Jak kolej podzieliła wieś

0
174
Ciągnące się kilometrami ekrany skutecznie odgrodziły Wolę Rzędzińską
REKLAMA

Pociągi, jak dawnej, przejeżdżają tędy, ale już ich nie ujrzysz, a czasem nawet nie usłyszysz. Ludzie narzekają, że dalej mają do znajomych, do sklepów, kościoła i pól. Szukają więc sposobów, by choć trochę ułatwić sobie życie. Czy znajdą?
– Kolej podzieliła wieś – mówi jeden z mieszkańców Woli Rzędzińskiej. – Kiedyś była jedna wioska, teraz są dwie. Wystarczy popatrzeć.
To prawda – widok wydaje się trochę przygnębiający. Pięciotysięczna Wola jest po trosze wsią – ulicówką. Zwarta zabudowa ciągnie się w dużej części po obu stronach głównej drogi, ale i wzdłuż linii kolejowej Kraków – Przemyśl. Teraz, kiedy się jedzie tędy samochodem, po jednej ze stron widać tylko rząd ekranów akustycznych. Ponieważ wieś ciągnie się na przestrzeni kilku kilometrów, na odcinku tej samej długości postawiono owe ekrany. Ponad nimi niewiele widać.
– Zaklajstrowali nimi nam wieś. Żeby jeszcze te ekrany były przezroczyste, to by człowieka zobaczył z drugiej strony. A tak widać tylko słupy elektryczne.
– Jak wybieram się  pociągiem w podróż do Krakowa, zabieram ze sobą książkę do czytania, bo z okien pociągu trudno już coś dostrzec. Tylko tunel i tunel – mówi Wiesława Mitera, przewodnicząca Rady Gminy Tarnów, mieszkanka Woli Rzędzińskiej.

REKLAMA

Dłuższa droga
Zdaniem wielu mieszkańców kilometry ekranów oszpeciły krajobraz, ale to jeszcze nic.
Owszem, tory kolejowe przebiegają przez Wolę od XIX wieku, ale nigdy dotychczas ta okoliczność nie była aż tak dokuczliwa. Dopiero po niedawno zakończonej modernizacji szlaku E30 zaczęły się kłopoty. Choć już minęło trochę czasu od postawienia ekranów, trudno przyzwyczaić się do nowych porządków i nowych widoków.
– Zawsze przez środek wioski biegły tory, wszyscy to uznawali, ale dziś, po ich remoncie, pojawiły się nowe problemy – mówi Tadeusz Stach, sołtys Woli Rzędzińskiej, emerytowany maszynista elektrowozów. – Tory wyraźnie podzieliły Wolę na dwie części. Do dyspozycji są tylko dwa, odległe od siebie przejazdy, co wielu mieszkańcom wydłuża drogę. Są przypadki, że jak ktoś chce wyjechać na pole sprzętem, to musi kierować się na eskapadę, przez co ma kilometr albo dwa dalej.
– Kiedyś był przejazd za boiskiem sportowym, ale go zlikwidowali – informuje Henryk Głaś, jeden z najstarszych stażem strażaków wolańskiej OSP.
W sumie w przeszłości były trzy przejazdy samochodowe, dzięki czemu komunikacja była łatwiejsza. No i piesi mieli łatwiej, choć niektórzy narażali się na niebezpieczeństwo. W dowolnym miejscu przechodzili przez tory, choć niejeden zapłacił tu mandat. Co gorsza, niejeden stracił nawet życie.
– Wypadków na torach nigdy u nas nie brakowało – przyznaje sołtys Stach. – Pamiętam, jak z dziesięć lat temu woźnica wjechał furmanką na szyny, a tu nagle zza zakrętu wyskoczył pociąg pospieszny. Lokomotywa zaczepiła bokiem i urwała pół wozu, ale chłop i koń przeżyli. Wielkie szczęście mieli.

Czmychnąć przez tory
Obecnie piesi mają utrudnione zadanie, bo ekrany uniemożliwiają przedostanie się na drugą stronę w dowolnym punkcie. Niektórzy radzą sobie w ten sposób, że przechodzą przez drzwi ewakuacyjne, wprawdzie otwierane z jednej tylko strony, ale zawsze można je pozostawić otwarte na potem, by nie odciąć sobie drogi powrotnej.
Zresztą po zamontowaniu ekranów ludzie nadal giną na torach w Woli Rzędzińskiej. Wyjąwszy samobójców, najczęściej ci, którzy nie chcą chodzić naokoło.
– Nie wiem, po co są te ekrany – dziwi się kobieta, która mieszka w domku kolejarskim przycupniętym koło nasypu. Przez wiele lat pracowała w pobliskiej nastawni PKP w czasach, kiedy trzeba było używać sporej siły, by wprawić w ruch wielką wajchę. Aż jej mięśnie od tego w rękach wysiadały.
– Za tamtych czasów przejeżdżało tędy 120 pociągów osobowych i towarowych w ciągu doby. No, wtedy to się tłukły za dnia i za nocy. A teraz? Połowa z tego przemknie w chwilę. Nie musieliby tyle tego stawiać, odgradzać tak wieś.
Niektórzy jednak rozumieją potrzebę.
– Od dwóch lat przez Wolę pędzi pendolino. To są duże prędkości, muszą być tory oddzielone. Dla bezpieczeństwa – mówią.
– Może muszą, może nie, ale życie mamy trudne. Ja dojeżdżam dość często do Tarnowa, moje dzieci też. Linia 210 idzie po tamtej stronie, od północy. Tam są przystanki. Kiedy się na nich wysiądzie, trzeba szukać przejścia, by przedostać się przez ekrany – narzeka kobieta, która mieszka od strony południowej.
Dodaje, że dalej jest do kościoła i ośrodka zdrowia. Wcześniej czmychnął człowiek przez tory, choćby na przełaj, tylko uważać trzeba było.


Pociągi widmo
Ludzie mówią, że tak śmiesznie się porobiło, że teraz w zasadzie prawie nie widać pociągów. Jadą w tym ekranowym tunelu przez nikogo niezauważone.
– Jeśli dzieci chcą obejrzeć pociąg, to przyprowadza się je teraz w moje pobliże – zaznacza kobieta z kolejarskiego domku.
– Pamiętam opowieść mojej matki z czasów wojny, gdy na strychu jednego z domów w Woli Rzędzińskiej ukrywała się młoda dziewczyna. Chyba chciała uniknąć wywózki na roboty przymusowe – wspomina przewodnicząca Mitera. – Kiedy ktoś ją pytał, Krysiu, jak się ci spało, odpowiadała, że byłoby dobrze, gdyby nie te jeżdżące nocami pociągi.
Dziś się ich nie widzi, nie słyszy, co w pewnych sytuacjach może być groźne, a jeśli słyszy, to tylko na jeden sposób. Maszyniści wjeżdżający do Woli używają ostrych dźwiękowych sygnałów ostrzegawczych. Mają taką procedurę. Pewien dawny mieszkaniec wsi, który wyjechał do Niemiec, ale ciągle wraca do Woli na wypoczynek, narzeka na te sygnały nocą. Budzą go co rusz.
W ogóle dziwnie jest. Samego przejazdu pociągów niemal nie słychać, ale niektórzy mieszkańcy żalą się, że od tych ekranów odbija się hałas z głównej szosy i bardziej niż kiedykolwiek słychać obecnie samochody.
– Nie wiem, co na to wpływa, zapewne też różne warunki atmosferyczne, ale zaskakuje mnie to, że do mojego domu dobiegają odgłosy nawet z autostrady A4. Zwłaszcza, gdy wieje wiatr z północnego wschodu- mówi Wiesława Mitera.

Ludzie nie odpuszczą
We wsi opowiadają też o dwóch domach, z których zamierzała wysiedlić właścicieli kolej modernizująca szlak, ale właściciele trwali przy swoim. Nie chcieli się wyprowadzić, mimo że mieli różne oferty. Pozostali na swoim, lecz pod samymi oknami mają ekrany akustyczne.
– Ciekawe, jak tam długo wytrzymają – zastanawiają się niektórzy.
Wszyscy jednak wiedzą, że na ekrany nie ma rady. Są i będą. Żadne monity w tej sprawie nie pomogą. Chodzi już wyłącznie o to, żeby dało się z nimi łatwiej żyć.
– Po tamtej stronie, za ekranami, zostało 1600 mieszkańców. To jakby druga wioska – przypomina Mieczysław Nytko, drugi sołtys Woli Rzędzińskiej, bo wieś ze względu na swoją wielkość ma dwóch sołtysów. – Dobrze by było, gdyby ścieżką pieszo-rowerową, którą zbudowali, puścić także ruch samochodowy. To mogłoby usprawnić komunikację we wsi.
Jest taka ścieżka pod mostem, zlokalizowana między głównymi przejazdami z północy na południe oraz w drugą stronę, i wielu mieszkańców nie może się pogodzić, że na wjeździe stoją słupki, które uniemożliwiają jazdę samochodom. Już niektórzy zmierzyli nawet, że miejsca jest tam tyle, że swobodnie mogą się minąć dwa pojazdy. Sprawa była poruszana na zebraniu wiejskim.
Jak wieść niesie, mieszkańcy nie odpuszczą i będą się domagać trzeciego przejazdu. Czekają tylko, aż ustanie gwarancja na wykonanie ścieżki udzielona przez firmę budowlaną. Wtedy ścieżkę ma się odpowiednio do nowej roli przystosować. Ekrany przepołowiły wieś, więc wieś chce na nowo złączyć obie połówki.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments