Koronawirus, czyli kronika strachu (XXII)

0
45
REKLAMA

Dzień osiemdziesiąty ósmy: wirus prawny
Sklep spożywczy w Wierzchosławicach. Wchodzi klient, który nagle chwyta się za głowę i mówi trochę do siebie: – Och, zostawiłem maseczkę w samochodzie, zaraz wracam…
Na to sprzedawczyni: – Niech pan już zostanie, nic się nie dzieje…
Można i tak. Scenę tę obserwuję w czasie, gdy głośna stała się historia ekspedientki w Suwałkach – jakby zupełnie z przeciwnego bieguna – ukaranej w sądzie grzywną w wysokości 100 zł za odmowę obsłużenia klientki, która weszła do sklepu bez zasłoniętej twarzy. Niedługo potem ten sam sąd uniewinnił ekspedientkę, ale wskazał na pewien prawny paradoks.
W Polsce mamy złe prawo, często pisane na kolanie, w jedną noc, bywa że na polityczne zamówienie. Potem pojawia się wiele dwuznaczności, luk, zawiłości. Tak właśnie jest w przypadku maseczek i ich używania podczas choćby zakupów w sklepie. Okazuje się, że wciąż nie ma podstaw prawnych, by nakazać komuś zakrywanie ust i nosa, tak samo nie ma podstaw prawnych, by ukarać ekspedientów, którzy z powodu braku maseczki odmawiają obsługi klienta. Kiedy więc widzę na drzwiach jednej z tarnowskich aptek napis z informacją, że tu obsługuje się WYŁĄCZNIE osoby w maseczkach, mogę przypuszczać, iż kierownictwo apteki podejmując taką decyzję łamie prawo.
Ministerialne rozporządzenie w tej sprawie jest prawniczym bublem, stąd te nieporozumienia. Można zatem zapytać, co sądzić o państwie, które nawet w tak prostej, wydawałoby się, kwestii, nie jest w stanie uchwalić prawa, jakie nie wzbudzałoby poważnych wątpliwości?…

REKLAMA

Dzień osiemdziesiąty dziewiąty: kiełbasa i mop
Znajomy opowiada mi, jak to bywa w zakładzie pracy, w którym jest zatrudniony. To firma produkcyjna. Kiedy z powodu zakażenia jednego z robotników inni musieli pójść na kwarantannę, właściciel firmy znalazł się w kłopocie. Nagle zabrakło rąk do pracy. Ponieważ zakład funkcjonuje w systemie dwuzmianowym, właściciel wpadł na pomysł, żeby ludzie pozostający na kwarantannie nadal przychodzili do roboty, lecz na drugą, nocną zmianę.
Wytłumaczył: – Policja sprawdza, czy ktoś przestrzega kwarantanny, tylko w dzień. W nocy nie. Na nocną zmianę możecie przychodzić…
Pandemia trwa i ma się dobrze, ponieważ przez wielu jest lekceważona. Kolejna scenka zaobserwowana w niewielkiej aptece pod Tarnowem. Przed okienkiem, jak się domyślam, z kierowniczką apteki rozmawia młody mężczyzna, chyba przedstawiciel firmy farmaceutycznej. Maseczkę ma, ale na brodzie. Kierowniczka nie zwraca na to najmniejszej uwagi, mimo że klienci apteki, którzy w tym czasie tam przyszli, posłusznie zakryli nos i usta.
W innej miejscowości koło Tarnowa obserwuję sytuację w sklepie ze stoiskiem mięsno-wędliniarskim. Sprzedawczyni posługując się mopem myje podłogę. W pewnej chwili zapytuje klienta, który zjawił się przed stoiskiem, czy czegoś potrzebuje. On odpowiada, że chce kupić trochę swojskiej kiełbasy. Proszę bardzo. Sprzedawczyni odrywa się od mopa i mokrych ścierek i idzie w kierunku umywalki. Odkręca kran, szybko spłukuje dłonie. To wszystko. Nie używa pojemnika z mydłem, który stoi na umywalce, ani płynu odkażającego. W końcu kiełbasę będzie jadł ktoś inny.

Dzień dziewięćdziesiąty: znowu najmniej testów
Wiadomość pierwsza: kolejne doniesienia o leku, również z USA, który miałby skutecznie powstrzymywać covid-19. Działa świetnie. Na razie na szczurach. Wiadomość druga: Polska znowu należy do państw, które robią najmniej testów w Europie – w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Mniej testów to – oczywiście – mniej potwierdzonych przypadków o zakażeniach, znacznie mniej niż w innych krajach. Za to z dobrą statystyką będziemy mogli się pochwalić, że z covidem walczymy najlepiej na świecie.

Dzień dziewięćdziesiąty pierwszy: płyn udający środek dezynfekcyjny
Kolega próbuje mnie przekonać do plotki głoszącej, że w wielu sklepach to, co ma być płynem dezynfekcyjnym, jedynie taki płyn udaje.
– To są mocno rozwodnione roztwory, jeśli jest w nich 20 procent alkoholu, to i tak dobrze – twierdzi. – A musi być przynajmniej 60-70 procent, by zabiło koronawirusa. Tylko że to wtedy sklepikarzy kosztuje.
Trudno zweryfikować te rewelacje. Nie można oczywiście wykluczać, że jakaś część właścicieli sklepów nie podaje klientom pełnowartościowego płynu, podobnie jak nie sprzedaje pełnowartościowego towaru. Wszystko zależy od ludzkiej uczciwości, niekoniecznie od pieniędzy.
Przy okazji przypomina mi się filmik, który zaraz po wyborach prezydenckich pojawił się w sieci i zrobił furorę. Pewien pan, chyba już po siedemdziesiątce, który przyszedł z żoną (prawdopodobnie) do lokalu wyborczego, z wielkim zainteresowaniem zaczął obwąchiwać pojemnik z płynem odkażającym. Żona, która to zauważyła, natychmiast udzieliła małżonkowi reprymendy, chwyciła za rękaw marynarki, próbując go odciągnąć od stolika z płynem. Kiedy na chwilę się oddaliła, on od razu to wykorzystał. Oglądając się czujnie na boki, przyłożył pojemnik z płynem do ust. Czy go pokosztował? Nie wiadomo. Ciekawe, ile wtedy poczułby w gardle: 20 czy 60 procent?…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o