Koronawirus, czyli kronika strachu

0
242
W sklepach panika minęła, dziś się ich unika | fot. Tadeusz Koniarz

Dzień pierwszy: wyprawa po rybki

Mój znajomy wybrał się na zakupy do jednego z tarnowskich supermarketów. Twierdzi, że pierwszy raz widział na swoje oczy amok. Setki ludzi z wyładowanymi po brzegi wózkami. Niektórzy mieli po dwa wózki. Gorączka w oczach. Mąka, kasza, makaron, pieczywo, konserwy rybne, konserwy mięsne, chemia gospodarcza, papier toaletowy. Ktoś zapłacił za jednorazowe zakupy 860 zł, lecz byli też lepsi. Wszyscy bardzo podminowani, spieszyli się z zakupami, tak jakby za chwilę miało czegoś na półkach zabraknąć. Kolega przypomniał sobie czasy swego dzieciństwa, gdy podobnie się działo w okresie kryzysu kubańskiego w 1962 roku. Ludzie mówili wtedy, że wybuchnie trzecia wojna światowa i szturmowali sklepy.
Kolega przyszedł po paczuszkę filetów rybnych. Nic innego nie kupił. Ustawił się w kolejce z przepełnionymi wózkami. Kasjerka ze zdumienia przecierała oczy. – To tylko te rybki, naprawdę?!

REKLAMA

– Tylko. Może wystarczy na całą epidemię – zażartował kolega, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Ludzie za plecami wydali pomruk niezadowolenia. Mieli wrażenie, że kolega z tymi rybkami ich prowokuje, drwi sobie z nich i z sytuacji, która nastała. – Może tego pana nie stać na więcej? – ktoś z kolejki rzucił złośliwie. Trudno się dziwić. Przecież trafił się jakiś odszczepieniec. Dziwak. Prowokator. Diabli wiedzą kto. Oni tu wszyscy z zakupami na tysiąc złotych, tworząc wspólnotę społeczną świadomą tego, co się dzieje, a on z kilkoma chudymi rybkami w folii. Jakieś trzydzieści deko. I jeszcze buńczucznie odpowiada, że to wszystko, że niczego więcej nie potrzebuje!
Kolega zabrał swoje rybki i prędko się zmył ze sklepu. Bał się cokolwiek już powiedzieć, bo czuł, jak gęstnieje atmosfera. Na drugi raz nie zaryzykuje, dla niepoznaki kupi przynajmniej ze dwa kilo mąki. O ile jeszcze będzie.

Dzień drugi: pobili się klienci

Dzwoni siostra z Podkarpacia. Narzeka, że jutro musi wstać bladym świtem, żeby kupić chleb. U nich wczoraj zabrakło pieczywa. W ich sklepie, należącym do popularnej sieci, w kolejce po towar ludzie pobili się o wózki. Obsługa wzywała do spokoju, informując, że jeśli on nie nastąpi, będzie zmuszona zamknąć sklep. Znajomy z Tarnowa ma znajomego, który prowadzi sklep z wyrobami alkoholowymi. W ciągu dnia ten drugi sprzedał dziesięć palet butelek ze spirytusem. Podobno w kraju litr spirytusu medycznego osiągnął cenę 500 złotych. W kiosku Ruchu, który znajduje się niedaleko mojego domu, niewielka butelka płynu antybakteryjnego kosztuje 39,90, kilka dni temu 13 złotych.

Dzień trzeci: straszna broń

Odwiedza mnie w domu Rysiek (imię zmienione). Mocno przepłoszony. Zaczyna o koronawirusie, jakże by inaczej. Bada mnie, chcąc wyczuć, czy ja się tak boję, jak on. On boi się bardzo, ale za wszelką cenę stara się to ukryć. Nie wie, czy w mojej obecności wypada się tak lękać. Chcąc mu trochę ułatwić zadanie, mówię zgodnie z prawdą, że sytuację uważam za poważną, nie wolno jej bagatelizować, tym bardziej, że nie wiemy, co nas jeszcze czeka. Trzeba być ostrożnym, ale – moim zdaniem – gorsza od wirusa może być rozprzestrzeniająca się panika. Chyba Ryśka zawiodłem tym umiarkowanym stwierdzeniem. Zamyśla się na chwilę, potem wyjmuje z kieszeni smartfona i odczytuje treść sms‑a, którego ktoś mu przesłał. W sms‑ie zwarta jest wiadomość, że koronawirus wymknął się niepostrzeżenie z chińskich laboratoriów, gdy prowadzone były eksperymenty z nową, straszną bronią biologiczną przeciwko Amerykanom. Rysiek ma chyba nadzieję, że to mnie wreszcie przestraszy na dobre, ale odpowiadam, że w mediach społecznościowych krąży obecnie sto dwadzieścia innych teorii spiskowych i żeby się tym nie przejmował. W końcu Rysio wstaje z fotela i żegna się ze mną, słusznie nie podając dłoni. Odchodzi zawiedziony, z opuszczoną głową. Liczył na to, że jestem przestraszony tak samo jak on, że w tym strachu się zjednoczymy i będzie nam łatwiej. Chciał się bać razem ze mną, potrzebował tego, lecz, niestety, zwyczajnie nawaliłem.

Dzień czwarty: miej długie ręce

W sklepach panika minęła. Dziś sklepów raczej się unika. Zresztą ile można naraz nakupić, gdzieś w końcu jest granica tego szaleństwa. I tak potem sporo żywności trafi na śmietnik. Sklepy w znacznej części odbudowały zapasy. Powróciły już mydło w kostkach i papier toaletowy. Tym niemniej czytam w portalu Onet, że fabryki makaronu i mleczarnie w kraju nadal nie nadążają z zamówieniami. Tego miesiąca – w porównaniu z minionym rokiem – Polacy wydali o kilkadziesiąt procent więcej na mąkę, makaron, warzywa w puszkach i sól, cztery razy więcej na spirytus i mydło.
Do osiedlowego warzywnika mogą wejść tylko dwie osoby, reszta musi czekać przed drzwiami. Podobnie jest w innych sklepach. Niektóre sprzedawczynie na wysokości twarzy są oddzielone od klientów specjalnymi szybkami, czasem prowizorycznymi. Wszystkie mają gumowe rękawiczki. W mojej aptece wymalowano czerwoną linię. Nie wolno bliżej podejść do lady. Odległość wyznaczono na półtora metra. Klienci mocno się pochylają, by odebrać zakupione medykamenty. W czasach epidemii warto mieć długie ręce.

Dzień piąty: martwe niebo

Jest sobota. Mieszkam niedaleko pętli autobusowej. Obserwuję w południe, jak kolejno podjeżdżają autobusy linii 3, 30, 14 i 33. W pierwszym pusto, w drugim jeden pasażer, w trzecim dwóch, w czwartym znów pusto. W inne dni było podobnie. Na osiedlowym parkingu komplet samochodów. Prawie nikt nie rusza się z miejsca. Spoglądam przez okno w mieszkaniu; długo czekam aż zobaczę pierwszego przechodnia.
Tankuję paliwo używając foliowych rękawic (wirusy na uchwycie węża dystrybutora!), bo tego wymaga od klientów stacja. Ale nie wszyscy się tym przejmują. Jadę do Lasów Wierzchosławickich autostradą A4. W kierunku Krakowa ruch jest mniejszy o trzy czwarte. Zwykle na tej drodze mijam sporo autokarów. Na kilkunastokilometrowym odcinku zauważam tylko jeden autobus – firmy FlixBus. Jedzie pusty.
Ludzie nie boją się jednak spacerów. W Lasach Wierzchosławickich jest ich dość sporo. Chodzą, biegają, jak gdyby nigdy nic. Nad lasami przebiega ważny międzynarodowy korytarz lotniczy. W pogodne dni można tu obserwować licznie nadlatujące samoloty pasażerskie, co kilka minut. Dziś niebo lotnicze jest martwe. Zamarł wszelki ruch. Po powrocie do domu w skrzynce mailowej znajduję ofertę nieznanego mi Instytutu Turystyki i Rekreacji: „Zostałeś wytypowany do badania! Odpowiedz na pytania i zwiedzaj Europę! ”.

Dzień szósty: POTEM, co będzie POTEM?

Ktoś mi opowiada, że właściciel jednego z biur turystycznych – spoza Tarnowa – zapowiedział już, że z powodu załamania się rynku będzie musiał zwolnić niektórych pracowników. Bardzo przejęła się tym młoda dziewczyna, niedawno przyjęta, która samotnie wychowuje dziecko. Trafiła do szpitala z podejrzeniem stanu przedzawałowego.
Rysiek, rzecz jasna, już mnie nie odwiedza. Dzwoni. Nadal wierzy, że koronawirus to element wielkiego spisku przygotowywanego przez Chiny. Nadal się boi. Nie lekceważę jego strachu, ale ciągle powtarzam, że bardziej boję się tego, co nastąpi POTEM. Łatwo przewidzieć wiele ludzkich dramatów niezwiązanych bezpośrednio z wirusem, bo powoli rozsypuje się dawny porządek świata, przede wszystkim gospodarczy. Te dramaty już się zaczęły.

Dzień siódmy: giełda w komórce

Znajomi wysyłają mi sporo memów. Wszystkie dotyczą obecnej sytuacji. O znaczeniu poczucia humoru w trudnych społecznie chwilach napisano już traktaty naukowe. Przecież nawet w stanie wojennym w 1981 roku Polacy dla podtrzymania ducha starali się żartować, przynajmniej niektórzy. Tyle, że wtedy opowiadano sobie dowcipy o WRON‑ie (Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego), nie było memów. Z obecnych podobają mi się nieliczne. Na przykład ten, na którym jest zdjęcie zapasów papieru toaletowego w jakiejś przydomowej komórce i podpis: „Giełda papierów wartościowych”.

Dzień ósmy: epidemia strachu

To zaczyna być trudne do zniesienia. Co dnia wielkie tytuły w gazetach o koronawirusie. W portalach internetowych to samo. Wszystkie wiadomości we wszystkich stacjach telewizyjnych zaczynają się i kończą na tym samym temacie. Jadę miejskim autobusem, a tu komunikaty, jak zachować się w przypadku podejrzenia, że się zaraziło koronawirusem. Wsiadam do swojego samochodu. Włączam radio. Chwila ulgi, jakaś miła muzyczka. Ale minutę później znów koronawirus. Piąta ofiara choroby w Polsce. Zaczynam rozumieć, dlaczego panika zatacza coraz szersze kręgi. Przecież od rana do wieczora ludzie słuchają ciągle to samo i o tym samym. Wieczorem w telewizorze nerwowo przerzucam kanał za kanałem, omijam serwisy informacyjne. Pragnę odmiany, trochę wytchnienia. Może jakiś film? O, coś mam… No nie! Na kanale Metro leci „Epidemia strachu”. Zespół lekarzy szuka antidotum na rozprzestrzeniającego się szybko po świecie śmiertelnego wirusa. Natychmiast rezygnuję. Szukam dalej. Kanał „tvn 7”. Nie wierzę własnym oczom! Ten sam film, co w Metro – „Epidemia strachu”… Powtórka filmu za dwa dni.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o