Koronawirus, czyli kronika strachu (XXVI)

0
49
REKLAMA

Koronawirus - kronika strachuDzień sto pierwszy: tango koronawirusowe
Każdego dnia w Tarnowie przybywa po około trzydziestu przypadków zakażeń koronawirusem, od początku epidemii jest ich już prawie 400. Czerwona strefa z licznymi obostrzeniami. Między innymi ludzie w wieku poniżej 60 lat nie zrobią już zakupów między godzinami 10 a 12, gdyż ta pora jest zarezerwowana wyłącznie dla seniorów. Wchodząc do jednego ze sklepów byłem świadkiem ostrej scysji między młodą kobietą i sprzedawczynią, która powołując się na wymienione przepisy odmówiła obsłużenia klientki. Klientka była wściekła, gdyż w tym czasie nikogo poza ekspedientką w sklepie nie było.
Wątpliwości jest więcej, tak jak wiosną, gdy minister zdrowia zabronił nam spacerów w lesie. Słyszę, że przepis o specjalnych godzinach handlowych dla seniorów obowiązuje również w przypadku… szkolnych sklepików. Świetny pomysł, gdyż – jak powszechnie wiadomo – sklepiki działające w szkołach są głównym źródłem zaopatrywania się emerytów i rencistów. Prawdopodobne jednak, że nauka stacjonarna we wszystkich szkołach w kraju lada dzień zostanie wstrzymana, a więc problem rozwiąże się samoistnie.
Nie wiadomo też, dlaczego nie mogą być czynne siłownie czy kluby fitness, skoro mogą działać szkoły tańca. Może teraz w tych szkołach będą uczyć tanga pod warunkiem, że partnerzy zachowają między sobą dwa metry odległości?… Będzie to tango koronawirusowe.
Możliwe jednak, że coś się zmieni w tych dziwnych przepisach, bo branża fitnessowa ostro protestuje, obawiając się, że drugiego lockdownu już nie przeżyje. Wielki dramat obecnej sytuacji polega na tym, że z jednej strony ludzie boją się zarazy, a z drugiej boją się, że w przypadku dalszego zaostrzenia rygorów epidemicznych padną firmy, w których pracują.

REKLAMA

Dzień sto drugi: oni wiedzą swoje
Stoję w sklepie w kolejce. Za mną młody człowiek, na oko dwadzieścia kilka lat, jedyny w tym towarzystwie bez maseczki. W dodatku wyraźnie z siebie zadowolony. W końcu nie wytrzymuję, odwracam się i pytam gościa: – Pan w koronawirusa nie wierzy?
Młody jest zaskoczony moją reakcją, ale po kilku sekundach odparowuje: – W tej maseczce pan sobie bardziej zaszkodzi…
No i gadaj z takim. Znajomi, którym o tym opowiadałem, twierdzili, że powinienem zawołać ochronę sklepu, a ona wezwać policję. Możliwe, że byłoby to jak najbardziej słuszne. Jeśli moja 86-letnia schorowana matka nosi maseczkę i jest to dla niej wyczerpujące, to dlaczego młody zdrowy bałwan miałby jej nie nosić? Dlatego, że wierzy w teorie spiskowe i ma gdzieś zdrowie oraz bezpieczeństwo innych? On może nie wierzyć lub wierzyć w co chce, lecz musi przestrzegać ustanowionego przez państwo prawa!
W sumie jednak miałem szczęście. Wszak mogłem usłyszeć, tak jak już ktoś w jakimś mieście w Polsce: – Lepiej pilnuj swojej mordy… Mogłem nawet zostać pobity, jak tramwajarka w Warszawie, która zwróciła uwagę kolejnemu chojrakowi, że należy zakładać maskę.
W telewizji pewna pani, mieszkanka Warszawy, twierdzi, że nie ma koronawirusa, że to tylko inna grypa. Dobra, w porządku. Ale niech porówna liczbę umierających na całym świecie na zwykłą grypę i na tę inną. Skoro, jej zdaniem, koronawirus nie istnieje, przynajmniej niech się obawia tej drugiej „grypy” – bo jest czego się bać – i stosuje do zaleceń.

Dzień sto trzeci: zamaskowany sobowtór
Oglądam film sprzed kilku lat i nie mogę się nadziwić, że jego bohaterowie… nie mają maseczek na ustach i nosie. Ciekawe, czy zapłacą przez to mandat?
Coraz trudniej uwierzyć, że kiedyś był świat, w którym można było się obejść bez masek. Wczoraj na ulicy ukłoniłem się starszemu panu, sądząc, że jest to sympatyczny sąsiad z mojego bloku. Mężczyzna po krótkim namyśle odpowiedział dzień dobry, lecz był zaskoczony. Dopiero po paru chwilach zorientowałem się, że to nie jest mój sąsiad. Przypadkowo napotkany człowiek był tak zamaskowany, że aż się pomyliłem. W dodatku miał podobną do sąsiada posturę, uczesanie i okulary. Zdaje się, że z powodu maskowania mamy na ulicach coraz więcej sobowtórów.

Dzień sto czwarty: telefon nie widzi raka
Z niepokojem zauważam, że coraz częściej słyszę o ludziach zakażonych koronawirusem z Tarnowa, których znam osobiście. Albo o takich, którzy są znajomymi moich znajomych.
O pomoc coraz trudniej, gdyż ochrona zdrowia w całym kraju znajduje się w rozsypce. W szpitalu zakaźnym w Warszawie z powodu niedostatku sprzętu wyciąga się z magazynu stare butle tlenowe, których nie używało się od 20 lat.
Jeśli słyszymy, że w szpitalach w Tarnowie ma zostać zorganizowanych dodatkowo 100 czy 150 łóżek dla covidowców, to nie miejmy wątpliwości, że stanie się to kosztem innych oddziałów, na których leczeni są ludzie z innymi chorobami. Na naszych oczach rozgrywa się dramat covidowy, ale zaraz zza jego pleców wyłania się dramat na razie mniej widoczny: problem pacjentów, których nie ma kto i nie ma gdzie leczyć z najróżniejszych schorzeń, często również zagrażających życiu.
Oto historia kobiety opowiedziana przez telewizyjnych reporterów. Od kwietnia czuła ona ból w klatce piersiowej, trzech kolejnych lekarzy udzielało jej teleporad, nie zlecając żadnych badań. Ponieważ ból był dojmujący, przepisywano jej antybiotyki i silne środki przeciwbólowe. Gdy już to przestawało pomagać, czwarty lekarz zdecydował się w końcu na przyjęcie pacjentki i zrobienie badań. Okazało się, że w płucach kobiety rozrósł się złośliwy guz. Cztery miesiące, które mogły być wykorzystane na leczenie, zostały całkowicie zmarnowane. Niestety, raka płuc przez telefon nie widać.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o