Firmy i ludzie w coraz większym strachu

0
183

Ludzie boją się koronawirusa, to oczywiste, ale wielu jeszcze bardziej boi się spustoszenia w gospodarce, który wirus z pewnością wywoła. Już obecnie wywołuje coraz większy niepokój, ponieważ setki tysięcy większych i mniejszych firm w Polsce zostały przez epidemię sparaliżowane. Jeśli w bliskiej perspektywie nie otrzymają one dostatecznej pomocy, skutki tej sytuacji trudne będą do przewidzenia.

REKLAMA

Wraz z ogłoszeniem przez rząd stanu epidemicznego w kraju i wprowadzeniem licznych obostrzeń tysiące firm musiało przerwać swoją działalność. Nawet te firmy, które w myśl przepisów mogą funkcjonować w czasie pandemii, niewiele mają do roboty. Rynek konsumentów, przerażony obecnością koronawirusa, schował się w domach.

Po plecach mocno oberwał handel. Kiedy przygotowuję ten materiał do druku, działają tylko sklepy spożywcze, apteki, drogerie, pralnie, stacje paliw. Ale nawet część z nich jest od kilku dni zamknięta, gdyż nie ma klientów. Kto teraz myśli o wypraniu płaszcza w pralni chemicznej?…

– Wielu ludzi, którzy prowadzą interesy, jest w szoku. Z dnia na dzień musieli pozamykać swoje firmy zostając z licznymi zobowiązaniami finansowymi – opowiada właściciel firmy handlowej z Tarnowa zatrudniającej kilkadziesiąt osób, który chce zachować anonimowość. – Zresztą widać, że niektóre regulacje prawne dotyczące stanu epidemicznego w kraju zostały przygotowane na kolanie. Nie rozumiem, dlaczego może na przykład działać sklep jubilerski, a ten z obuwiem już nie. Takich kwiatków jest zresztą więcej.

Wyjście złe i jeszcze gorsze
Biznesmen opowiada, jakie rachunki musi uiścić: – Trzy CIT‑y, VAT 7, podatek od nieruchomości, oczywiście ZUS… Wysokie rachunki płacę za energię elektryczną, zwłaszcza latem, gdy działa klimatyzacja. Nawet w dobrych czasach te wszystkie należności są już znacznym obciążeniem, a co dopiero w sytuacji, gdy nagle cały interes trzeba zamknąć? Co wtedy powinienem zrobić? Pójść w kredyty (w tej sytuacji żaden bank nie udzieli kredytu), zwolnić całą załogę? Dramat!
Przedsiębiorca dodaje, że nie ma dobrego rozwiązania: – Kredyt to rozwiązanie z wieloma pułapkami, w dodatku, wcześniej lub później, trzeba go spłacić. Podejrzewam, że na przykład wiele galerii handlowych, dziś w większej części zamkniętych na cztery spusty, zbudowano za kredyty. I co teraz? Zwolnienia? To też żadne rozwiązanie. Przecież kiedyś skończy się epidemia i ludzie będą potrzebni do pracy. Poza tym nie wyobraża pan sobie, jak dziś kosztowne jest zwolnienie pracownika. Musiałbym się zapożyczyć, żeby dokonać zwolnień. W takim razie, skoro załoga zostaje, staję przed koniecznością zebrania pieniędzy na wynagrodzenia. Jeśli nie zapłacę, pracownicy sami odejdą i jeszcze pójdą do sądu po zaległe wynagrodzenia. Potem na mocy wyroków przyjdzie do mnie komornik, by zrobić swoje.

Dziurawy łańcuch
Nasz rozmówca mówi, że jego firma funkcjonuje przede wszystkim z opłat za dzierżawę powierzchni sklepowej. – Ilu z najemców mi zapłaci, jeśli oni przestali zarabiać? To jest cały łańcuch zależności w skali mikro i makro. On teraz został nagle przerwany. Z powodu braku jakichś części produkcję wstrzymali nawet tacy giganci, jak fabryka Fiata w Tychach czy polskie zakłady Volkswagena. Cały system powiązań gospodarczych i technicznych powoli się rozsypuje.
W dramatycznej sytuacji znalazły się branże turystyczna, hotelarska, gastronomiczna i artystyczna. Mało kto ma dzisiaj ochotę na zwiedzanie świata, wiele planów urlopowych na lato także zostało zachwianych. Przecież nie wiadomo, jak długo potrwa taka sytuacja, kiedy się skończy? W maju, sierpniu, a może jesienią?

Restauracje i bary przygotowują tylko dania na wynos. Nie bardzo wychodzi ten pomysł, ani w Tarnowie, ani gdzie indziej. Nie sposób się z tego utrzymać.

Sporo osób zostało w domach, więc mają czas na przygotowanie własnych posiłków.
Aktorzy nie grają, zawieszono działalność teatrów i wytwórni filmowych, problemy mają wydawcy papierowych gazet. Sieć kolportażu znacznie się skurczyła, ponieważ wiele dotychczasowych punktów sprzedaży jest nieczynnych.

Dramaty dotknęły ludzi zatrudnionych na umowach – zleceniach i o dzieło, tak zwanych śmieciówkach, którzy zostali na lodzie. W ramach pakietu antykryzysowego, ogłoszonego przez rząd w ubiegłym tygodniu, premier Mateusz Morawiecki zapowiedział dwukrotne wypłaty 80 proc. minimalnego wynagrodzenia (czyli 2080 zł brutto) osobom na umowach cywilnoprawnych oraz samozatrudnionym. To jednak nie rozwiąże ich problemów.

Kolejne nieszczęścia
– Oczywiście, rozumiem trudną sytuację osób ze „śmieciówkami”, ale niech pan powie, czym będzie się różnić sytuacja ludzi z mojej firmy wtedy, gdy ona upadnie? Jedni i drudzy pozostaną bez pracy, niezależnie od tego, czy wcześniej ktoś miał etat, czy nie – uważa tarnowski przedsiębiorca. – Ta sytuacja pociągnie za sobą kolejne nieszczęścia. Ruszy szturm bezrobotnych na urzędy pracy, państwo będzie musiało zapewnić duże środki na zasiłki. Rodziny, w których zapanuje bezrobocie, będą wydawać pieniądze przede wszystkim na jedzenie i lekarstwa, na inne rachunki już nie wystarczy. Kryzys gospodarczy będzie się ciągle pogłębiał.

Niedawno w jednej z telewizji, nasz współpracownik, analityk ekonomiczny Marek Zuber, oszacował że na zwalczanie skutków kryzysu wywołanego koronawirusem Polska potrzebuje minimum 40 mld zł.

Zagadka przyszłości
Polska ma otrzymać z Unii Europejskiej – z możliwością wykorzystania na dowolny cel – 7,4 mld euro (ok. 33 mld zł). Ogłoszona przez premiera „tarcza antykryzysowa” ma mieć wartość 212 mld zł, ale – zdaniem wielu ekonomistów – żywej gotówki jest w niej nie więcej niż 60‑70 mld. Poza tym zostanie ona przeznaczona na różne cele, także niezwiązane z gospodarką.
Właściciel firmy: – Odroczenie terminów płatności, na przykład składek na ZUS czy w banku, w celu ratowania przedsiębiorstw jest istotne, ale, rzecz jasna, i tak potem będzie trzeba z czegoś zapłacić. Obawiam się, że pomoc rządowa dla wielu firm może okazać się niewystarczająca. W porządku, zapowiedziane przez rząd 40‑procentowe dopłaty do poborów pracowników to konkret, lecz co z resztą potrzebnych na ten cel funduszy, także w okresie późniejszym?

Niech nikt nie myśli, że po epidemii rynek da się natychmiast odbudować, że wpływy z działalności znów będą na poprzednim poziomie. To będzie wymagało czasu. Tym dłuższego, im dłużej będzie trwać pandemia. No i zaległe płatności wciąż będą czekały na uregulowanie. Jeśli jakiś przedsiębiorca w akcie desperacji zechce sprzedać część swego majątku, to i tak może nie ocaleć. Kto w czasach recesji zechce odkupić jakąś nieruchomość czy drogi samochód? Owszem, zawsze się znajdą ludzie, którzy mają nadmiar gotówki i zechcą skorzystać z okazji. Ale to będzie okazja dla nich, żeby coś kupić po znacznie zaniżonej cenie. Przykra prawda jest taka: w tych ciężkich czasach nie wszyscy się uratujemy.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o