Koronawirus, czyli kronika strachu (XXIV)

0
413
Bezobjawowa awaria mostu
REKLAMA

Dzień dziewięćdziesiąty drugi: a lasy ciągle otwarte…
Kolejny rekord zakażeń koronawirusem w Polsce: ponad 4000 osób w ciągu jednej doby. W Tarnowie covid-19 ujawnił się w „starym” szpitalu, w „nowym” także, ale sytuacja wydaje się opanowana. Koronawirus zawitał też do szkoły w Pogórskiej Woli. Jedna klasa na kwarantannie, druga pod nadzorem epidemiologicznym… A podobno najgorsze przed nami.
W tej sytuacji trudno sobie wyobrazić, że w marcu i kwietniu, kiedy pandemia się zaczynała, a liczba zakażeń w kraju oscylowała wokół liczby 100, siedzieliśmy pozamykani w domu. Nie wolno było nawet wyjść na spacer do lasu, tak jakby wirusem miały zarazić się leśne zwierzęta. Dzisiaj, gdy covidów jest 20 razy więcej, staramy się żyć normalnie. Normalnie, oczywiście, nie jest, lecz można zadać sobie pytanie, dlaczego w sytuacji, gdy zakażeń było tylko sto, zatrzymano cały kraj, a teraz, gdy jest ich dwa tysiące, wszystko jakoś się kręci, chociaż z oporami.
Sądzę, że to tylko z pozoru jest dziwne. Kiedy zaczynała się globalna epidemia, świat wstrzymał oddech, nie wiedząc jeszcze, jak będzie ona przebiegała, z jakim nasileniem, czym się będzie leczyć covid, z jakim rezultatem, co w ogóle będzie się działo za tydzień czy miesiąc. Kraje, w tym Polska, zamykając ludzi w mieszkaniach, chciały zyskać na czasie, odpowiednio się przygotować. Dzisiaj o covidzie wiadomo już dużo więcej, łatwiej kontrolować sytuację, łatwiej przewidywać przyszłość. Mimo to Słowacja i Czechy i tak wprowadziły teraz stan wyjątkowy z dodatkowymi obostrzeniami.
Można się jednak spodziewać, że długo jeszcze, także po całkowitym opanowaniu covidu, będą się toczyć spory, czy wiosenny lockdown, który przyniósł gospodarce olbrzymie straty, naprawdę był konieczny.

REKLAMA

Dzień dziewięćdziesiąty trzeci: gołe dłonie
Wiosną, gdy to wszystko się zaczynało, wiele osób wychodziło z domu na zakupy w gumowych rękawiczkach. Ich cena niemal z dnia na dzień zwiększyła się kilkukrotnie. Dzisiaj, gdy pandemia stała się jeszcze groźniejsza, niezwykle rzadko spotykam kogoś, kto ma zabezpieczone przed wirusem dłonie. Stało się to, co musiało się stać: przyzwyczajenie do sytuacji, w której przychodzi żyć. Kłopot tylko w tym, że przyzwyczajenie usypia czujność. Choć bywa jeszcze gorzej. W ostatnim tygodniu sam rozmawiałem z dwiema osobami, które nie wierzą w pandemię, nie wierzą w covid. Nie czytam nieprawdopodobnych bzdur na temat epidemii, które ciągle powielane są w mediach społecznościowych lub w niektórych portalach, ale mi o nich opowiadają. Zawsze przy takich okazjach przypomina mi się opowiastka o Stanisławie Lemie, który pod koniec życia dał się wreszcie namówić do korzystania z komputera i internetu. Potem powiedział, że warto było, choćby dlatego, żeby przekonać się, jak wielu idiotów żyje na tym świecie…

Dzień dziewięćdziesiąty czwarty: zepsute termometry
Koleżanka opowiada o termometrach, które wykorzystują tarnowskie przychodnie. Ponieważ ostatnio chorowała, musiała odwiedzić w kilku miejscach lekarzy. Wiadomo, że na progu czeka pielęgniarka z elektronicznym termometrem, żeby – mając na uwadze zagrożenie covidem – zmierzyć pacjentowi temperaturę.
– W jednej przychodni termometr przystawiony do mojego czoła pokazał 35,2 stopnia Celsjusza! O mały włos nie zemdlałam, ale z wrażenia. Temperatura prawie jak u umierającego – opowiada koleżanka. – Kiedy wróciłam do domu, natychmiast sięgnęłam po termometr. Pokazał 36,5. Kilka dni potem w innej przychodni miałam 37,2, czyli stan podgorączkowy. Już bałam się, że mnie nie wpuszczą do lekarza. Po przyjściu do domu znowu zmierzyłem sobie temperaturę. Wyszło 36,7. W domu mam dwa termometry, tradycyjne, nieelektroniczne, i one pokazują podobnie. Sprawdziłam to. Wynika z tego, że niektóre przychodnie mają popsute termometry!
Słyszeć od znajomych nauczycieli, że w czasach pandemii rozkwit przeżywają portale, w których można kupić rozwiązanie jakiegoś zadania. Podobno już za 20 złotych. Zdalne nauczanie, które było kontynuowane w szkołach do wakacji, miało się przyczynić do zwiększonej popularności tych portali.

Dzień dziewięćdziesiąty piąty: chaos informacyjny
W związku z gwałtownie rosnącą liczbą zakażeń w niektórych powiatach ogłoszono wprowadzenie stref czerwonych i żółtych, co oznacza dodatkowe obostrzenia dla mieszkańców. Na dzisiaj jest 51 takich stref w całym kraju, m. in. na Sądecczyźnie, w powiatach dębickim i mieleckim, także w Rzeszowie.
W mediach elektronicznych panuje informacyjny chaos. Prześledziłem siedem informacji pochodzących z różnych źródeł. Cztery podały, że maseczki nosić trzeba na wolnym powietrzu także w strefie żółtej, trzy, że tylko w czerwonej. Na stronach Ministerstwa Zdrowia znajduję, nie bez trudu, informację, że w „żółtych” miastach i powiatach zasady zasłaniania ust i nosa pozostają bez zmian, czyli że na ulicach, przy zachowaniu właściwego dystansu społecznego, nie trzeba zakładać maseczek.
Sytuacja jest jednak dynamiczna. Bardzo możliwe, że jeśli pandemia będzie nadal tak szybko przyspieszać, ministerstwo wprowadzi obowiązek zakrywania ust i twarzy dla całego kraju.
W ciągu jednej doby w Tarnowie przybyło 11 zakażonych. Tak źle jeszcze nie było.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o