Koronawirus, czyli kronika strachu (XXXV)

0
219
Koronawirus Kronika strachu 35
REKLAMA

Dzień sto czterdziesty szósty: śmierć mieszkańca

Jestem w małym podkarpackim miasteczku. Na część mieszkańców padł blady strach. Wcześniej miasteczko pandemię przechodziło w miarę łagodnie. Teraz nagle się to zmieniło. Ludzie co dnia przekazują sobie wiadomości o nowych zachorowaniach na covid-19 i o pierwszych zgonach; prawdopodobnie i tu dotarła brytyjska odmiana wirusa, bardziej zaraźliwa i niebezpieczna. Ponieważ w 5-tysięcznym miasteczku wszyscy dobrze się znają, wieści takie robią wrażenie, choć tylko na niektórych, o czym jeszcze za chwilę.
Na drzwiach prowadzących do klatki schodowej jednego z bloków pojawił się nekrolog. Zmarł mieszkaniec tego domu, lat 56. Na covid-19 zachorował nie tylko on, ale i jego żona.

REKLAMA

Oboje trafili do szpitala powiatowego. On w stanie ciężkim, ona w zdecydowanie lepszym. Mężczyzna, mimo że natychmiast został podłączony do respiratora, nie przeżył.
Na klatce schodowej bloku, w którym mieszkało zakażone małżeństwo, spotykam sprzątaczkę, kobietę w wieku około 40 lat. W ręku trzyma duży pojemnik z płynem odkażającym, obficie spryskuje nim poręcze schodów i parapety. Jest wystraszona.
– Nie chorowałam do tej pory na covid, nie jestem zaszczepiona – informuje niepytana. – Boję się, że mogę tutaj to świństwo złapać… Nie wiem, co to będzie… Ma głęboko nałożoną na twarz maseczkę, ale łatwo dostrzec jej przerażone oczy.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze