Na sygnale…

0
86
Od lewej: Krzysztof Hetman, Jakub Będkowski i Michał Łanocha

Z podobnymi problemami ratownicy spotykają się na co dzień. Umiejętności mieszkańców z zakresu udzielania pierwszej pomocy oceniają surowo, wychodzi na to, że dzieci wiedzą więcej niż dorośli.

REKLAMA

Która to ulica, który to dom?
Już samo wezwanie karetki musi być sztuką, skoro tak wiele osób popełnia podstawowe błędy. – Trzeba opanować zdenerwowanie i konkretnie odpowiadać na pytania dyspozytora, nie krzyczeć, nie wykłócać się, bo to wydłuża czas dojazdu na miejsce – mówi Krzysztof Krzemień, rzecznik prasowy Powiatowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Tarnowie i równocześnie ratownik medyczny.
Dokładne podanie adresu i wskazanie punktów orientacyjnych w pobliżu jest ważne tak samo na wsi, jak i w mieście. Przykładów daleko szukać nie trzeba.
– Jasna, Graniczna, Do Prochowni, Szpitalna, wszystkie te ulice zaczynają się od Lwowskiej, przecina je ulica Słoneczna, a potem ciągną się dalej. Mamy wezwanie na Jasną. Ale od której strony? Czy od Słonecznej w górę, czy od Słonecznej w dół? Od Słonecznej w dół nie dojedziemy, musimy jechać od Lwowskiej. I takich przypadków jest mnóstwo – przyznaje nasz rozmówca.
Wzywający są różni, jedni pomagają, drudzy przeszkadzają. Przykład sprzed kilku dni: tarnowski rynek, jeden z lokali, na pomoc czeka trzydziestoletnia kobieta, która uderzyła głową o kamienną posadzkę, obok stoi mąż i jego mocno pobudzony kolega. Ten ostatni wita ratowników słowami: – Gdzie wy k…a byliście, ja płacę na was k…a podatki i k…a doczekać się nie mogę.
– Powinniśmy to zgłosić, ale przeważnie nie zgłaszamy, bo nie mamy czasu, musimy być opanowani i skupić się na ratowaniu ludzkiego życia, a nie zajmować się kimś, kto próbuje nas sprowokować. Takich sytuacji jest coraz więcej. I nie chodzi tylko o alkohol. Jak bumerang wracają dopalacze. Pojawiają się i znikają. Po środkach psychotropowych pacjenci są agresywni. Gdy dochodzi do agresji fizycznej, musimy zareagować – dodaje Krzysztof Krzemień.
Co jeszcze czeka ratowników na miejscu? A raczej: kto na nich czeka? Bywa, że… nikt.
– Zdarza się, że ludzie wzywają pomoc do osób, które jej nie potrzebują – tłumaczy Michał Łanocha, ratownik medyczny. – Przejeżdżają samochodem, widzą, że ktoś leży na trawie i dzwonią do nas zamiast podejść i sprawdzić, co się dzieje. My jedziemy na sygnale, a potencjalny pacjent albo już sobie poszedł, albo się dziwi, czego od niego chcemy. Wypił sobie piwo i się położył, wolno mu.


Sąsiadka diagnozuje sąsiadkę
Z obserwacji tarnowskich ratowników medycznych wynika, że więcej o pierwszej pomocy medycznej wiedzą ludzie młodzi, i to łącznie z tymi w wieku przedszkolnym. Dorośli na ich tle wypadają kiepsko, niby słyszą, że dzwoni, ale nie wiedzą, w którym kościele.
– W poprzednim sezonie dwunastolatka z ulicy Krakowskiej wezwała karetkę do zatrutych tlenkiem węgla rodziców, po czym sama zasłabła. Uratowała wszystkim życie – podkreśla Krzysztof Krzemień. – Od kilku ładnych lat prowadzimy w tarnowskich przedszkolach i szkołach szkolenia i pokazy pierwszej pomocy. Dzieci bardzo chętnie z nami współpracują. Jeszcze nie zdążymy wszystkiego wyjaśnić, a już są przy fantomie, uciskają klatkę piersiową, robią sztuczne oddychanie. Dużo zapamiętują i są tego efekty.
A dorośli? Pomagają nieliczni, pozostali panikują. I próbują się tłumaczyć:
– A co by było, gdybym choremu bardziej zaszkodził niż pomógł? Ratowników pytanie dziwi. – Mamy nagłe zatrzymanie krążenia. Przed nami leży człowiek. W jaki sposób możemy mu bardziej zaszkodzić? No właśnie, nic nie robiąc. W takiej sytuacji pierwsze zaczynają obumierać komórki mózgowe, po kilku minutach od zatrzymania krążenia dochodzi do bezpowrotnych zmian. Każda pomoc jest lepsza niż żadna.
Najgorzej, gdy pacjenci bawią się w lekarzy, sami się diagnozują i sami aplikują sobie leki. Szósta rano, niedziela, poranna msza. Jedna z parafianek źle się czuje, osuwa się w ławce. Przy omdleniu zawsze jest niskie ciśnienie. Obok w ławce siedzi sąsiadka z parteru, w torebce ma nitroglicerynę w aerozolu, która rozkurcza naczynia krwionośne i tym samym powoduje spadek ciśnienia. Nitromint przepisał jej lekarz, powiedział, że to na serce. Jest przekonana, że starsza pani zasłabła właśnie z powodu szwankującego serca, więc aplikuje sąsiadce trzy psiknięcia. Efekt jest taki, że trzeba wezwać karetkę.
– Nitrogliceryna działa szybko, ale dzięki Bogu krótko – mówi ratownik Krzysztof Hetman. – W takich przypadkach absolutnie nie można jej podawać, bo jeszcze bardziej obniża ciśnienie. Zdarza się, że takie osoby tracą przytomność, są na skraju przełomu ciśnieniowego, może nawet dojść do zatrzymania krążenia.

Kobieta rodzi, chłopak się wiesza, a samolot ląduje awaryjnie
Szkoła Ratownictwa Medycznego Powiatowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Tarnowie systematycznie organizuje szkolenia. To, że warto z nich skorzystać, wiedzą między innymi seniorzy‑studenci z miejscowego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Ratownicy uczą innych, ale sami też z nauki nie rezygnują. Rosną ich kompetencje, a za tym musi iść wiedza i ćwiczenia.
Regularnie stają na podium. Jakub Będkowski, Michał Łanocha i Krzysztof Hetman zajęli we wrześniu drugie miejsce podczas XVI Mistrzostw Polski w Ratownictwie Medycznym w Krakowie, wcześniej wygrali mistrzostwa regionalne. W pierwszej dziesiątce znalazła się również druga tarnowska ekipa: Mateusz Wszół, Andrzej Ciupek i Paweł Dąbroś – zwycięzcy zimowych, międzynarodowych mistrzostw w Bielsku‑Białej.
Zawody to nie zabawa. Dostają zadanie i dziesięć minut, presja jest ogromna, sędziowie na każdym kroku, nie ma czasu na błędy. Oceniana jest nie tylko wiedza medyczna, ale też umiejętność wsparcia psychologicznego, odporność na stres i zmęczenie, współpraca z innymi.
– Na zawodach wszystkie zdarzenia odzwierciedlają realne sytuacje – tłumaczy Krzysztof Będkowski, kierownik mistrzowskiego zespołu. Kierowca zasłabł i uderzył w latarnię, trzeba wykonać kardiowersję w związku z zaburzeniami rytmu serca. Chłopak doznał urazu wielonarządowego po tym, jak wyskoczył z balkonu po dopalaczach. Obok kobiety, która właśnie urodziła w domu, leży sine dziecko bez wyczuwalnego oddechu. Para młodych ludzi postanowiła popełnić samobójstwo, na linie zawisł chłopak, spanikowana dziewczyna wezwała karetkę. Było też awaryjne lądowanie samolotu z osiemdziesięcioma pasażerami na pokładzie z powodu ataku terrorystycznego.
Podczas tego typu zawodów tarnowscy ratownicy doskonalą swoje umiejętności, by potem skutecznie reagować w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia. Pracy im nie brakuje. W minionym roku wyjeżdżali do mieszkańców Tarnowa i tarnowskiego powiatu dwadzieścia dwa i pół tysiąca razy. Jednak tych wyjazdów jest drugie tyle, bo obsługują w sumie siedem powiatów, czyli połowę województwa małopolskiego, gdzie mieszka milion dwieście tysięcy osób. Każdego dnia odbierają średnio czterysta połączeń alarmowych, z tego siedemdziesiąt procent stanowią wyjazdy. Wskazują do karetki i pędzą…

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o