Rowerem do Tarnowa

1
240

Co skłoniło mieszkańca holenderskiego miasta Pijnacker do podróży na rowerze do Tarnowa? Przyczyn było kilka, ale najważniejszą była… żona. To ona z Tarnowa pochodzi, choć obecnie pracuje w Holandii, i to ona była pomysłodawczynią eskapady, o której Frank myślał od dawna, jako że bardzo lubi jeździć na rowerze.

Oprócz niej były dwa inne ważne powody – choroba młodszej siostry Franka i chęć wspierania jej – by wiedziała, że nawet te trudne chwile mają szczęśliwy koniec. Gdy tylko bardzo się chce.
Drugi był już dość standardowy, w obecnej trudnej sytuacji. Jak mówi krótko Frank: beer belly, czyli piwny brzuszek, którego wielu nabawiło się podczas kwarantanny.
Tak czy inaczej, młody Holender od dawna myślał o przedsięwzięciu takiej przygody.
– No i żona powiedziała mi: a dlaczego nie teraz? – mówi Frank. – Pomyślałem, że istotnie jest to dobry moment na zrealizowanie mojego marzenia.
Więc rozpoczął przygotowania do pokonania ponadtysiącsześćsetkilometrowej trasy.
Jak mówi, bywały chwile trudne. Czasami tak bardzo, że wahał się czy jest sens kontynuowania rowerowej podróży.

REKLAMA

– Najgorzej wspominam niemieckie miasto Riesa, położone w Saksonii – mówi Frank. – Naprawdę nie mogę go polecić. To był najtrudniejszy etap mojej podróży. Ale gdy wjechałem do Polski, sytuacja zupełnie się zmieniła. Ludzie byli mili i bardzo chcieli mi pomóc. Ciekawiła ich moja podróż i kilkakrotnie byłem zapraszany do domu na poczęstunek. Nie miałem problemu z noclegami. Bardzo byli zadowoleni, kiedy próbowałem mówić po polsku. A nauczyłem się kilku słów i znam podstawowe zwroty.
Frank po polsku mówi jeszcze niewiele, za to bardzo wyraźnie. Po drodze zwiedzał Polskę. Podobały mu się zwłaszcza drewniane zabytkowe kościółki, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Bardzo chwali wiślaną trasę rowerową, po której nawet Holender, który w swoim kraju ma dobrze rozwiniętą infrastrukturę rowerową, mógł poruszać się komfortowo.

Każdego dnia Frank pokonywał około 100 kilometrów. Jego rekord, o którym do dziś pamięta, to 180 kilometrów. Każda setka przybliżała go do Tarnowa, w którym czekała żona i jej rodzina oraz stęskniony syn.
I dotarł szczęśliwie. Najbliżsi są dumni z jego osiągnięcia. A on sam wie, że wygrał walkę z samym sobą.
Na co dzień Frank pracuje w przemyśle ogrodniczym, ale nie zajmuje się tulipanami. Głównie różami i warzywami. Zresztą właśnie w tej pracy poznał swoją żonę, pochodzącą z Tarnowa. Do którego dojechał, pokonując wiele trudnych kilometrów.
MB

REKLAMA

1
Dodaj komentarz

1 Liczba komentarzy
0 Odpowiedzi
0 Obserwują
 
Komentarze z największą ilością reakcji
Najbardziej negatywny komentarz
1 Autorzy komentarzy
  Ustaw powiadomienia  
NAJNOWSZE NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Powiadom o
Shirley

Serdecznie gratuluję panu Frankowi!