Mrzonki widziane z materaca

0
234

Firmy, znane z naciągania ludzi, prowadzące podczas publicznych prezentacji sprzedaż różnych towarów lub usług, wciąż mają się dobrze. To starannie przemyślana działalność według metod, jakie kiedyś zostały w szczegółach opracowane i przynoszą skutek. Ludzie, których udaje się łatwo nabrać, często kuszą się na zakupy marnej jakości rzeczy lub wielokrotnie za nie przepłacają. Kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłem bliżej przyjrzeć się, w jaki sposób odbywają się osławione pokazy, podczas których można tylko stracić, nigdy zyskać.

REKLAMA

Dzwoni telefon. Wita mnie jakaś pani, przedstawia się i od razu obiecuje złote góry.
Lubię taki początek dnia. Ale teraz serio. Takich telefonów otrzymuję dużo, po kilka w ciągu miesiąca. Podejrzewam, że ktoś korzysta ze starej książki telefonicznej, w której umieszczone jest moje staromodne imię. Wiadomo: człowiek o takim imieniu najprawdopodobniej nie jest już młodzianem, bo dziś młodzi noszą inne imiona. A skoro nie jest młody, to być może jest naiwny. Tacy ludzie są przecież w cenie, a zwłaszcza ich zaufanie do świata.
Mimo to telefonująca pani woli się upewnić co do wieku. Sprytna jest:
– Panie Wiesławie, mamy dla pana świetną ofertę, ale ona skierowana jest specjalnie dla osób, które ukończyły przynajmniej pięćdziesiąt lat. Dobrze trafiłam?
– Świetnie pani trafiła, doprawdy…

Wszystko za darmo!
Milutka pani zaprasza mnie i moją żonę po odbiór vouchera, czyli talonu, który pozwoli nam na dwudniowy pobyt w jednym z trzech hoteli w Polsce. Oczywiście, za darmo! Jak może być inaczej?
– Proszę pani, nie wierzę w takie oferty…
– Absolutnie pana zapewniam. Nic państwo nie zapłacicie. Jeszcze skorzystacie ze SPA, jak tylko będziecie mieli chęć.
– Ale pewnie to wręczanie voucherów wiąże się z jakąś imprezą towarzyszącą, może prezentacją cudownych garnków, które same gotują?
– Nie, skąd…
Pani po drugiej stronie telefonu jest dzielna, mimo oporu, który próbuję stawiać. Szybko nawija, że chodzi tylko o nową formę promocji wybranych hoteli w kraju, zmierzającą do tego, by po miłym pobycie goście pocztą pantoflową rozgłaszali wieści o dobrej renomie obiektów, w których wypoczywali.
– Żadnych zobowiązań finansowych ani innych – słyszę w słuchawce.
– To ja może się zastanowię z żoną i oddzwonię jutro pod numer, który mi się wyświetlił?
– Tak się nie da. Jest nas tu tylu pracowników, że się pan do mnie nie dodzwoni.

Rozgadana blondynka
Ponieważ wzbiera we mnie ciekawość zawodowa, umawiam się na spotkanie. Najpierw proponuje mi się godzinę 13, pewnie przypuszczając, że jestem emerytem, ale ostatecznie mogę przyjść na siedemnastą, po pracy.
Przychodzę. Spotkanie odbywa się w jednym z tarnowskich hoteli. Od razu, przy wejściu, mam się zarejestrować. Podaję nazwisko. Chwila konsternacji.
– Ziobro?… – trzy panie z obsługi zaskoczone spoglądają na siebie. – To pan z tych Ziobrów, od tego ministra?…
Na swetrze przyklejają mi kartkę z wypisanym moim imieniem i zapraszają do pierwszego rzędu.
W sali czeka już kilka starszych osób, niektóre mogą mieć powyżej siedemdziesiątki. Przeważają panie. Wokół porozstawiane są jakieś materace i urządzenia do masażu. Obok sprzęt AGD. I wszystko jest jasne: jest pokaz, którego miało nie być.
Na scenę wyskakuje zgrabna blondynka, lekko po czterdziestce. Nazwijmy ją tutaj panią Moniką.
Pani Monika – i owszem – ma gadane. Mówi bardzo szybko, ani trochę się nie zacinając. Właściwa osoba na właściwym miejscu. Najpierw snuje piękną opowieść o ludzkim kręgosłupie, potem o jego chorobach, o bólach, ludzkich zaniedbaniach w sprawie własnego zdrowia i o możliwym kalectwie. Ale przecież można temu nietrudno zapobiec. Spać na odpowiednio dobranym materacu albo korzystać z tak zwanych masażerów, które przyniosą ulgę naszym zmęczonym lędźwiom. Wystarczy tylko kupić.

Zapraszamy na łóżko
Obok mnie siedzi pani, która głośno zachwala towar. Oznajmia, że już poznała dobroczynne skutki spania na materacach. Podejrzewam, że ta pani nie wzięła się znikąd, że to osoba podstawiona.
Ale nie ma czasu nie dociekania.
– Panie Wiesławie, zapraszamy tutaj – odzywa się pani Monika. – Proszę państwa, to jest łóżko sensoryczne, tu pana Wieśka położymy.
Dziękuję, nie trzeba, dam radę sam. Kładę się na tym łóżku na wznak i próbuję chłonąć wszystkie jego dobrodziejstwa. Podobno takie łóżko ma komputerek, który wiele potrafi. Potrafi przeliczyć moją masę, ocenić nacisk pewnych obszarów ciała na matę i wytypować miejsca wymagające szczególnego wsparcia.
Nie, nie czuję się wspierany. Czuję tylko buzujące z dołu ciepło, tak, jakby coś podgrzewało moje plecy. Robi się gorąco, ale na szczęście to już koniec sesji.
– Dobrze było? – pyta pani zarządzająca urządzeniami.
– Tak, świetnie.

Podlewamy sokiem
Pani Monika wydaje się niestrudzona. Nie używając nawet przecinka natychmiast przechodzi od materacy i masażerów do sokowirówek. Mówi, mówi i mówi. Wyrzuca z siebie słowo po słowie. Bez przerwy. Już wszystko miesza mi się w głowie, miesza mi się smaczny sok z bolącymi lędźwiami, ledwie mogę zapamiętać. Trzeba starać się nadążać, gdyż puścili właśnie film. Na filmie mamy starsze szczęśliwe małżeństwo. Szczęśliwe od czasu, gdy za pomocą chytrego urządzenia mogą sobie przygotować sok pomarańczowy. Albo truskawkowy. Wszystko pięknie wygląda, aż do kolejnego filmu. Ku mojemu zaskoczeniu to samo małżeństwo już jest nieszczęśliwe, krzywo na siebie patrzy, chyba zaraz się pokłócą. Tam ich pokazywali w kolorze, tu w przygnębiającej wersji czarno – białej. Co jest, do licha? Sokowirówka im się zepsuła? Nie, to rozbolały ich stare kręgosłupy, ale przecież jest na to rada: masażery pewnej europejskiej firmy!
To nie koniec emocji. Pani Monika rozlosowuje jakieś nagrody dla uczestników. Wyczytuje nazwiska. Z nerwów gryzę paznokcie. Tak bym chciał wreszcie coś w życiu wygrać. Akurat! Jakieś upominki zgarniają inni ludzie, wydaje się, że od dawna dobrze się znają…
Zrezygnowany siedzę i czekam na dalszy ciąg. Gra głośno muzyka, ładne, sentymentalne kawałki. Po chwili rozmarzam się trochę. Myślę już o obiecanym darmowym pobycie w dobrym hotelu gdzieś w Polsce. O fajnym jedzeniu i o SPA. W końcu po to tu przyszedłem.

Biała koperta
Siedzę, siedzę i nic. Pani Monika zniknęła. Z jej strony ani dziękuję, ani do widzenia. Nie wiadomo, czy impreza jeszcze trwa, czy się zakończyła. Zniknęły też osoby – z wyjątkiem jednego pana – które jeszcze chwilę temu siedziały obok mnie jako uczestnicy pokazu. Prawdziwi? Niektóre z tych osób wyszły razem na zaplecze. Słychać stamtąd rozlegające się głośne śmiechy. Sami znajomi? Może cieszą się z „upominków” od firmy, a może śmieją się z takich, jak ja?
O, jest wreszcie pani Monika. Wróciła! Wstaję z fotela, ubieram kurtkę, chcę się pożegnać. Pani Monika wyraźnie nie w sosie. Pewnie przez to, że w czasie pokazu nie udało się nic sprzedać.
Widząc, że wychodzę, bez słowa podaje mi białą kopertę, w przelocie, prawie mnie nie dostrzegając i znowu gdzieś znika.
W domu zaglądam do koperty. W niej ma się znajdować darmowy voucher. Uwaga, coś jest. Jest bon pobytowy dla dwóch osób w jednym z hoteli na zachodzie Polski. Tam, gdzie ma być data wystawienia talonu z pieczątką i podpisem – puste miejsce. No i jeszcze pewien szczegół, niekoniecznie drobny. Cena „darmowego” pobytu: 240 złotych. Oczywiście od jednej osoby…

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o