Jak karp dzielnie broni stołu

0
127
karp dzielnie broni stołu
REKLAMA

Stare powiedzenie mówi, że wszyscy powinni się cieszyć z powodu nadchodzących świąt Bożego Narodzenia oprócz karpi. To oczywiste. Wtedy ta popularna ryba wędruje z licznych stawów hodowlanych na wigilijne stoły, ale i tak odnosi swoiste, bo pośmiertne zwycięstwo. Tego szczególnego wieczora króluje na stołach pośród innych ryb i mimo zmiany wielu zwyczajów kulinarnych Polaków, inna rybia konkurencja bardzo wyraźnie przegrywa.

Nie jem karpia, jem inne ryby. Dla mnie jest on za bardzo ościsty, chociaż – przyznaję – jest smaczny. Tak już mam, że lubię się koncentrować wyłącznie na jedzeniu, na smaku, a nie trwać w podwyższonej czujności, by nie połknąć ości. W dodatku ciągle traumatyczne jest dla mnie doświadczenie jednego z członków mojej rodziny, gdy przed laty podczas spożywania karpia ość utknęła mu w gardle, do tego stopnia, że potrzebna była pomoc medyczna w stacji pogotowia ratunkowego.
Co ciekawe, dopiero po latach okazało się, że wujek, który chciał pokonać ość staropolską metodą, zagryzając skórkami chleba, podobno tylko pogarszał swoją sytuację. Lekarze dzisiaj przestrzegają: w żadnym razie chleb, gdyż już sam odruch połykania polegający na zaciskaniu mięśni gardła może jeszcze głębiej wbić ość. Niektórzy medycy radzą, by wyciągać ją długą pęsetą – samemu (!) albo z pomocą innych – lecz nie wyobrażam sobie upowszechnienia tej domowej metody na większą skalę. Nawiasem mówiąc, internet jest pełen sposobów na usuwanie ości w rybie, ale nie wiem, na ile skutecznych.

REKLAMA

Tysiące ryb na trawnikach
Nie, nie chcę nikomu obrzydzać karpia, choć zacząłem od rzeczy najmniej przyjemnej. Ryba ta ciągle ma u nas liczne grono zwolenników, którzy – to prawda – objawiają się głównie podczas świąt. W znanym państwowym gospodarstwie rybackim w Lasach Wierzchosławickich odłowiono w tym roku 40 ton karpia, co ciągle jest ilością imponującą, choć mniejszą niż w dawniejszych czasach. Ta ryba ma swoją markę, bo – jak słychać – pod zastrzeżoną nazwą karp królewski z Lasów Wierzchosławickich na rynku pojawiają się ryby niewiadomego pochodzenia, np. z bezodpływowych, zamulonych stawów wiejskich. Warto przy okazji wspomnieć też o najsłynniejszym w Lasach kłusowniku, niejakim panie Adamie, który przyłapywany na nielegalnym połowie karpi aż osiem razy stawał pod zarzutami przed nieistniejącymi już kolegiami ds. wykroczeń. Widać on też bardzo smakował w tych rybach, podobnie jak jego sąsiedzi. Gorsze od kłusownika okazały się w 2005 roku bobry, które zdewastowały groblę, po czym ona wkrótce pękła i przez siedmiometrową wyrwę wypłynęło ze stawu 5 tysięcy ryb! Niektóre pospiesznie zbierała do wiaderek okoliczna ludność.

Komuna dała ci karpia?
Do dzisiaj wśród historyków hodowli karpia w Polsce, tak ich określmy umownie, trwa spór, czy świąteczna popularność karpia w naszym kraju wynika tylko z niższej ceny. Na pewno wynika, między innymi, z tradycyjnej dużej dostępności. Niedługo po II wojnie światowej Hilary Hinc, PRL-owski minister przemysłu z przełomu lat 40. i 50., przyczynił się do rozwoju hodowli karpia, stojąc na stanowisku, że łatwiej będzie zapewnić społeczeństwu rybę niż ciągle deficytową szynkę. Twierdzi się, że minister chciał zaradzić bezrybiu polskiej gospodarki żywnościowej. Nie tak dawno w jednym z tygodników przeczytałem nawet, że chociaż karp na polskich stołach bywał gościnnie przez dziewięć stuleci, ale „tradycyjnego” karpia na dobre wprowadziła dopiero komuna.
Coś w tym może być. Za czasów PRL-u nasi ojcowie albo dziadkowie przynosili żywe karpie nawet ze swoich zakładów pracy, które zaopatrywały załogi w świąteczny towar. Mimo to w sklepach i tak ustawiały się po nie długie kolejki. Obecnie zakup żywych ryb został już w dużej części ograniczony – i słusznie – wskutek działań organizacji ekologicznych. Opowiadano mi, że przed kilku laty, gdy rybę sprzedawano na tarnowskim Burku, ekolodzy w ramach prowadzonej akcji namawiali ludzi, by kupili rybę i w porywie szlachetności wypuścili ją zaraz potem do pobliskiego Wątoku. Kiedyś na tym znanym placu targowym stał rząd wanien wypełnionych wodą i rybą, a sprzedawcy przyjeżdżali tutaj nawet z Kielecczyzny.

Ryba w migdałach
Kiedy niektórzy zbyt mocno kojarzyli tę rybę z minioną epoką, od razu inni chcieli zdjąć z karpia odium PRL-owskiej popularności. Przypomnieli skwapliwie, że już w XVI stuleciu, złotym wieku Rzeczypospolitej, na naszych ziemiach powszechna była hodowla karpia dla celów handlowych. Pod względem liczby stawów i ilości produkcji tej ryby lepsi od nas byli tylko Czesi.
Tak czy siak karp na polskim stole ciągle wygrywa, mimo że tołpyga, dorsz, pstrąg czy halibut rozgaszczają się tam coraz częściej. Wygrywa też tradycyjny sposób przyrządzania: rybę smaży się w panierce. Bywają także przepisy coraz bardziej wyrafinowane, jak na przykład karp w migdałach z porami w białym winie. Zdarza się też karp na czarno albo na niebiesko; w zależności od użytych składników podczas gotowania może przybrać różny kolor. Przed laty, gdy w tarnowskiej restauracji Bristol organizowano świąteczne kiermasze, pokazano karpia złotego.

Co rok ość…
Jak można się spodziewać, istnieje silne lobby prokarpiowe, które jest absolutnie przekonane, że wigilia bez tej ryby to gorsza wigilia. Do niego należy choćby siostrzenica mojego kolegi, która rok w rok zjada karpia na wigilię i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby niemal za każdym razem nie stawała jej w gardle ość. Ona nigdy się tym nie przejmuje. Ugniata wtedy palcami dużą kulkę z tak zwanej chałki i – wbrew obecnym zaleceniom medycznym – z jej pomocą pokonuje przeszkodę w przełyku. Potem, niczym niezniechęcona, kończy jedzenie ryby. Czy ta rodzinna „tradycja” powtórzy się w tym roku? Oby nie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o