Koronawirus, czyli kronika strachu (XXXII)

0
129
Koronawirus - Kronika strachu
REKLAMA

Dzień sto trzydziesty trzeci: dwustu nieboszczyków

Rozmawiałem dzisiaj z pewnym znanym tarnowianinem, którego córka kilkanaście lat temu wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tam wykształciła się na dyplomowaną pielęgniarkę. Kiedy nadeszła epidemia, znalazła się w oku cyklonu. Stanęła na pierwszej linii frontu walki z zarazą w jednym z amerykańskich szpitali covidowych. Sama jakoś przetrwała, nie zakaziła się, ale kiedy na covid zmarło już 200 jej pacjentów, dłużej nie dała rady, psychicznie była całkiem wyczerpana. Zwolniła się. Podjęła dodatkowe kształcenie, uzyskując uprawnienia do zajmowania się pacjentami w ośrodkach leczenia psychiatrycznego. Przyjęła pracę w jednym z takich ośrodków, ale już wkrótce z przerażeniem stwierdziła, iż kierownictwo placówki nie stosuje się do zaleceń epidemiologicznych. W Ameryce gros ludzi bardzo niefrasobliwie podchodzi do problemu, tak jak i w innych krajach, lecz tam do niedawna na swoje nieszczęście mieli prezydenta, który publicznie kpił sobie z zagrożenia i wyśmiewał noszenie maseczek. Twierdził, że skoro nie widać koronawirusa, to go nie ma. Nawet gdy w końcu sam zachorował, nie przestał udawać chojraka.
Kiedy córka znajomego zwróciła uwagę na nieprawidłowości w placówce, została zwolniona. Ale dyrekcji się nie upiekło, tamtejsze organa władzy łączne z policją wkroczyły do ośrodka i rozpoczęły drobiazgową kontrolę.
Dzisiaj dziewczyna jest pielęgniarką objazdową, jeśli można użyć takiego określenia, i zajmuje się ludźmi, których dopadł covid i często z tego powodu mają teraz poważne powikłania. Bywa, że pokonuje dość duże odległości. Z tego, co usłyszałem, najgorsza sytuacja pod względem epidemiologicznym w USA panuje w Nowym Jorku. Pielęgniarkom oferuje się tam trzykrotnie wyższe wynagrodzenie.

REKLAMA

Dzień sto trzydziesty czwarty: gardła poczekają

Po raz kolejny dociera do mnie sygnał, że w dobie koronawirusa część laryngologów, nie tylko w Tarnowie, w obawie przed zakażeniem ograniczyła zakres badań. Znam opowieść czytelniczki, która z powodu niedomagań krtani chciała skorzystać z porady w pewnym ośrodku specjalistycznym w Rzeszowie. Zaraz na powitanie rejestratorka zapytała przez telefon, co pacjentce dolega. Kiedy usłyszała, że chodzi o krtań, od razu poinformowała, że obecnie lekarze nie badają krtani, z wyjątkiem jednej specjalistki, ale decyzję w tej sprawie podejmuje ona dopiero w trakcie konsultacji.
– To jak można leczyć krtań w ogóle jej nie widząc? Jaki sens jechać do państwa 80 kilometrów bez gwarancji, że lekarka podejmie się tego badania? – zapytała tarnowianka.
– Nic pani na to nie poradzę, takie są u nas ustalenia…
Teraz więc, jeśli ktoś ma problem z gardłem, powinien na początku pytać w rejestracji, czy będzie odpowiednio zbadany. Bo pewności nie ma.
Część specjalistów uznała, że nie będzie ryzykować i skoncentruje się głównie na leczeniu uszu. Z uszu nie wydostają się „korony”, a więc jest bezpieczniej. Gardła niech poczekają na lepsze czasy.
Tylko że lepszych czasów nie należy wypatrywać zbyt prędko, nawet jeśli opanujemy epidemię. Wtedy może nadejść czwarta fala, ale innych już chorób, które z powodu niewydolności systemu ochrony zdrowia nie zostały na czas zdiagnozowane bądź wyleczone.

Dzień sto trzydziesty piąty: szczepionka czy woda?

Jechałem dzisiaj z sympatycznym taksówkarzem jednej z tarnowskich korporacji. O czym rozmawialiśmy po drodze? Wiadomo. O szczepionce. Taksówkarz stwierdził, że nie boi się szczepionki, boi się czegoś innego. Obawia się, że – znając polski bałaganik – mogą nie zostać dotrzymane wymogi związane z transportem i przechowywaniem medykamentu.
– Nie chciałbym, żeby mnie zaszczepili ciepłą wodą – oznajmił.
Ciepła woda na nic się nie przyda, ale chyba nie będzie aż tak źle. Co prawda, jak się już okazało, straty w szczepionkach w Polsce są dosyć duże, lecz trzeba mieć nadzieję, że sytuacja szybko zostanie opanowana.
Coraz mniej ludzi obawia się szczepionki. Ponieważ nie było ciężkich powikłań po zaszczepieniu – poza jednym, jak na razie, przypadkiem – odwaga w narodzie wzrosła. Pokazują to też sondaże. Może więc jakoś wspólnie zwalczymy tę epidemię. Do szczęścia potrzeba przynajmniej 70 proc. zaszczepionych.

Dzień sto trzydziesty szósty: mróz dobry na zarazę?

Widzę przez okno małe dzieciaki, które brnąc w śniegu idą do szkoły. One pierwsze, po wielu tygodniach zdalnej nauki, wróciły do ławek. Nauczyciele mają dostęp do testów, lecz wielu ekspertów uważa, że nie mają one większego sensu. Przecież w każdej chwili można zostać zakażonym, nawet w godzinę po wykonaniu testu. Sens mają szczepienia, ale ich tempo z powodu ograniczeń dostaw preparatu wyraźnie zwolniło, więc nauczyciele na swoją kolej poczekają jeszcze dłużej.
Mój dawny sąsiad, spotkany na ulicy, żywi pewną nadzieję.
– Panie, ten duży mróz, który parę dni temu mieliśmy, może wyzabijał choć trochę tę zarazę? – zapytał na powitanie. – W mojej rodzinie zawsze się mówiło, że mróz wybija zarazki, a chlapa ciapa je rozmnaża…
Nic z tego. Także mróz jest bezradny wobec koronawirusa. Tylko szczepionki, szczepionki, szczepionki…

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments