Koronawirus, czyli kronika strachu IX

0
135

Dzień trzydziesty siódmy: urok zdalnego świata
Nadal sporo firm chce nas zatrzymać w domu, choć czas najwyższy z niego wyjść. Przecież w tym chronicznym bezruchu zaraz zaczniemy iść na dno. Gospodarczo, społecznie i zdrowotnie. Wprawdzie już trochę nas odmroziło, ale mój bank wciąż chce, abym pozostał w mieszkaniu. Właśnie proponuje „Pożyczkę na selfie”. To kolejna zdalna czynność, tym razem związana z zawarciem umowy i wykonaniem swojego zdjęcia na komórkę.
Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy już tylko zakładać kapcie, siedzieć w domowym fotelu i zdrowo tyć, a reszta dokona się za pomocą „zdalności”. Piękny świat nam się szykuje, nie ma co.
W telewizji i internecie szaleństwo reklam lekarstw na odporność. Czasem mam wrażenie, że to już późna jesień, listopadowa plucha, kaszel i katary, a nie przełom wiosny i lata. Wiadomo jednak o co chodzi. W większości reklam łatwo odnajdziemy sugestię, że jakiś lek wzmacnia naszą odporność oczywiście na… koronawirusa! Jakże by inaczej.

REKLAMA

Dzień trzydziesty ósmy: mały cud
Czy to możliwe, żeby ludzie w czasach zarazy stali się uczciwsi? Zostawiłem na ławce swoją saszetkę na ramię, w której było wszystko, łącznie z komórką Opamiętałem się dopiero w domu. Szybko z niego wybiegłem, ale już bez złudzeń. Saszetkę pozostawiłem w widocznym miejscu, przy chodniku, którym setki ludzi idą bądź wracają z centrum handlowego.
Szedłem jak na ścięcie, wyobrażając sobie, ile czasu pochłonie mi odnowa utraconych dokumentów. I nagle szok. Już z daleka dostrzegłem, że na ławce wciąż leży moja saszetka! Wokół mnóstwo przechodzących ludzi, którzy nie zwracali na nią uwagi. Zero zainteresowania. Znajomi ukuli taką tezę, że teraz złodzieje rzadziej chwytają za cudze rzeczy w obawie przed covidem, ale teza ta wydaje mi się trochę humorystyczna.
Trzy lata temu wraz z żoną i córką przeżyłem inny „mały cud” – na obczyźnie. Na ławce w galerii handlowej we Frankfurcie nad Odrą pozostawiliśmy tablet z cennymi dla nas zdjęciami. Kiedy po dwóch minutach wróciliśmy, już go tam nie było. Rozpytywaliśmy na stoiskach o naszą zgubę, bo może ktoś ją tam odniósł? Bez skutku. Kiedy zrezygnowani wychodziliśmy z galerii, usłyszeliśmy za plecami jakieś głośnie wołanie. Dość młody mężczyzna przybiegł do nas z naszym tabletem! Okazało się, że zgubę zauważył jego 10-letni synek, zabrał ją z ławki, oddał tacie, tata uruchomił tablet, trochę w nim poszperał i w chwilę potem zaczął biegać po całej galerii. Chciał odnaleźć ludzi, którzy byli na zdjęciach. Zdyszany i spocony zauważył i rozpoznał nas w ostatnich sekundach, gdy już prawie byliśmy na ulicy… Jak tu nie wierzyć w człowieka? Małego znalazcę i jego tatę zaprosiliśmy na lody.

Dzień trzydziesty dziewiąty: zrzucimy maski
Jakaś kobieta, tak koło pięćdziesiątki, jedzie chodnikiem rowerem i na mój widok się zatrzymuje.
– Niech pan nie nosi tak tej maski, niech pan odkrywa nos – szczerze radzi. – Dopiero teraz może pan zachorować. Wiem, co mówię, bo w rodzinie mamy lekarza.
– Są różne szkoły. A pani niech włoży maskę, bo na rowerze też trzeba ją mieć.
– Nie włożę.
– To będzie mandat…
– Nie będzie. Ucieknę policji rowerem…
Czytam dzisiaj, że wkrótce tam, gdzie ognisko epidemii wyraźnie słabnie, obowiązek noszenia maseczek zostanie poluzowany. Wydaje się, że ministerstwo obserwuje sytuację na bieżąco i widzi, iż społeczna dyscyplina pod tym względem zaczyna poważnie szwankować. Coraz mniej osób zakrywa nos i coraz więcej chodzi bez żadnego zakrycia. Gdyby policja chciała się zajmować tylko tym, na nic innego nie miałaby już czasu.

Dzień czterdziesty: jak ludziom przybyło pieniędzy
Wreszcie u fryzjera. Na umówioną godzinę. Rękawiczki i maseczki. Fryzjer żali się, że od rana jest tylko o śniadaniu, choć minęło już kilka dobrych godzin. Popija tylko wodę. Klient za klientem, kilogramy włosów wędrują do worków. Dziś będzie pracował prawie pół doby.
Moja koleżanka twierdzi, że pod pewnym względem czas zarazy okazał się dla niej… zbawienny. Najpierw myślałem, że się przesłyszałem.
– No to posłuchaj raz jeszcze – mówi. – W tym czasie przestałam chodzić ze znajomymi do lokali, w których zostawiało się trochę grosza. Przestałam włóczyć się po sklepach, żeby czasem kupić sobie jakiegoś ciucha, choćby dla poprawienia nastroju. W domu miałam więcej czasu, więc przeszłam na tańsze gotowanie zamiast kupować gotowiznę. Nie przyjmowaliśmy wieczorami znajomych, a to przecież też troszkę kosztuje. Choćby butelka wina albo czegoś podobnego. Zrezygnowaliśmy z mężem z dalszych weekendowych wyjazdów, bo były niemożliwe. Po raz pierwszy od lat majówkę spędziliśmy w Tarnowie. No i zaoszczędziłam niemało na fryzjerce. Wczoraj spojrzałam na konto i nie chciało mi się wierzyć, że aż tyle pieniędzy mi jeszcze zostało. Po prostu nie było ich gdzie wydać…
Hmm… Nie znam się na ekonomii, ale odnoszę wrażenie, że koleżanka, zupełnie niechcący, wygłosiła krótki wykład o przyczynach recesji gospodarczej.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o