytuacja staje się dramatyczna, bo Piaseccy nie mają pieniędzy ani na odbudowę, ani na spłatę kredytu. Bank, który po spaleniu nieruchomości stracił zabezpieczenie, może domagać się od swoich klientów pełnej spłaty długu. Piaseccy, wspomagani przez rzecznika konsumentów w Dąbrowie Tarnowskiej, piszą i wydzwaniają do PZU, lecz są odsyłani od urzędnika do urzędnika i wciąż nie wiadomo, o co chodzi.
Do tej pory przyszło im się zmagać z dwiema powodziami, trąbą powietrzną, pożarem i wodną awarią, teraz pojawia się problem z odszkodowaniem. Marcin mówi, że chociaż jest życiowym optymistą, nachodzą go fale zwątpienia. Wierzy jednak, że mimo wszystko dadzą radę, że kiedyś znowu będą mieć swój dom. Ale gdy czasami wątpi, pociesza się, że przecież mogło być jeszcze gorzej. Pożar mógł nadejść nocą podczas snu, a nie w niedzielne popołudnie. Dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy po pożarze ujrzał spalone na popiół łóżeczka dzieci. Jakie to szczęście, że wtedy ich tam nie było…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o