Koronawirus, czyli kronika strachu (V)

2
118
koronawirus-kronika

Dzień dwudziesty: gdy płonie las…
Kolega z Podkarpacia opowiada mi, jak pomagał ostatnio swojej sąsiadce, kobiecie po siedemdziesiątce. Wybrała się do apteki, żeby kupić pewien lek bez recepty. Po zażyciu zrobiło się jej źle. Gwałtownie wzrosło ciśnienie, poza tym mdłości, drgawki, wysoka temperatura.
Kobieta, która na co dzień cierpi na choroby układu krążenia, mocno zaniepokojona swoim stanem zadzwoniła do pobliskiego miasta na pogotowie. Usłyszała, że nikt jej nie pomoże, bo w tej chwili nie ma wolnej karetki. Zadzwoniła za czterdzieści minut. To samo: brak karetek, proszę przyjechać do szpitala samemu.
Wtedy swojej sąsiadce pomógł mój kolega, która odwiózł ją samochodem do szpitalnej izby przyjęć. Tam jednak zero zainteresowania. Nikt na nic nie miał czasu. Jakaś pielęgniarka, którą kolega prosił o pomoc dla kobiety, nie wytrzymała: – Mamy teraz na głowie ważniejsze sprawy! Wtedy sąsiadka kolegi wybuchła płaczem, mówiła, że jest emerytowaną pielęgniarką, że w tym właśnie szpitalu przepracowała trzydzieści trzy lata, a teraz chyba przyjdzie jej w nim umrzeć nie doczekawszy ratunku. Ten akt rozpaczy zrobił wrażenie. Pielęgniarka wreszcie poszła po lekarza…
To nie jest historia tylko o tym, jak niektóre cudowne lekarstwa bez recepty, reklamowane w telewizji, mogą „uzdrawiać”. To jest historia przypadku, który może dotyczyć wszystkich ludzi, którzy nagle zachorują, nie tylko na COVID-19. Niewydolna polska ochrona zdrowia w czasach koronawirusa coraz częściej zamyka się na innych pacjentów, na inne choroby, zakres pomocy, który i tak był dotychczas marny, w ostatnich tygodniach skurczył się jeszcze bardziej. Bo kiedy płonie las, nie szkoda róż? Cichy dramat wielu ludzi, których dopadły – przed lub w trakcie koronawirusa – różne schorzenia i potrzebują systematycznej pomocy, ciągle trwa.

Dzień dwudziesty pierwszy: ruch na autostradzie
W drugi dzień świąt wyruszam w kierunku autostrady A4. Pieszo, mam niedaleko. Chcę sprawdzić, jaki panuje tam ruch. Spoglądam z niewielkiego wzniesienia i dostrzegam wcale nie tak mało samochodów. Oczywiście, nie ma porównania z tym, co było przed epidemią, ale jednak niektórzy pojechali na święta do rodziny. Teraz wracają. Zawsze muszą znaleźć się tacy, którzy mają zakazy za nic, ale spodziewałem się mniejszego ruchu. Co chwila pojedyncze samochody mkną drogą na wschód lub zachód. Wieczorem w telewizji podano, iż 10 proc. kontrolowanych przez policję w czasie świąt kierowców złamało zakaz przemieszczania się po kraju.

Dzień dwudziesty drugi: byle wytrzymało gardło
Znajomy ratownik medyczny mówi mi, że rośnie liczba przypadków dermatologicznych. Ludzie, którzy na wezwanie służb medycznych masowo odkażają swoje dłonie – w sklepie czy w domu – najróżniejszymi środkami dezynfekcyjnymi, czasem wzbudzającymi wątpliwości, coraz częściej mają problemy ze skórą. Uczulenia, wysypki itp. Tylko jak tu teraz dostać się do dermatologa?
Mojej koleżance wysiadło z kolei gardło. Ale przyczyna wydaje się banalna. W ciągu dnia tak długo rozmawia przez telefon, że nie wytrzymują struny głosowe. Bez przerwy albo ktoś do niej dzwoni, albo ona wydzwania. Brak kontaktów bezpośrednich coraz bardziej daje się we znaki. W warunkach izolacji życie wielu osób przeniosło się do smartfonów lub internetu.
Coraz częściej potrzebujemy nie tylko lekarzy, lecz także… fryzjerów. Mówię do żony, że jeśli w ciągu najbliższych dwóch tygodni nie ruszą zakłady fryzjerskie, będzie musiała mnie ostrzyc. Maszynkę elektryczną mam.
Chyba już od dwudziestu lat regularnie odwiedzam ten sam zakład – w centrum Tarnowa, niedaleko mojej redakcji. Właściciel jest nie tylko świetnym fryzjerem, ale i sympatycznym rozmówcą. W ciągu kwadransa zawsze udaje się nam prześlizgnąć po kilku interesujących tematach – miejskich lub krajowych. Tuż przed nastaniem zarazy mój fryzjer zainwestował w swój lokal. Odremontował go, zmodernizował, lepiej wyposażył. Cieszył się z tego powodu, to zrozumiałe. No i ten pachnący farbą lokal został zamknięty kilka dni później. Epidemia! Mam nadzieję, że zakład przetrwa trudny okres.

Dzień dwudziesty trzeci: niech leczy Ronaldo
Niektórych bierze na filozofowanie. Gdzieś czytam, że po tej zarazie ludzkość musi poważnie zastanowić się nad sobą. Musi zrozumieć, że nauka i naukowcy potrzebują więcej uwagi, więcej szacunku i więcej pieniędzy. Przypomina się, że koronawirus był już znany wcześniej, ale zawsze brakowało funduszy na tyle, by prędzej zakończyć badania nad szczepionką. Ktoś się oburza: jak to jest, że kopacze piłki typu Ronaldo albo Messi w mig zarabiają miliony, kiedy wybitni ludzie nauki ledwie tysiące? Co za dziwny porządek świata. Skoro tak, to niech teraz Ronaldo ratuje ludzkość przed zarazą…
Godne uwagi jest poświęcenie sióstr z krakowskiego zgromadzenia dominikanek, które na wieść o tragicznej sytuacji w DPS w Bochni szybko ruszyły na ratunek. Stwierdzono tam zakażenie koronawirusem u 26 podopiecznych i u 15 pracowników. Przez pewien czas setką starszych ludzi opiekowało się tylko dwóch wycieńczonych fizycznie i psychicznie pracowników, na szczęście przyjechały z pomocą siostry dominikanki. Sytuacja podobno jest już opanowana.

Dzień dwudziesty czwarty: trudno powiedzieć…
Nadchodzi moda na maseczki ochronne, dziś noszone już obowiązkowo. Różni producenci proponują różne fasony i kolory. Przypomina to sytuację, gdy dość powszechne stały się maski w miastach tak zagrożonych zimowym smogiem, jak Kraków. Młodzi ludzie sięgali tam po różne modele masek, dobierali je tak, jak dobiera się ważny element ubioru.
Większość ma jednak inny problem. Zwykłe maseczki, które przed pandemią kosztowały grosze, teraz kosztują kilka złotych za sztukę. Dlatego w sieci pojawiają się rady, jak prosta maseczka może się stać produktem wielokrotnego użytku. Czy i jak prać, w jakiej temperaturze, jak je odnawiać itp. Ktoś obliczył, że gdyby on i jego trzyoosobowa rodzina miała za każdym razem, przed wyjściem z domu, zakładać nową maskę, należałoby wydawać kilkaset złotych miesięcznie.
Minister zdrowia Łukasz Szumowski zapowiada, że od 19 kwietnia będzie następować powolne odmrażanie gospodarki. Wytrwały minister u wielu zdobywa uznanie za swoją postawę w czasie epidemii, ale bywa, że zupełnie zaskakuje. Kiedyś powiedział, że do placówek medycznych dostarczany jest potrzebny sprzęt, ale „gdzieś on znika”. Teraz, że wprawdzie mamy potencjał, by wykonywać 20 tys. testów na koronawirusa w ciągu doby, ale „trudno powiedzieć, dlaczego go nie wykorzystujemy”. Panie ministrze, jeśli pan nam tego nie powie, to kto?…
Na Okęciu wylądował największy samolot transportowy świata – AN 25 Mrija. Wielka atrakcja dla miłośników lotnictwa uciekła im sprzed nosa. Ze względu na obowiązujące obostrzenia nie mogli pojawić się w rejonie lotniska. Za to pojawił się sam premier ze wszystkimi swoimi służbami, by przemówić do narodu z płyty lotniska i pochwalić się sukcesem. Orkiestry nie było, przecinania wstęgi też nie, ale mimo to można zaryzykować twierdzenie, że duch Edwarda Gierka wciąż krąży po kraju. Sukces jednak nie był pełny, gdyż – jak wyszło na jaw – ogromny odrzutowiec przetransportował z Chin do Polski mniej sprzętu medycznego niż zapowiadało wcześniej Ministerstwo Aktywów Państwowych.

2
Dodaj komentarz

1 Liczba komentarzy
1 Odpowiedzi
1 Obserwują
 
Komentarze z największą ilością reakcji
Najbardziej negatywny komentarz
2 Autorzy komentarzy
  Ustaw powiadomienia  
NAJNOWSZE NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Powiadom o
Roman

Ciekawe ze mamy izolacje i zakaz wychodzenia z domu ale czy blok spoldzielni tarnowskiej najwiekszej w miescie to domBo jak mozna nazwac blok mieszkalny skoro tam tylko przebywaja pracujacy przy agregatach pradotworczych no i szlifierkach bo slychac daleko szlifowanie jak i skrawarkach toz to zaklad przemyslowy a nie bloki mieszkalne.Jak mozna w nocy spac skoro huk potezny ale o tym nikt nie pisze i nie mowi ciekawa sprawa tajemniczego przemyslu slyszalnego bezszyldowego ale jednak huk zdradza ze pracuja potezne machiny No tak redaktorzy przejdzcie sie w nocy Moscickiego niby centrum a huk straszny i pisk kabli zdradza ze praca na… Czytaj więcej »