REKLAMA

Dzień sześćdziesiąty siódmy: w oblężeniu
Codziennie płyną z kraju niepokojące informacje o koronawirusie, wyraźnie potwierdzające, że pandemia nie ustępuje. Ustępuje tylko strach. W wakacje, w czas beztroski, wielu zapomina o zagrożeniu, które jednak czyha w różnych miejscach. W połowie marca, gdy całe to nieszczęście dopiero się zaczynało, odważnych było znacznie mniej.
Spotkałem się niedawno z kolegą z mojego rodzinnego miasta, który opowiadał mi, jaka panika wybuchła w okolicy po stwierdzeniu tutaj pierwszego przypadku covidu-19. Okazało się, że zakażona została pielęgniarka z miejscowej przychodni. Przypadek ten odnotowano akurat w dniu, w którym ogłoszono w Polsce stan epidemiczny. W mieście natychmiast pozamykano szkoły, przedszkola i żłobki. Setki rodziców niemal w jednej chwili wyruszyło samochodami po swoją dziatwę, w pobliżu placówek szkolnych zablokowane zostały ulice.

REKLAMA

Przyjezdni, którzy w tym czasie byli obecni w mieście, nagle porzucili swoje sprawy i próbowali jak najprędzej opuścić „siedlisko zarazy”, lecz i oni natrafili na potężne korki, nie mogąc się wydostać z oblężenia. Policja była bezradna. Atmosferę grozy podsycały lokalne media. Z dworca wyruszały jeden po drugim przeładowane do granic możliwości autobusy. Miasteczko gwałtownie pustoszało.
Hejterzy nie próżnowali. Na forach internetowych ludzie z sąsiednich miejscowości zaatakowali mieszkańców miasta, w którym wykryto pierwsze zakażenie, czasem pozwalając sobie na chamskie komentarze. Samochody z rejestracjami tego miasta przez pewien czas były gdzie indziej źle widziane, bo – jak się niektórym wydawało – mogły przywlec zarazę. W sieci pojawiły się nawet groźby karalne, dlatego burmistrz nieszczęśliwego miasteczka zwrócił się z apelem, aby nie stygmatyzować jego mieszkańców, okazać im w trudnym czasie zrozumienie i wsparcie, tym bardziej, że za niedługo może się okazać, że koronawirus jest także w innych powiatach…
I tak rzeczywiście było, ale demony zdążyły się już obudzić na dobre.
I jeszcze ciekawostka: w mieście, o którym mowa, choć nie tylko tutaj, bardzo prędko zabrakło w sklepach drożdży. Przez miesiąc były nie do zdobycia. Jedni w czasie izolacji domowej dużo piekli, inni uwierzyli pogłoskom, że drożdże pomocne są w walce z wirusem.

Dzień sześćdziesiąty ósmy: uciec od wirusa
Znajomy z Tarnowa, z którym rozmawiałem, sprzedał swoją przyczepę kempingową. Sam nawet się nie spodziewał, że to zrobi. Przecież od dłuższego czasu, rok w rok, wyjeżdżał z rodziną na urlop korzystając z przyczepy. Teraz niespodziewanie trafił się kupiec. Zaoferował atrakcyjną cenę. Znajomy, który w tym roku nie wybiera się na wakacje, został skutecznie skuszony. Doszedł też do wniosku, że w przyszłym roku za kwotę, którą otrzymał, będzie mógł kupić za granicą nowszą i jeszcze lepszą przyczepę.
To kolejny przypadek, który potwierdza run na przyczepy kempingowe i kampery. Wakacjusze chcą się odizolować od wirusa. Unikają hoteli i pensjonatów, modne tego lata są także osobne domki.
Coraz bardziej popularne stają się ponadto miejskie działki rekreacyjne – z powodów jak wyżej. Wiadomo mi o jednej takiej transakcji. Kilkuarowa działeczka z altanką na Piaskówce w Tarnowie poszła za 40 tysięcy złotych.
Jest połowa lipca, ale nie dostrzegam sezonu urlopowego. Ruch w mieście całkiem spory. W tamtym roku o tej porze dobrze się jeździło nawet po ulicach, które na co dzień są zatłoczone. Hasło „Zostań w domu” chyba znowu działa, ale w nieco innym znaczeniu. Na pewno spora część rodzin zrezygnowała w tym sezonie z wyjazdu na urlop. Może i dobrze? I tak niektórzy prorokują, że po wakacjach, w czasie których liczba międzyludzkich kontaktów rośnie i wymyka się spod kontroli, skala zakażeń „koroną” w Polsce będzie zdecydowanie większa.

Dzień sześćdziesiąty dziewiąty: podróż poślubna do… domu
Na dzisiaj w Polsce zarażonych koronawirusem jest ok. 37 tys. osób, zmarło półtora tysiąca, na całym świecie odpowiednio 11,7 mln i 540 tysięcy. Mimo to wcale nie tak mała grupa ludzi wciąż nie wierzy w covid-19. Wystarczy lektura mediów społecznościowych. Gdzieś wyczytałem, że to nieprawda, że chorzy pacjenci umierają na tę chorobę, że to jakiś wymysł. Podejrzewam, że autorami podobnych wpisów są najczęściej ludzie, którzy nie wierzą także w zmiany klimatyczne ani w skuteczność szczepionek. Wierzą za to w dziesiątki najróżniejszych teorii spiskowych. Jedną z nich jest – ich zdaniem – covid-19.
W telewizji mówią, że obecnie głównymi ogniskami zakażeń w Polsce są przyjęcia weselne. Wystarczy, że zjawi się jeden gość z koronawirusem. W okolicach Nowego Sącza taki gość, choć nie ten sam, pojawił się na trzech weselach. Skutek? Dwieście czterdzieści osób zakażonych, ponad 2 tysiące osób w kwarantannie. W powiecie tarnowskim z powodu jednego zakażenia 39 weselników i cztery osoby z obsługi przebywają w izolacji. Tak, niestety, może się wydarzyć. Młoda para zamiast jechać w atrakcyjną poślubną podróż, może zostać na dwa tygodnie zamknięta w domu.
A gdzieś w świecie jakaś grupka ludzi wyszła na ulice protestując przeciwko obowiązkowi noszenia maseczek. Mieli maseczki założone, ale z wyciętymi otworami na nos i usta. Może wszyscy byli zdrowi.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o