Stawką – przyszłość kraju

0
188
wiec_wyborczy_w_Tarnowie

Kart w tegorocznych wyborach prezydenckich bynajmniej nie rozdawali politycy. Choć wszyscy byli przygotowani, że do urn naród pójdzie 10 maja, wszystko pokrzyżował wirus Covid-19 i rozprzestrzeniająca się epidemia.
Obóz rządowy długo niemal stawał na głowie, by do elekcji doprowadzić, zdając sobie sprawę, że czas nie pracuje na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Projektowano wybory korespondencyjne, szukano sztuczek prawnych, uzasadniających konieczność przeprowadzenia wyborów, choćby korespondencyjnych, w konstytucyjnym terminie. Daremnie, bo z jednolitego frontu na prawicy wyłamał się szef Porozumienia Jarosław Gowin, bez którego szabel nie przeszłoby głosowanie w parlamencie. I w ten sposób kampania zaczęła się od awantury.

REKLAMA

Znudzony elektorat
W porównaniu z kampanią prezydencką 2015 roku ta obecna przez większość czasu jawiła się jako wyjątkowo nudna. Używając metafory kulinarnej, miała smak warzyw z rosołu. Powodem tego stanu rzeczy mógł być między innymi fakt, że sami Polacy mogą być zmęczeni ciągnącym się od jesieni 2018 roku maratonem wyborczym. Przypomnijmy, najpierw wybieraliśmy swoich przedstawicieli do samorządów, później delegowaliśmy kwiat naszej elity politycznej na europejskie salony do Strasbourga i Brukseli. Niedługo później głowiliśmy się, kogo najlepiej byłoby posadowić w ławach sejmowych i senackich. A na deser przychodzi nam decydować, komu przez najbliższe pięć lat będzie przysługiwał tytuł głowy państwa.
Kto z polityków miał się dorwać do spiżarni z politycznymi konfiturami, już to zrobił. I pewnie z tego jakoś nie widać mobilizacji, szczególnie po stronie zwolenników obecnego prezydenta, którą ten namacalnie odczuwał przed pięcioma laty, niesiony od Bałtyku po Tatry gromkim okrzykiem: „Andrzej Duda, to się uda”. Gołym okiem widać, że w tej kampanii Duda jest mocno osamotniony. Na wiece przychodzą w większości przekonani wyborcy, a i asysta polityków prawicowych z pierwszego szeregu jakaś skromniejsza. Zresztą nie od dziś wiadomo, że Andrzej Duda ma niemałą grupę przeciwników wewnątrz swojego matecznika politycznego. Żal za wetowanie niektórych ustaw miał do niego prezes Jarosław Kaczyński, który w rewanżu miał jakoby nieco przykroić budżet kampanijny, choć sama inauguracja była przeprowadzona w stylu iście amerykańskim i nad jej rozmachem cmokała z zachwytu nawet opozycja. Potem jednak parowóz mocno zwolnił. Wewnątrz sztabu iskrzyło, czego dowodem była niespodziewana rezygnacja z kierowania kampanią prezydencką Jolanty Turczynowicz-Kiryłło, która została złożona ledwie dwa miesiące po nominacji. Pani mecenas żaliła się w mediach, że była blokowana i separowana od informacji, że „życzliwi koledzy” robili jej krecią robotę w biurach przy Nowogrodzkiej. I chyba miłością w Dudabusie nie wiało, skoro Turczynowicz niedawno wyznała, że jest jej bliżej do… Rafała Trzaskowskiego.
Niepokojące sondaże i alert ogłoszony przez Jarosława Kaczyńskiego nieco zmobilizowały partyjną wierchuszkę oraz lokalnych działaczy i w ostatnich dniach mamy – nawet w regionie tarnowskim – minidesancik prawicowych polityków. W krótkim odstępie czasu gościliśmy Beatę Szydło i Patryka Jakiego. A w poniedziałek mieszkańcom Tarnowa przypomniał się Andrzej Duda we własnej osobie.

Polityczna plaża
Kryzys jednak trapi także ugrupowania opozycyjne, szczególnie to największe, czyli Koalicję Obywatelską. Wielu obserwatorów zachodzi w głowę, kto w Platformie aż tak nie lubił Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, że posłał ją na front walki o prezydenturę, czyniąc jej krzywdę trudną do opisania. Wicemarszałek sejmu przeżywała nieziemskie katusze spotykając się z wyborcami. Zaliczała gafę za gafą, nie rozróżniała „inspiratora” od „respiratora”, mówiła o „kłampstwach”, proste życzenia „od serca” czytała z promptera. Z dnia na dzień poparcie dla jej osoby dramatycznie malało i sztabowcy KO rwali sobie włosy z głowy, jak podmienić jej kandydaturę na „lepszy model”. W sukurs przyszła pandemia, Gowin i wybory zostały przełożone, nominację otrzymał Rafał Trzaskowski i kampania nabrała impetu. Choć dodajmy, że Trzaskowski ma także dość silną opozycję wewnątrz swojej partii, a koledzy zarzucają mu przede wszystkim zbyt rozdęte ego. Atmosferę, jaka panowała w sztabie KO najlepiej niedawno podsumowała była kandydatka, twierdząc w jednym z wywiadów, że gdyby wybory odbyły się w pierwotnie planowanym terminie, zwycięzcą zostałby Andrzej Duda. I to w pierwszej turze.
Na wycofaniu się Małgorzaty Kidawy-Błońskiej najbardziej stracili bez wątpienia Władysław Kosiniak-Kamysz, który przez czas jakiś karmiony był wizją lidera zjednoczonej opozycji oraz Szymon Hołownia, którego przeskok z show biznesu oraz publicystyki do polityki był największym zaskoczeniem tej kampanii. Im, najprawdopodobniej przyjdzie się bić o najniższy stopień podium. Po raz kolejny okazało się, że wśród rodaków linia podziału politycznego jest niezmienna od 2005 roku. Jest ugruntowana w głowach Polska PiS i Polska Platformy.
Pozostali kandydaci raczej będą realizatorami olimpijskiej idei barona de Coubertain, iż „najważniejszy jest udział w rywalizacji”. Może z jednym wyjątkiem. Mowa o Krzysztofie Bosaku z Konfederacji, który mimo młodego wieku ma już niemałe doświadczenie polityczne. Był bowiem posłem w latach 2005‒2007, kierował Młodzieżą Wszechpolską. Miał też epizod celebrycki, występując w jednej z edycji „Tańca z gwiazdami”. Jednak jego nadrzędnym celem jest wzmocnienie pozycji Konfederacji na krajowym podwórku politycznym jako prawicowej alternatywy dla obecnych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. I to właśnie o jego elektorat szczególnie będą zabiegali ci, którzy prześlizgną się do decydującej rozgrywki.wiec_wyborczy_w_Tarnowie3

Programy? Dobre sobie…
Wszyscy kandydaci, jak jeden mąż, przechwalają się swoimi pomysłami na Polskę. Twierdzą, że mają program, który niczym jednym pociągnięciem czarodziejskiej różdżki rozwiąże wszystkie problemy – od dziurawych dróg począwszy, na kolejkach do lekarzy specjalistów skończywszy. Oczywiście w tle troska o seniorów, najmłodszych i budowanie silnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej. I, generalnie festiwal obietnic, bo to – jak wiadomo nie od dziś – królewski sposób mentalnego korumpowania elektoratu. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że niektóre pomysły kampanijne były wyciągane niczym królik z kapelusza i obliczone. W pewnym momencie okazało się bowiem, że najważniejszym problemem, który spędza sen z powiek Polkom i Polakom nie jest bynajmniej sytuacja gospodarcza, ale choćby prawa mniejszości seksualnych, których tubą są środowiska opozycyjne. Gdzieś w tle przebija nawoływanie do zgody narodowej.
Tu w komfortowej sytuacji jest obóz prawicy, który może pochwalić się szerokim wachlarzem pakietów socjalnych dla wielu grup społecznych, choć jednocześnie zdaje sprawę z tego, że pamięć ludzka jest wyjątkowo krótka. A że kampania jest generalnie grą na emocjach, warto postraszyć niczym czarnym ludem wizją Polski pod rządami politycznego adwersarza. Czyli najprościej groźbą zabrania wszystkich rozdanych „Plusów”, wyprawek czy bonów oraz podniesieniem wieku emerytalnego. A także stwierdzić ustami prezydenta Andrzeja Dudy, że rządy PO-PSL były dla polskiej gospodarki gorsze niż koronawirus.
Program opozycji można zamknąć w jednym słowie: „Anty-PiS”. Tylko, co to dokładnie znaczy w praktyce, trudno wydusić od polityków opozycji.
A programy przedstawiane na konwencjach czy podczas debat tak naprawdę „kręcą” tylko samych kandydatów i uczonych politologów, tudzież analityków.

Kampanijny folklor
Ulubionym zajęciem polityków w trakcie kampanii jest wzajemne rozdawanie sobie słownych kuksańców. Czynią to zarówno kandydaci, jak i sztabowcy. To jeden z ciekawszych elementów wyścigu po władzę, gwarantujący przebicie się do mediów, a nawet wejście do słownika bon motów politycznych. Generalnie, „co w sercu, to na języku”. Może nie mamy takich perełek, jak laurka z 2015 roku wystawiona przez Adama Michnika Bronisławowi Komorowskiemu, że ten mógłby przegrać wybory z Andrzejem Dudą tylko w wypadku, gdyby „pijany przejechał na pasach zakonnicę w ciąży”, ale kompletnej posuchy nie było. I tak Donald Tusk dowiedział się od Andrzeja Dudy, że jest „cykorem i największym kłamcą w historii III RP”. Władysław Kosiniak-Kamysz usłyszał od prezydenckiego ministra Błażeja Spychalskiego, iż był „popychadłem w rządzie Donalda Tuska”, a kandydat Paweł Tanajno ochrzcił Andrzeja Dudę mianem „pachołka”. W Warszawie rozklejano klepsydry z nazwiskiem prezydenta, a pewien pan z Pomorza obkleił swój wóz dostawczy wyznaniem, iż „woli w szambie zanurkować niż na Dudę zagłosować”. Wyjątkowo pozytywnie na tle tej bokserki słownej wyróżniła się Paulina Kosiniak-Kamysz, żona lidera ludowców. Jej wystąpienie podczas inauguracji kampanii zakończone zadziornym „Chodź tygrysie, scena jest twoja”, bardzo długo było hitem internetu.
A skoro działamy według zasady, że w kampanii wszystkie chwyty są dozwolone, warto dla ewentualnego podbicia sondaży wykorzystać każdą mównicę. Nawet tak zacną, jak ambona w Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Przed kilkoma dniami wspięła się na nią wicepremier Jadwiga Emilewicz, chwaląc dokonania rządu i prezydenta. Nie przejęła się późniejszą burzą hejtu, który się na nią wylał. Najważniejsze, że przekaz poszedł w świat.
Żeby zostać zapamiętanym, polityk musi się wyróżniać. Nawet balansując na cienkiej linie i ocierając się o granice śmieszności. Bo w takich kategoriach wiele osób odebrało emocjonalny filmik Szymona Hołowni, w którym popłakał się, trzymając w dłoni egzemplarz Konstytucji, z którą – jak twierdzi – nie rozstaje się. „Niestabilność emocjonalna, prezydent beksa” – to łagodniejsze komentarze jego konkurentów, które usłyszał wspomniany kandydat.
Bywało też groźnie. Paweł Tanajno ruszył z pięściami na policjantów, za co trafił do aresztu, a jeden z przeciwników Rafała Trzaskowskiego rzucił w kierunku obecnego prezydenta Warszawy butelką z Domestosem. Na szczęście niecelnie.
Swoje trzy grosze w ożywieniu sennej kampanii wyborczej miał też region tarnowski. W lutym internet zdominowała urodziwa góralka spod Łososiny Jolka Rosiek, która podczas spotkania w Zakliczynie rzuciła się Andrzejowi Dudzie na szyję i przez kilka tygodni karmiła sieć miłosnymi wyznaniami kierowanymi w stronę głowy państwa. Jak twierdziła, jej uczucia są szczerze odwzajemniane przez Andrzeja Dudę, a do ich schadzek miało dochodzić między innymi w Tarnowie.
Niedawno przypomniał o sobie także niedoszły kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Tarnowa Janusz Gładysz, który podczas spotkania mieszkańców z Beatą Szydło w mało parlamentarnych słowach kazał opuścić wiec jednemu ze znanych tarnowskich fotoreporterów, nazywając go „kapusiem”.wiec_wyborczy_w_Tarnowie2

Trzy i pół roku spokoju?
Za dwa i pół tygodnia bitewny kurz walki politycznej powinien opaść. Powinien, ale czy aby? Oczywiście w dużej mierze zależne jest to od wyniku prezydenckiej elekcji. W wypadku wygranej Andrzeja Dudy obóz Zjednoczonej Prawicy zyskuje dodatkowe paliwo i gwarancję w miarę stabilnych rządów. W miarę, bo na horyzoncie jawi się duży kryzys gospodarczy związany ze skutkami pandemii koronawirusa. I należy się liczyć z rosnącym niezadowoleniem społecznym. Poza tym, jak już wspominaliśmy powoli kruszeje utrwalany w przekonaniu narodu mit „jednej wielkiej drużyny i rodziny”, skupionej pod berłem Jarosława Kaczyńskiego. Już teraz coraz głośniej słychać o ambicjach Jarosława Gowina, którego polityczne marzenia mają sięgać fotela drugiej osoby w państwie, czyli funkcji marszałka sejmu. O swoje dopominają się także ludzie Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Bynajmniej tanio wpływów i skóry nie zamierzają sprzedawać politycy tak zwanego „Zakonu”, którzy stali u boku Kaczyńskiego jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku, w strukturach Porozumienia Centrum. Na razie ewentualne spory są starannie pudrowane i zamiatane pod dywan w imię nadrzędnego interesu, jakim jest reelekcja Andrzeja Dudy. Cały kram na razie w ryzach trzyma prezes, który ma wszak jedno polityczne hobby. Uwielbia w swojej partii rządzić przez kryzys i raz po raz poszczególne frakcje obdarza łaskawym bądź karcącym spojrzeniem.
A co w sytuacji, gdy Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu doczeka się nowego lokatora? Po przegranym senacie PiS straci kolejny ważny przyczółek realnej władzy. I kwestią czasu może stać się utrata większości w sejmie. A ta od dłuższego czasu wisi wszak na włosku. Dzisiejsza opozycja ma jednak dwa podstawowe i fundamentalne problemy. Po pierwsze, czy będzie potrafiła się skrzyknąć i stworzyć stabilną większość parlamentarną. Jak pokazują ostatnie lata, to na dziś misja z gatunku chyba niemożliwych. I kwestia druga: czy na samym haśle „Precz z Kaczyńskim i PiS” przybędzie w Polsce chleba i miejsc pracy.
Co zatem w tej sytuacji? Niewykluczone, że w wypadku porażki Andrzeja Dudy czeka nas powtórka z 2007 roku. Wówczas Jarosław Kaczyński ogłosił gromkie „Sprawdzam”, rozbił w perzynę papierową koalicję z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną, doprowadził do przedterminowych wyborów i… stracił władzę na długich osiem lat. Teoretycznie taki scenariusz jest i teraz możliwy. Jest jednak jedno pytanie: czy elektorat jeszcze zniesie to permanentne bieganie do urny czy pokaże politykom „gest Lichockiej”.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o