„Za chlebem…”

0
145
REKLAMA

Okolice Tarnowa to region, gdzie emigracja w celach zarobkowych występuje najbardziej powszechnie – w skali Małopolski rodziny „emigranckie” stanowią nie więcej niż 11 procent. Jak podkreślono w opracowaniu dotyczącym emigrantów, przygotowanym w ramach projektu Europejskiego Funduszu Społecznego, natężenie wyjazdów zagranicznych zazwyczaj wiąże się z sytuacją na lokalnym rynku pracy – im większa stopa bezrobocia, tym więcej wyjazdów. Taką zależność zaobserwowano w powiecie brzeskim, tarnowskim, dąbrowskim czy gorlickim. Miasto Tarnów uznano za „ciekawostkę” w skali Małopolski, bowiem – choć w samym mieście stopa bezrobocia należy do niższych w regionie – rodziny „emigranckie” to wśród tarnowian niemal 17 procent. Jak mogłoby z tego wynikać, tarnowianie wolą zarabiać z dala od domu.

REKLAMA

Od Zachodu do Wschodu
Oczywiście, emigracja w naszej części Małopolski ma silne tradycje sięgające początków XX wieku, gdy „za chlebem” wyjeżdżało – zwykle do Ameryki – wielu mieszkańców galicyjskich wsi. W latach sześćdziesiątych Powiśle Dąbrowskie miało sławę „dolarowego trójkąta” – okolicy, gdzie niemal z każdego domu ktoś pracował „za oceanem” i przysyłał do domu oszczędności.
– W naszej rodzinie od czasów dziadka zawsze ktoś był w Stanach – mówi pani Władysława, mieszkanka poddąbrowskiej wsi. – Jedni wracali z zarobionymi pieniędzmi, czasem dopiero na emeryturę, inni zostawali tam. Ja sama nie zrobiłam majątku, bo i nie mieszkałam tam długo – pomagałam trochę córce, kiedy jej dzieci były małe.
– Pracowałem w Stanach dwadzieścia lat, dzięki temu dzieci się pobudowały – uśmiecha się pan Janusz, aktualnie mieszkaniec Tarnowa, choć jeszcze „niezdecydowany”. – Kilku moich przyjaciół ciągle jest w Chicago i okolicach. Choć podobno w Stanach teraz już nie tak łatwo o pracę, namawiają mnie, żebym jeszcze przyjechał…
Pani Janina zamiast za Zachód pojechała do pracy na wschód. Dokładniej – Bliski Wschód. Dziś uczy angielskiego na uniwersytecie w Omanie. – Planując wyjazd – a to było jakoś w latach osiemdziesiątych – wiedziałam, że zarobię wystarczająco dobrze tylko w krajach arabskich – mówi.‑ Trafiłam nieźle, bo do bogatego i spokojnego kraju. Ale zostać tam na zawsze nie zamierzam – popracuję jeszcze parę lat, potem z mężem kupimy mieszkanie w Polsce. Czy córka z nami wróci, tego nie wiem – ma dziś dobrą pracę na uniwersytecie i przyjaciół raczej tam niż w Polsce…

Bliżej niż dalej
Emigracja zarobkowa „za ocean” straciła nieco na popularności, gdy otwarły się dla Polaków rynki pracy kilku krajów europejskich. Nowy kierunek wyjazdów „za chlebem” ma oczywiste zalety – wyjazd nie wymaga już takich nakładów finansowych (do Niemiec, Francji, Belgii, Holandii czy Hiszpanii wyjechać można już za kilkaset złotych), a rozłąka z pozostawioną w kraju rodziną nie jest tak długotrwała. – Od trzech lat pracuję w Niemczech, co nie przeszkadza mi przynajmniej świąt i długich weekendów spędzać z rodziną w Polsce – mówi trzydziestoletni Sebastian. Nieco młodszy Adam pracuje w Szwecji już drugi rok, jednak przynajmniej raz na trzy miesiące przyjeżdża do żony i córeczki. – W ciągu trzech miesięcy zarabiam dość, by podróż do Polski nie była znaczącym wydatkiem – twierdzi. – Oczywiście, w perspektywie trzeba to będzie jakoś rozwiązać – albo ja wrócę do Polski, albo rodzina przeniesie się do mnie. Jeszcze nie zdecydowaliśmy.

Nie wszyscy jednak, decydując się na emigrację, utrzymują równie regularny kontakt z krajem. Niektórzy w pracy za granicą poszukują właśnie „odskoczni” od polskich warunków.

– Nowe środowisko, nowi ludzie. Płaca, za którą można dość wygodnie żyć. Dobre puby i nocne kluby – wyliczają zalety nowego miejsca do życia Patryk i Natalia, tarnowianie od prawie trzech lat pracujący w Irlandii. – Wyjechaliśmy zaraz po studiach, bo w Polsce nic nie mieliśmy do stracenia; ani do zdobycia – dodaje Patryk.
– Pracowałem w Polsce w prywatnej firmie, którą sam pomagałem stworzyć i uruchomić – opowiada Krzysztof, dziś pracujący w Norwegii. – Potem było coraz gorzej – przepychanki, pokazywanie, kto jest ważniejszy. Kiedy zarobki okroili mi prawie od zera, zwolniłem się i przy pierwszej okazji wyjechałem. Firma w Polsce parę miesięcy później padła. Tu mam własną niewielką firmę – nic specjalnego, proste usługi budowlane. Ale nikt mnie nie poniża i upadłość też na razie mi nie grozi.


Ciepło, zimno, inaczej
Dorota i Marcin siedem lat temu wyjechali do Islandii – ledwie zdążyli się zadomowić, państwo to zbankrutowało. Ale polscy emigranci nie zamierzają wracać. „Mamy się całkiem dobrze. Pracuję w przedszkolu, przy którym mieszkamy i w którym wychowały się nasze dzieci, zanim poszły do szkoły – pisze Dorota. – Niezależnie od kondycji państwa, mamy tu zapewniony byt, a miejscowi ludzie lubią nas i szanują. Żyjemy bez wielkich luksusów, ale też i daleko od stresów, i „wyścigu szczurów”. Nam to pasuje.
Z kolei Robert wraz z żoną i siostrą wyjechał przed kilku laty do Hiszpanii. Pracuje tam jako barman (plus dorywczo na budowach). Chociaż – jak twierdzi – zarobki nie są równie korzystne, jak kilka lat temu, na razie nie planuje wracać.
– Przynajmniej jest praca, a w Polsce kto wie, co będzie? – pyta. – Poza tym to dobre miejsce do życia – ciepło, malowniczo, po pracy piwo i plaża na okrągło. Od marca do listopada można się kąpać i plażować. A co przeważnie mamy w Polsce przez większość roku? Szarość i mżawkę.
Według opracowania przygotowanego przez krakowskie Centrum Doradztwa Strategicznego, w latach 2004‑2009 mieszkańcy Małopolski wyjeżdżali przede wszystkim do Wielkiej Brytanii (prawie 30 proc. ogółu wyjeżdżających), do Irlandii (16 proc.) oraz do Niemiec (ponad 12 proc.). Dość popularnym kierunkiem emigracji są też nadal Stany Zjednoczone Ameryki (ok. 8 proc emigrantów).

Kierunek: Holandia?
Młodzi emigranci z Małopolski wybierają czasem jako miejsce przyszłej kariery znacznie bardziej odległe i egzotyczne kraje. Np. 26‑letnia Jowita, absolwentka uczelni ekonomicznej, jeszcze w czasie studiów korzystała z trzymiesięcznego stypendium w Kambodży. Po studiach postanowiła wrócić do tego kraju. – Bo daje ogromne możliwości ludziom młodym i wykształconym – tłumaczy. – Tamtejsza klasa średnia prawie nie istnieje. Bardzo potrzebują tam osób młodych, wykształconych, specjalistów różnych dziedzin. Możesz tam być, kim chcesz. Nie jest tam ani „europejsko”, ani całkiem spokojnie, ale możliwości samorealizacji naprawdę duże…
Kierunkiem „na czasie” jest też podobno Holandia. Według danych polskiego Ministerstwa Pracy, jest to obecnie „państwo numer jeden”, jeśli chodzi o kierunek polskich wypraw „za chlebem”. W tym sezonie do pracy wybiera się tam blisko 200 tys. Polaków (!). W większości – młodych i bardzo młodych.
– Pracujemy w Holandii od trzech lat. Nie zrezygnowaliśmy z powrotu do Polski, budujemy tu dom, ale dopóki będziemy mieć pracę w Holandii, zamierzamy się jej trzymać, zwłaszcza teraz, gdy sytuacja w Polsce robi się niepewna – deklarują Edyta i Damian, młode małżeństwo.
Według danych opracowanych przez Centrum Doradztwa Strategicznego w Krakowie, ponad połowa zarobkowych emigrantów w ciągu 2‑4 lat z reguły wraca do Polski. To ta optymistyczna część podsumowania. Gorzej wygląda struktura powrotów z emigracji od strony wykształcenia. Okazuje się, że po okresie zarobkowania za granicą najczęściej wracają do kraju pracownicy z wykształceniem średnim lub zawodowym. Ponad 60 proc. spośród osób z wykształceniem wyższym, które zdecydowały się na wyjazd, nie wróciło do kraju.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o