Koronawirus, czyli kronika strachu (XXX)

0
107
REKLAMA

Koronawirus, czyli kronika strachuDzień sto dwudziesty czwarty: policzmy się w wigilię

W ostatnim czasie chyba najbardziej komentowane jest ministerialne rozporządzenie, które ustala, jak liczne mogą być wszelkiego rodzaju spotkania, łącznie ze świątecznymi, do 27 grudnia. W rozporządzeniu mowa jest o tym, że może ze sobą spotkać się góra 5 osób, nie licząc gospodarzy domu.
Lęk rządu przed rozwiezieniem covidowej zarazy po wszystkich zakątkach Polski w czasie świąt jest uzasadniony, ale i tak mamy do czynienia z tak zwanym martwym prawem. Trudno sobie wyobrazić, by w czasie wigilii policyjne patrole zaglądały do prywatnych domów i liczyły znajdujących się tam gości… To ministerialne ograniczenie jest w praktyce nie do wyegzekwowania, więc może lepiej od razu z niego zrezygnować? Zyskałoby na tym prawo jako takie, przynajmniej jego prestiż, ranga i powaga.
Ludzie i tak zrobią swoje, tak, jak uważają. Jeśli ktoś ma dużą rodzinę, w czasie świąt gości raczej nie będzie zliczał. Szczególnie na prowincji, z natury bardzo rodzinnej, mocno przywiązanej do tradycji. Co z tego wyniknie potem – okaże się wnet.

REKLAMA

Dzień sto dwudziesty piąty: nigdzie się nie ukryjesz

Czasem można wysnuć wniosek, że na czas pandemii najlepiej byłoby się zaszyć w głębokim terenie. Jeśli nie ma się obowiązków zawodowych, ale ma się możliwość ucieczki z miasta i tymczasowego zamieszkania w ustronnym miejscu, warto taką próbę podjąć. Mała miejscowość to mniejsze skupisko ludzi, mniej kontaktów i mniejsze ryzyko zakażenia się.
Ale gwarancji nie ma nigdzie. Chyba że w kosmosie i może jeszcze gdzieś. Dobrze to pokazał przykład Bronisława Komorowskiego, byłego prezydenta RP, który jesienią wyjechał z Warszawy i zaszył się w swoim domu letniskowym w Budzie Ruskiej. Ta licząca ledwie 240 mieszkańców wioseczka na Podlasiu nigdy nie byłaby szerzej znana, gdyby nie znajdująca się tam dacza Komorowskich. Okazało się jednak, że koronawirusem można zakazić się wszędzie, także w Budzie Ruskiej. Były prezydent z objawami covidu-19 najpierw trafił do prowincjonalnego szpitala w Sejnach, a potem do kliniki w Warszawie. Komorowski oznajmił, że nie ma pojęcia, w jakich okolicznościach mógł się zakazić, był raczej przekonany, że jeśli się schroni w domu letnim w Budzie, to przetrwa bez szwanku. Nie można jednak wykluczyć, że zaraza przyjechała do niego – gościnnie – ze stolicy albo innego miasta.

Dzień sto dwudziesty szósty: rekord rekordów

Mieszkam niedaleko jednego z kościołów w Tarnowie. Średnio co trzy, cztery dni słyszę głośne kościelne dzwony – o bardzo różnych porach. Wtedy spoglądam przez okno i za każdym razem dostrzegam to samo. Pogrzeb. Wiadomości o gwałtownie rosnącej liczbie zgonów w Tarnowie, ale i w całej Polsce, nie są przesadzone. Oficjalnie podano, że w październiku zmarło najwięcej naszych rodaków od zakończenia II wojny światowej. Ale w sieci znalazłem pewną ciekawostkę. W kwietniu 2019 roku, a więc na rok przed pandemią, media alarmowały podobnie: Polacy umierają. Padł rekord, tyle zgonów nie było od wojny. Wtedy martwiła wysoka umieralność z powodu chorób serca i nowotworowych.
Branża pogrzebowa ma piękne perspektywy na przyszłość. Żniwa w tej branży potrwają długo. Nie zakończą się wraz z ustaniem epidemii. Wszelkie chorobowe zaniedbania spowodowane obecną tragiczną sytuacją w ochronie zdrowia będą dawać o sobie znać przez kilka kolejnych lat. Dość ciekawa może okazać się obserwacja rosnącej liczby zakładów pogrzebowych w mieście. Kto w nie zainwestuje, raczej nie straci.

Dzień sto dwudziesty siódmy: trumien nam starczy

Właśnie ogłoszono, że milionowy Polak zakaził się koronawirusem. Według niektórych ekspertów tę liczbę należy pomnożyć przez pięć albo i nawet przez… dziesięć. Chodzi zwłaszcza o ciemną liczbę bezobjawowców. Do tej pory zmarło dwadzieścia kilka tysięcy osób. W Tarnowie ponad siedemdziesiąt.
Pod względem statystycznym wielkie epidemie grypy w powojennej Polsce mogły wygrywać z koronawirusem. Tylko w jednym roku, 1971, na grypę zachorowało 6 mln osób, z czego ok. 6 tys. zmarło na skutek powikłań. Czyli wymarło jedno miasteczko wielkości dzisiejszego Tuchowa. Chwilowo zabrakło trumien. Choroba nadeszła do Europy… z Chin.
Koronasceptycy mogliby złośliwie przypomnieć, że nikt wówczas nie wprowadzał z tego powodu lockdownu, który wtedy w Polsce miałby zapewne inne określenie. Nikt nie zamykał sklepów, firm i ludzi w domach. To prawda, ale wszystkie ważniejsze imprezy kulturalne i sportowe były odwołane. No i czasy były inne, inne zupełnie realia. Prawdą jest też, że niektóre firmy zamknęły się wówczas same, ponieważ załoga niemal w komplecie chorowała.
A więc okazuje się, choćby na przykładzie Polski, że inna grypa, jak beztrosko nazywają covid-19 koronasceptycy, zbiera znacznie obfitsze śmiertelne żniwo niż grypa sprzed pół wieku. Liczba zgonów to już nie jedno, lecz cztery takie miasteczka jak Tuchów. A gdyby jeszcze nie było maseczek i wszystkich ograniczeń? Za to z trumnami nie ma problemu, przemysł ciągle nadąża…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o