Policjant pobity, sprawcy bezkarni…

0
374
Grzegorz Kostrzewa ma poważne zastrzeżenia do dochodzenia w swojej sprawie, prowadzonego przez byłych kolegów z tarnowskiej policji
REKLAMA

Grzegorz Kostrzewa mieszka w Żabnie, przez 16 lat był policjantem, pracował w Komisariacie Policji Tarnów‑Centrum na posterunku w Czarnej pod Dębicą oraz w komendzie w Dąbrowie Tarnowskiej. Już od pewnego czasu nosił się z zamiarem opuszczenia służby, wydarzenia sprzed kilku miesięcy stały się przysłowiową „kropką nad i”.

REKLAMA

Połóżcie go, bo to pies…
W sobotni wieczór w lutym tego roku Grzegorz Kostrzewa spotkał się z grupą znajomych w jednym z klubów w centrum Tarnowa. Był tam prywatnie.
– Około godziny drugiej w nocy doszło do nieporozumienia, ponieważ do naszej loży przysiedli się nieznani mężczyźni i nie chcieli odejść. Byłem wówczas na parkiecie, ale zaalarmowany przez kolegę podszedłem do stolika. Na łańcuszku na piersi pod koszulą miałem zawieszoną służbową legitymację. Pokazałem ją, mówiąc, że jestem z policji. Chciałem załagodzić sprawę, stając między nieznajomymi a przyjaciółmi, ale jeden z ochroniarzy klubu złapał mnie za rękę i zaczął ją wykręcać, jakby zamierzał przewrócić. Potem dusił mnie z przodu, łapiąc dłońmi za szyję, a jego kolega podszedł z tyłu, zakładając dźwignię. Przewrócili mnie na podłogę, następnie kilka razy uderzali pięściami i kopali. Poczułem ukłucie z lewej strony na wysokości żeber, ale po chwili straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero wówczas, gdy ochroniarze wynosili mnie z lokalu. Tam usłyszałem słowa: nie rzucajcie go, połóżcie, bo to „pies” – opowiada Grzegorz Kostrzewa.
Policjant podniósł się z ziemi, ubrał kurtkę przyniesioną przez znajomą i poszedł do domu kolegi, ale przez cały czas czuł przeszywający ból w lewej stronie ciała. Na miejscu okazało się, że na boku ma krwawiącą ranę. Wezwano pogotowie i karetka zawiozła rannego do szpitala, gdzie założono mu pięć szwów. – To rana kłuta, powstała najprawdopodobniej od narzędzia gładkiego, ostrokrawędzistego – oznajmił lekarz, dyżurujący w SOR Szpitala im. św. Łukasza w Tarnowie. Zdaniem pokrzywdzonego mógł to być nóż, chociaż go nie widział. Wykonane w lecznicy zdjęcie rentgenowskie potwierdziło u Grzegorza Kostrzewy również złamanie żebra. Medyk zawiadomił policję, że jej funkcjonariusz został zaatakowany w klubie nocnym przez ochroniarzy i jest ranny.


Co się stało z protokołem badań?
Już po kilkudziesięciu minutach w tarnowskim szpitalu zjawił się patrol z miejscowej komendy. Dwóch młodych funkcjonariuszy oznajmiło, że przyjechali na polecenie komendanta, by zbadać trzeźwość poszkodowanego. Mieli przy sobie alkomat, wykonali dwa badania i zapisali wyniki w protokole, który Grzegorz Kostrzewa podpisał. Pamięta to dokładnie, bo składał podpis, przykładając kartkę do ściany. Mężczyzna twierdzi, że nie przypomina sobie odczytu z alkomatu, ale pobrano mu też krew do analizy. Wyniki były zbieżne, miał w organizmie 0,44 promila alkoholu, czyli nie był w stanie upojenia alkoholowego. Protokół z badania stanu trzeźwości wkrótce jednak zaginął. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało.
– Zostałem w szpitalu na obserwacji, rano na chirurgię przyjechali dwaj funkcjonariusze z Komisariatu Tarnów‑Centrum. Zadawali mi pytania, a jeden usiłował sugerować, że to, co mówię, nie jest prawdą. Zauważył, że nie ma krwi na koszuli oraz dziwił się, jak mogłem ranny wyjść z klubu i dojść do domu kolegi o własnych siłach. Skoro tak zeznawałem, to przecież wiedziałem, co mówię. Nie można nie dawać wiary pokrzywdzonemu na początkowym etapie prowadzenia sprawy.
– Po to zeznaję, a policjant protokołuje, by później to zweryfikować i przeprowadzić postępowanie wyjaśniające. Podczas prawie godzinnej rozmowy funkcjonariuszowi często dzwonił telefon, z którym wychodził na korytarz. Mówił do aparatu tak głośno, że wszystko słyszałem. Nie wiem, z kim rozmawiał, ale poddawał w wątpliwość moją wersję zdarzeń. Mówił, że „sprawa śmierdzi”, bo nie ma krwi na koszuli i nie mogłem iść ze złamanym żebrem. Przekonywał kogoś, że opowiadam głupoty. Potem przyjechało kolejnych czterech nieumundurowanych policjantów, którzy przywieźli mi następny protokół z badania na trzeźwość. Powiedzieli, że rzekomo zapomniałem podpisać poprzedni dokument, co było nieprawdą. Sądzę, że drugi protokół mógł zostać spreparowany dla potrzeb prowadzonej sprawy. Odmówiłem podpisania nowego dokumentu z adnotacją, że byłem już badany i protokół podpisałem wcześniej, a ten jest inny i nawet nie wiem, co w nim jest – podkreśla były funkcjonariusz.
Stan zdrowia Grzegorza Kostrzewy potwierdził biegły lekarz sądowy, uznając, że rana kłuta mogła powstać od narzędzia ostrokrawędzistego o co najmniej jednej powierzchni tnącej. Jego opinia znajduje się w aktach sprawy. Policjant przebywał w tarnowskim szpitalu przez trzy dni, później czul się źle, bo ból żeber nie ustępował. Lekarz rodzinny ponowne skierował go do szpitala. W efekcie kolejne trzy dni spędził w lecznicy w Dąbrowie Tarnowskiej. Do lipca policjant przebywał na zwolnieniu lekarskim, potem przeszedł na emeryturę.

Sprawa prosta, ale…
Od tamtej pory minęło dziewięć miesięcy. Sprawa nie została wyjaśniona, chociaż wydaje się prosta, bo zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu w klubie, a na nagraniu widać zachowanie pracowników ochrony, jak dwa razy powalają policjanta na ziemię. Są też świadkowie, którzy potwierdzili wersję byłego funkcjonariusza. Grzegorz Kostrzewa ma zastrzeżenia do dochodzenia prowadzonego przez policję. Uważa, że sprawa toczy się w taki sposób, by szybko można było ją umorzyć. Policjant, który prowadził dochodzenie, dopatrzył się na nagraniu monitoringu, że Grzegorz Kostrzewa uderzył ochroniarza ręką w twarz. Zaprotokołował fakt, po czym stwierdził, że mogło tak jednak nie być. Tymczasem sam ochroniarz zeznał,
iż nie został uderzony, lecz złapany za rękę.– Tarnowscy policjanci mogą chronić właściciela klubu z uwagi na to, że są częstymi bywalcami lokalu. Pewnie sam powiedział im, by zatuszowali sprawę. Stąd wizyta policjanta w szpitalu, który sugerował mi zmianę zeznań. Po zdarzeniu koledzy przekonywali mnie, że nic się nie stało, tylko przewróciłem się na stół. Mówili, że narobiłem im kłopotów. Na monitoringu z klubu widać, że podczas mojego pobytu w lokalu przebywali tam również inni tarnowscy funkcjonariusze w cywilu, ale na służbie. Ponadto jeden z mundurowych bawił się jako gość – twierdzi Grzegorz Kostrzewa
Były funkcjonariusz monitował o wyłączenie tarnowskiej policji z prowadzenia sprawy, wysyłał pisma do przełożonych w Tarnowie i Krakowie. Powiadomił Biuro Spraw Wewnętrznych w krakowskiej komendzie o możliwych nieprawidłowościach, ale jak dotąd nie dostał odpowiedzi.
– Muszę sam tej sprawy pilnować, jeździć do komendy policji i prokuratury w Bochni, czytać akta, analizować, pisać wnioski dowodowe i podpowiadać, co jeszcze można zrobić – dodaje.
Zdarzenie jest znane w policji. Rzecznik prasowy KMP w Tarnowie, Paweł Klimek przyznaje, że z uwagi, iż sprawa dotyczy byłego funkcjonariusza, który pracował w tarnowskim komisariacie, nie może być prowadzona w naszym mieście. Zajęła się nią bocheńska komenda. – Sprawa była przekazana do naszej jednostki i decyzją przełożonych została skierowana do Wydziału Dochodzeniowo‑Śledczego KPP Bochni – potwierdza Dominika Półtorak z bocheńskiej policji. Postępowanie to prowadzone jest pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Bochni.
– Sprawa jest w toku. Zabezpieczono monitoring, przesłuchano ratowników medycznych i lekarzy udzielających pomocy w szpitalu, a obecnie przesłuchiwani są naoczni świadkowie zdarzenia w klubie. Uzyskano opinię uzupełniającą z Zakładu Medycyny Sądowej, dotyczącą obrażeń mężczyzny. Do tej pory nie przedstawiono nikomu zarzutów – wyjaśnia Mieczysław Sienicki, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
Jak udało się nam dowiedzieć, Biuro Spraw Wewnętrznych KWP w Krakowie przesłało do prokuratury zastrzeżenia Grzegorza Kostrzewy dotyczące zasadności prowadzenia i poprawności czynności wykonywanych przez tarnowskich policjantów. Oba wątki sprawy połączono i badają je prokuratorzy.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o