Jak z salmonelli zrobić… parówki

0
172
kury
REKLAMA

Niektórzy proceder ten nazwali skandalem i już prawie ogłosili epidemię zatruć pokarmowych. Póki więc zdrowie nam dopisuje, postanowiliśmy się sprawie przyjrzeć. To nie pierwszy taki przypadek. Ostatni, jeszcze głośniejszy, dotyczy wydarzeń sprzed roku, kiedy do małopolskich sklepów trafiło kilka ton mięsa zarażonego salmonellą. Drób sprowadzony z Czech i Słowacji miał wszystkie niezbędne dokumenty, gratisem były pałeczki salmonelli. Głos zabrał wtedy wojewódzki lekarz weterynarii, Krzysztof Ankiewicz.
– Przepisy unijne dopuszczają skierowanie takiego mięsa na rynek pod warunkiem, że będzie ono poddane przetworzeniu w co najmniej 70 stopniach Celsjusza, bo taka temperatura daje gwarancję, że bakteria salmonelli zostanie zniszczona – stwierdził. To właściciel decyduje, czy mięso będzie zutylizowane, czy trafi do obrotu spożywczego.
Tak również było w Łęgu Tarnowskim. Tamtejsze kury i koguty hodowlane linii mięsnej, bo tak brzmi fachowa nazwa, w momencie wykrycia salmonelli musiały opuścić kurnik na zawsze. Stado kontrolowane było regularnie co dwa tygodnie, skąd nagle pojawiła się salmonella, nikt nie wie. Pałeczki stwierdzono w próbkach kału. Badanie paszy i wody niczego nie wykazało. Nie było objawów klinicznych choroby, czyli biegunki, upadków, spadku nieśności. Nie wiadomo także, czy zakażeniu uległo kilka kur, czy znacznie więcej. Panuje opinia, że w takich sytuacjach badanie każdej sztuki mija się z celem ze względu na rachunek ekonomiczny oraz możliwość rozprzestrzenienia się choroby.
Stado liczące 7 168 ptaków przewieziono do Zakładu Przetwórstwa Rolno‑Spożywczego w Uniszkach, niedaleko Mławy. Tam po uboju mięso poddano obróbce termicznej. Na sklepowe półki zawita teraz pod postacią wędlin.
– Mięso ze stada zarażonego salmonellą zawsze trafia do rzeźni posiadającej zgodę nie tylko na ubój, ale także obróbkę termiczną – potwierdza Beata Rząsa‑Janas, zastępca Powiatowego Lekarza Weterynarii w Tarnowie. – Salmonella jest bakterią wrażliwą na wysoką temperaturę, pod jej wpływem ginie. Pałeczki można znaleźć w świeżym mięsie, ale nigdy w dobrze usmażonym czy ugotowanym. To samo dotyczy jajek.
Jajka z fermy w Łęgu zniszczono, ponieważ inaczej właściciel nie otrzymałby odszkodowania. Rygorystyczne przepisy nie wymuszają jednak utylizacji mięsa.
– Skoro bakterie zginęły, materiał genetyczny przestał istnieć, to znaczy, że zarażone mięso już zarażone nie jest. Wędliny są absolutnie bezpieczne, konsumentom nic nie grozi, kanapkę z taką wędliną mogę zjeść choćby teraz – zapewnia Beata Rząsa‑Janas.
Właściciel fermy ma szanse otrzymać około 200 tys. zł odszkodowania na odtworzenie stada, zanim jednak kurnik znowu się zapełni, pobrane będą przez inspektorów weterynarii tzw. wymazy czystościowe potwierdzające, czy pomieszczenia zostały dokładnie zdezynfekowane. A ponieważ salmonella lubi kurczaki i jajka, na pewno jeszcze nie raz o niej usłyszmy. Na pewno jednak nie lubi kiełbas i szynek. Zarówno Beata Rząsa‑Janas, jak i Beata Litwin‑Żywiec, zastępca dyrektora Powiatowej Stacji Sanitarno‑Epidemiologicznej w Tarnowie, twierdzą zgodnie, że nigdy nie spotkały wędlin z salmonellą.
– Wszystko co zostało poddane obróbce termicznej, jest wolne od salmonelli, a wędliny są między innymi parzone i wędzone. Chyba że dojdzie do wtórnego zakażenia gotowego już wyrobu, na przykład w wyniku nieprzestrzegania zasad higieny przez pracownika sklepu. Z tych samych powodów dochodzi do zatruć w domach, to są pojedyncze przypadki i wiążą się z reguły z przygotowaniem potraw z surowych jajek.
O tym, że jedzenie zostało skażone, przekonujemy się po kilku czy nawet kilkudziesięciu godzinach za sprawą bólu brzucha, nudności i gorączki.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments