Koniec farsy w PWSZ

0
430
Prof. Michał Nawrocki jest historykiem literatury, założycielem i pierwszym redaktorem naczelnym „Tarnowskich Colloquiów Naukowych” oraz „Tarnowskich Dialogów Naukowych”, autorem pięciu książek naukowych, podręcznika dla szkół średnich, dwóch powieści oraz kilkudziesięciu artykułów publikowanych m. in. w „Tygodniku Powszechnym” i „Arcanach”
REKLAMA

– Czy podziela Pan pogląd, że rosnąca liczba studiujących w Polsce nie idzie w parze z jakością zajęć na uczelniach i ranga dyplomu wyższej szkoły, niestety, spada?
– Ranga dyplomu wyższej uczelni rzeczywiście spada, ale jest to błąd systemowy o szerszej, społecznej skali. Wmówiono ludziom (zaczęło się to pod koniec lat 90. ubiegłego wieku), że każdy powinien mieć wyższe wykształcenie, bo to zapewni mu status, pracę i szczęście. Na tej fali powstało mnóstwo uczelni – zwłaszcza prywatnych – typu… Wyższa Szkoła Gotowania Na Parze. Efektem są tabuny licencjatów i magistrów pracujących na kasach w hipermarketach.

REKLAMA

– Przed laty zrodziła się idea Akademii Tarnowskiej i co jakiś czas jest przywoływana, zwykle na użytek kampanii wyborczych. To przedsięwzięcie realne i potrzebne miastu, czy raczej mrzonki i sny o akademickiej potędze?
– Tarnów nie tylko może, ale powinien mieć akademię! To dla mnie oczywiste. Na Zachodzie ośrodki akademickie skoncentrowane są wokół miast liczących ok. stu tysięcy mieszkańców. U nas funkcjonuje mit, że w miastach aspirujących do ośrodków akademickich musi mieszkać co najmniej kilkaset tysięcy ludzi. Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa istnieje u nas ponad 21 lat i już na początku mówiono, że na jej bazie powstać ma Akademia Tarnowska, ale tych planów zaniechano i zmarnowano miniony czas. Od początku widoczny był konflikt interesów, bo co z tego, że wykładowcy pracują w tarnowskiej uczelni, jeśli swój naukowy dorobek afiliują w krakowskich uczelniach, takich jak UJ czy AGH, z których wywodzą się zresztą kolejni rektorzy naszej PWSZ. Akademia Tarnowska oznaczałaby też przejęcie rynku edukacyjnego w regionie, w ościennych gminach…

– Jak to rozumieć?
– Ta młodzież, która jeździ do Krakowa Voyagerem mogłaby przecież studiować tu na miejscu. Pod warunkiem oczywiście, że w miejsce dotychczasowej wyższej szkoły zawodowej powstanie uczelnia z prawdziwego zdarzenia ze studiami doktoranckimi. Jeśli się mówi np. o rewitalizacji miasta, to absolutnie przydatna byłaby w tym kontekście akademia, wspierająca swym potencjałem prace projektowe, kreśląca wizje rozwoju Tarnowa itd. Co istotne, przy wsparciu finansowym takich lokalnych spółek, jak Grupa Azoty, czy Zakłady Mechaniczne można by uruchomić tzw. doktoraty wdrożeniowe. Zamiast opierania się wyłącznie na praktykach studenckich trzeba postawić na badania w oparciu o zakładowe i uczelniane zaplecza. Także studenci kierunków humanistycznych, korzystając z narzędzi cyfrowych, znajdują swoje miejsce na rynku pracy. Uważam, że jeśli zabraknie w Tarnowie akademii, to degradacji miasta nie zatrzymamy. A zatem nie możemy zwlekać z podjęciem decyzji o jej tworzeniu. Powstanie akademii, łącznie z centrum naukowym, mediateką i innymi obiektami, to kwestia pięciu lat i w tym czasie należy zainwestować też we własną kadrę, która swój dorobek naukowy afiliuje w Tarnowie.

– Tymczasem kadra tarnowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej zdominowana jest przez wykładowców dojeżdżających i niezwiązanych na stałe z uczelnią. Z pewnością ma to wpływ na poziom prowadzonych zajęć i prestiż uczelni…
– Oczywiście, że tak. Bardzo wiele zależy od tego, czy zdołamy ściągnąć do Tarnowa dobrych wykładowców, którzy będą w pełni identyfikować się z naszą uczelnią. Pracownicy zewnętrzni dorabiają sobie po prostu i nie afiliują swojego dorobku przy tarnowskiej uczelni. Powinniśmy więc zadbać o własną kadrę, która będzie tu pracować za godziwe pieniądze, a nie dorabiać do pensji. Nie powinno być też tak, że na stanowisku rektora pracuje u nas nauczyciel akademicki, który pozostaje w podległości służbowej wobec np. rektora Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Godząc się na takie rozwiązania tarnowska uczelnia nie zbuduje mocnej i niezależnej pozycji. Pozostanie (i to też niedługo) takim akademickim satelitą Krakowa, a przecież nie o to nam chodzi. Nam powinno zależeć na budowaniu prestiżu tarnowskiej uczelni, bez oglądania się na… mityczny Kraków.

– A jak Pan skomentuje szóste miejsce tarnowskiej PWSZ w tegorocznym rankingu wyższych szkół zawodowych opublikowanym przez Perspektywy. Czy to nie jest powód do dumy?
– No tak, według przyjętych tam kryteriów jesteśmy… najchętniej wybieraną uczelnią. Ale co to znaczy? To znaczy tyle, że młodzi ludzie traktują pierwszy rok studiów u nas jako darmowe korepetycje. Po pierwszym roku podchodzą ponownie do egzaminu maturalnego, by poprawić sobie jego wyniki i już do nas nie wracają. Wyposażeni przez nas w wiedzę kontynuują studia już w innych, większych miastach. Czy to jest powód do dumy? Czy tak być powinno?

– Co zatem PWSZ powinna zmienić, co zaproponować studentom, by nie mieli poczucia, że studiują w uczelni gorszej od na przykład krakowskiej czy rzeszowskiej? A z drugiej strony, jak przekonać wykładowców akademickich, aby związali swoje życie i karierę z Tarnowem?
– Przed dwudziestu laty drwiono niekiedy z osób, które wybierały studia w PWSZ. Dzisiaj nie ma już powodów do kompleksów, ale o markę uczelni trzeba zadbać i nie wolno zgadzać się na przeciętność, bo to droga do nieuchronnej klęski. Uczelnie w dużych miastach są przepełnione i istotnie ograniczają możliwość kariery naukowej. PWSZ powinna to wykorzystać, oferując zainteresowanym naukowcom samodzielne i dobrze wynagradzane stanowiska na uczelni. Można by też zaproponować im na preferencyjnych warunkach mieszkania w wyremontowanych kamienicach, z możliwością wykupu po upływie np. dwudziestu lat. Nie widzę przeszkód, by w Tarnowie oddać do użytku takie „profesorskie kamienice”, zyskaliby na tym wszyscy. Jeśli masz habilitację, rodzinę, szukasz swojego miejsca na ziemi i chcesz zrobić karierę naukową, zapraszamy do Tarnowa – tak powinniśmy zachęcać przyszłych profesorów. To byłoby piękne sprzężenie zwrotne – zagospodarowujemy puste lokale na tarnowskiej starówce, a obecność pracowników naukowych nobilituje miasto. Same korzyści; tak powinna wyglądać nasza przyszłość.

– Czy akademicka idea ma sojusznika we władzach samorządowych?
– Partnerstwo z samorządem jest konieczne, dla obopólnych korzyści. Widzę w tym zakresie wiele obszarów możliwych do zagospodarowania. Mam nadzieję, że do współdziałania dla dobra miasta i uczelni dojdzie, choć zwlekać nie należy. Czas nie jest tu sprzymierzeńcem.

– Jest Pan profesorem w Zakładzie Filologii Polskiej Instytutu Humanistycznego PWSZ. Wyznał Pan publicznie, że nie myśli o karierze w bardziej renomowanej uczelni, że tarnowska wyższa szkoła jest dla niego podstawowym i jedynym miejscem pracy, i stanowi powód do dumy. Nie kryje Pan jednak krytycznych uwag pod jej adresem. Czy nie ma tu sprzeczności?
– Absolutnie nie. Kończyłem Uniwersytet Jagielloński, mam silny sentyment do Krakowa, ale w Tarnowie nie czuję się zaściankowym wykładowcą. Jestem związany z PWSZ od dwudziestu lat, niemal od początku jej działalności. Mam tu szerokie pole do działania i mam też prawo do uzasadnionej krytyki w interesie tej uczelni, z którą związałem swoje życie i karierę.

– Zamierza Pan ubiegać się w przyszłym roku o fotel rektora PWSZ w Tarnowie, żeby zreformować tę uczelnię. Jak prof. Nawrocki ocenia swoje szanse?
– Przemawia za mną dotychczasowe doświadczenie i dorobek naukowy. Będę kandydował na rektora uczelni i pracuję już nad tym bardzo intensywnie, co oczywiście zwolennikom status quo nie podoba się. Nie ukrywam, że chciałbym ruszyć skostniałe układy i zdaję sobie sprawę, że napotkam opór. Cieszy mnie, że spotykam wiele osób, które podzielają moje poglądy, to bardzo mnie motywuje. Jestem w każdym razie uparty i gotowy do roli lidera, który dla dobra sprawy zbiera cięgi, ale potrafi pociągnąć za sobą innych i przekonać do zmian. Na początku było trudno, ale na początku zawsze jest trudno, za to obecnie jest już spora grupa osób, które również pragną zmian i z którymi współpracuję. Mamy pomysły, jak ułożyć współpracę uczelni z miastem, jak zagwarantować jej rozwój i przekształcenie w akademię. Wszystko zależeć będzie od wyniku wyborów wiosną przyszłego roku.

– Przez blisko dwa lata był Pan członkiem ministerialnego zespołu ds. finansowania badań naukowych między innymi w wyższych szkołach. Czy doświadczenia tam zdobyte mogą być przydatne w kierowaniu tarnowską uczelnią?
– W tym czasie opiniowałem prawie setkę wniosków i zdobyłem sporą wiedzę, jak zabiegać skutecznie o finansowe wsparcie. Wiem, jakich błędów unikać przy planowaniu i podejmowaniu inwestycji i wykorzystam tę wiedzę, jeśli dane mi będzie kierować uczelnią.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o