Koronawirus, czyli kronika strachu (XXVIII)

0
157
Koronawirus, czyli kronika strachu
REKLAMA

Dzień sto dziesiąty: szybko umierają
Coraz głośniej o możliwym lockdownie w Polsce. Szacuje się, że będzie on konieczny, gdy liczba zakażeń w ciągu doby przekroczy 30 tysięcy. Podobno tylko taką skalę zachorowań jest w stanie znieść polski system ochrony zdrowia, choć – jak się wydaje – on już dawno przestał być wydolny. Kilka dni temu 76-letni mieszkaniec Tarnowa, u którego doszło do zatrzymania krążenia, zmarł, gdyż nie doczekał przyjazdu karetki pogotowia. Wszystkie ambulanse z innymi pacjentami godzinami czekały przed SOR-em.
Przed szpitalem w Siemiatyczach zmarł w karetce człowiek chory na covid-19, ponieważ nie było dla niego wolnego miejsca w oddziale. Drzwi do szpitala były zamknięte na łańcuch. W Gorlicach zabrakło miejsc… w szpitalnej kostnicy.
W ciągu ostatnich 12 miesięcy gwałtownie rośnie liczba zgonów w kraju, ale tylko część ma związek z covidem-19. Przypuszcza się, że załamanie się opieki zdrowotnej, ograniczenie wizyt lekarskich w przychodniach, brak fachowej pomocy medycznej na czas i lęk chorych przed zarażeniem się koronawirusem w szpitalach już zrobiły swoje. TVN podał, że na przykład w Tarnowie w październiku ub. roku odnotowano 93 zgony, a w tym samym miesiącu br. już 166!

REKLAMA

Dzień sto jedenasty: diagnoza zza okna
Jak mówi premier Mateusz Morawiecki, Polska w tym pandemicznym nieszczęściu stara się iść „środkiem drogi”, taką obrał metodę. To znaczy: nie zamykamy gospodarki całkowicie, staramy się reagować na zagrożenia na bieżąco. Złoty środek to dobry środek, ale żeby zadziałał w tym przypadku, konieczne jest wystarczające zaplecze, odpowiednio wydajna ochrona zdrowia, tak jak na przykład w Szwecji. A z tym jest wielki problem.
Pomijając liczbę szpitalnych łóżek, respiratorów i personelu, czyli najważniejszych w tej sprawie, na co dzień bywa i tak. Oto sytuacja w jednej miejscowości w powiecie przeworskim, zrelacjonowana mi przez znajomą osobę. Przed przychodnią stoi kolejka pacjentów, którzy są umówieni na wizytę (nie wszystkich da się leczyć przez telefon). Lekarz rodzinny przyjmuje w gabinecie, którego okno wychodzi na podwórze, tam, gdzie wszyscy czekają na diagnozę. Do okna podchodzi kobieta w średnim wieku, coś tłumaczy doktorowi, a ten – rozmawiając przez szybę – poleca kobiecinie rozpiąć kurtkę i podnieść bluzkę aż na wysokość stanika. Wszystko to dzieje się na oczach pozostałych. Lekarz ogląda wysypkę na ciele przez zamknięte okno, po chwili lekko je uchyla i donośnie woła: – Półpasiec!
No i tym sposobem cała wieś już wie, co komu dolega.

Dzień sto dwunasty: woda i orzechy
Kiedy wiosną wybuchła epidemia, sklepy przeżywały wielkie oblężenie. Obawiam się, że jeśli lockdown w Polsce będzie coraz bardziej realny, w sklepach znowu przybędzie klientów. Praktyczni aż do bólu sąsiedzi zza Odry chcą uporządkować i tę kwestię, podpowiadając ludziom, jakiego rodzaju zapasami domowymi warto dysponować na przynajmniej 10 dni. Niemiecki Urząd Ochrony Ludności i Pomocy na Wypadek Katastrof podaje, że powinny to być: 20 l wody, 3,5 kg zbóż, produktów zbożowych, chleba, ziemniaków, makaronu i ryżu, 2,5 kg owoców w puszkach lub słoikach i orzechów, 4 kg suchych roślin strączkowych i warzyw w puszkach lub słoikach, 2,6 kg mleka i produktów mlecznych, 1,5 kg mięsa, ryb i jajek, ewentualnie jajek w proszku, 0,4 kg tłuszczu i olejów (wszystko w przeliczeniu na jedną osobę). Zaleca się ponadto przechowywanie niezbędnych lekarstw, podręcznej apteki, świec i zapałek lub zapalniczki, kuchenki kempingowej z paliwem, zapasowych baterii, środków odkażających.
Dobrze jest zgromadzić także produkty spożywcze, które nie muszą być podgrzewane ani gotowane: cukier, miód, czekoladę, mąkę, rosół w proszku, sucharki, słone paluszki.
Nie ma tam mowy o wyrobach sanitarnych, sławnym papierze toaletowym, ale to chyba wydaje się wszystkim oczywiste. Mam jednak wrażenie, że ta ściągawka niemieckiego urzędu bardziej odnosi się do wybuchu bomby jądrowej niż do epidemii. Chyba że przezorni Niemcy biorą pod uwagę także apokaliptyczną wersję skutków zarazy, gdy skala zakażeń wśród ludności jest już tak wielka, że z powodu niedostatku kadry przestają funkcjonować nawet podstawowe służby.

Dzień sto trzynasty: na pewno „plandemia”?
Czas proroków. Tak jak na początku epidemii, wiosną, mamy wielki zalew sprzecznych ze sobą informacji. Mam na myśli poważne wiadomości, a nie teorie spiskowe. Ludzie z profesorskim cenzusem, często kreślą zupełnie odmienne wizje przyszłości. Mało kto wie, komu ufać.
A propos teorii spiskowych: im bliżej zastosowania szczepionki przeciwko koronawirusowi, tym więcej głosów, że za „plandemią” stoją wielkie koncerny farmaceutyczne, które rozpętały histerię wokół choroby i za chwilę zbiją na tym majątek. Majątek zbiją, to się zgadza, ale coraz trudniej mi zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w zarazę. Tymczasem we wszystkich szpitalach na świecie, również w Polsce, z powodu covid-19 umierają także koronasceptycy. Spośród nich w chorobę nie wierzą oczywiście tylko zdrowi. Chyba z wyjątkiem ozdrowieńca Donalda Trumpa, który doświadczył zarazy, ale nadal on i jego zwolennicy spotykali się na wiecach przedwyborczych bez maseczek. Ktoś dobrze zauważył, że tegoroczne wybory prezydenckie w USA są bojem między antycovidowcami i tymi, którzy nie lekceważą niebezpieczeństwa.

Dzień sto czternasty: co tydzień milion
Krajowe laboratoria, które analizują pobrane od pacjentów wymazy, są już na skraju swoich możliwości. W Tarnowie i powiecie, w których mieszka ponad 300 tys. mieszkańców, nadal nie ma takiej placówki, nie licząc szpitalnych. Nadal wszystkie próbki z Tarnowa i okolic wozi się do innych miast, głównie do Krakowa. Może więc ktoś wreszcie wpadnie na to, że dla dużego regionu, liczącego kilkaset tysięcy mieszkańców, potrzebne jest również laboratorium analityczne. Chyba że zgodzimy się z tym, że za chwilę na wyniki badań przyjdzie czekać osiem dni, jak zdarza się już w niektórych regionach, a może i dłużej. Być może częściowym rozwiązaniem problemu będzie wprowadzenie na rynek znacznie szybszego testu genetycznego opracowanego w placówce PAN w Poznaniu.
Tymczasem dr Jakub Zieliński, szacuje, że tygodniowo zaraża się w Polsce około miliona osób, czyli cały Kraków wraz z przyległościami. Premier Morawiecki ogłasza „mały lockdown”, choć – oczywiście – tak tego nie określa. Kolejne branże zamrożone, między innymi zamknięte sklepy w centrach handlowych, z wyjątkiem aptek i spożywczaków. Tam mamy już pełną powtórkę z wiosny.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o