Koronawirus rozdzielił umierającą matkę z jej córką

0
346
Pożegnanie w czasach zarazy
REKLAMA

Pani Jadwiga rozpacza: – Moja matka umiera, a ja nie mogę być przy niej, wyobraża to pan sobie?! To, co się dzieje z powodu koronawirusa nie mieści się w głowie. Dzieją się rzeczy nieludzkie, nie do zniesienia, a ja jestem bezsilna…

Kobieta opowiada, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach: – Moja mama zachorowała w maju, wcześniej była w szpitalu w Zakopanem, potem, gdy stan jej się pogorszył, trafiła do oddziału chirurgii w „starym szpitalu” w Tarnowie. To był rozsiany już rak, w zaawansowanym stopniu, nie było dla niej ratunku. Pozostało jej bardzo niewiele życia…
Pani Jadwiga mówi, że któregoś dnia ordynator oddziału powiedział jej, że właściwym rozwiązaniem byłoby przetransportowanie jej matki do hospicjum. Tłumaczył, że domowa opieka nad człowiekiem umierającym wymaga dużo wysiłku, specjalnych zabiegów, rodzina może sobie nie poradzić. Dobre chęci nie wystarczą.
– Początkowo argumenty te wydały mi się ważne, ale powiedziałam ordynatorowi, że ostateczną decyzję podejmiemy w rodzinie. Przyjechałam ze szpitala, wytłumaczyłam rodzeństwu, w czym rzecz. Po zastanowieniu się najpierw wspólnie doszliśmy do wniosku, że być może hospicjum będzie dla mamy właściwe. Ale kiedy trochę ochłonęliśmy, nasze myślenie poszło w innym kierunku, zmieniliśmy zdanie.
Następnego dnia pani Jadwiga pojechała do szpitala i poinformowała personel oddziału chirurgii, że umierającą mamę zabierze do domu, ponieważ rodzina chce, by odeszła ona w obecności swoich dzieci i wnuków.
– Już załatwialiśmy dla mamy łóżko ortopedyczne i pielęgniarkę środowiskową, żeby mogła nam pomóc w ostatnich dniach opieki.

REKLAMA

Nagła wiadomość
Matka pani Jadwigi, zgodnie z życzeniem jej rodziny, została odtransportowana przez szpital pod Tarnów, do swojej rodzinnej miejscowości. Potem podziały się, jak twierdzi kobieta, zaskakująco dziwne rzeczy. Po odjeździe karetki transportowej zjawił się lekarz z oddziału i powiedział, że ma do przekazania smutną wiadomość. Okazało się, że mama pani Jadwigi nie dość, że umiera na raka, to jeszcze zarażona jest koronawirusem – bezobjawowo. Lekarz wyjaśniał, że testy wykonano wcześniej z myślą o przekazaniu chorej kobiety do hospicjum, tak jak nakazuje procedura, wyniki nadeszły dopiero teraz. Sprawa została zgłoszona do sanepidu. Pacjentki z tej samej sali, w której przebywała zarażona kobieta, przeniesiono do dwóch izolatek, wykonano im testy, wstrzymano przyjmowanie nowych pacjentów.
– Byłam w szoku! Zdałam sobie sprawę z tego, co oznacza nowa sytuacja. Do umierającej mamy z koronawirusem, która już znalazła się w domu, nie przyjdzie nikt: ani ja, ani brat, ani pielęgniarka, ani ksiądz. Została ona odcięta od świata.
Pani Jadwiga wpadła w panikę. Pobiegła do dyrekcji szpitala z prośbą, aby do dokumentacji medycznej matki nie wpisywać, że wykryto u niej koronawirusa, gdyż to bardzo skomplikuje opiekę. Z oczywistych powodów jej prośba nie mogła zostać spełniona.
– Byłam pełna emocji, cała roztrzęsiona – tłumaczy dzisiaj tę sytuację. – Usłyszałam, że szpital może pomóc znaleźć miejsce w placówce, która przyjmuje pacjentów będących w takim położeniu, jak moja mama, ale się nie zgodziłam. Już raz rodzinnie postanowiliśmy, że mama umrze wśród nas, swoich najbliższych, a nie w jakimś obcym miejscu.

To tylko część tekstu. Cały artykuł przeczytasz w wydaniu papierowym TEMI
lub w e-wydaniu, które możesz kupić bezpośrednio pod tym artykułem.

3,50 PLN – Kup Teraz Podana cena jest ceną brutto i zawiera podatek VAT 8%.
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o