Tragiczna love story

0
101
zabojca
REKLAMA

Ona – 21‑letnia, drobna, sympatyczna dziewczyna. On – 27‑letni, szczupły, dość wysoki, zaradny. Oboje pochodzili z dobrych rodzin, w dzieciństwie Wojtek był ministrantem. Byli ze sobą niespełna trzy lata, ale to wystarczyło, by dobrze się poznać. Ania była młodsza od Wojtka, jeszcze się uczyła, gdy on już pracował.
Kiedy okazało się, że jest w ciąży, nie myśleli o ślubie, a rodziny też nie naciskały, chcąc zostawić decyzję młodym. Wiosną ubiegłego roku urodził się Kacperek, dziewczyna zamieszkała z dzieckiem w domu rodzinnym Wojtka. Chciała jednak ukończyć szkołę, a chłopak i jego rodzice pracowali, więc nie było nikogo, kto mógłby się zająć małym. Szybko jednak znalazła rozwiązanie – we wrześniu przeniosła się do swojej rodziny i Kacperkiem zaopiekowała się niepracująca babcia – Ania starała się nie opuszczać zajęć, a Wojtek nie brał zwolnień z firmy.
Chłopak miał dyplom licencjata w kieszeni, ale pracował jako suwnicowy. Chcąc zdążyć do pracy, musiał wstawać już o czwartej rano, jednak zawsze miał czas, by odwiedzić małego Kacperka. – Mógłbyś znaleźć jakieś mieszkanie – prosiła Ania. – Przecież rodzina musi być razem, dziecko nie może mieć dochodzącego ojca.
Wreszcie Wojtek znalazł dla całej trójki mieszkanie na tarnowskim osiedlu, przenieśli się tam w lipcu tego roku. Dla obojga była to zupełnie nowa rzeczywistość – robili codzienne zakupy, gotowali zupki, chodzili z dzieckiem do lekarza. Wszystko musieli załatwić sami, nie było rodziców do pomocy. Wojtek często dzwonił z pracy do domu i pytał żonę, co robi i jak sobie radzi.
Piętnastomiesięczny Kacperek był dzieckiem bardzo ruchliwym, wszędzie go było pełno, na dodatek często marudził w nocy. Na początku sierpnia maluch był niespokojny i płakał w łóżeczku. Ania wzięła go na ręce i zaniosła do małżeńskiego łóżka. Kacperek jednak nie przestawał płakać, kręcił się i przechodził przez śpiącego Wojtka. W końcu mężczyzna zepchnął synka na podłogę, ale Ania zaraz go podniosła i znowu położyła w łóżku. Zdenerwowany ojciec wymierzył dziecku policzek. Na drugi dzień Kacperek miał siniaka pod prawym okiem, a wściekła na męża za takie potraktowanie dziecka Ania postanowiła wyprowadzić się do swoich rodziców do Krzyża.
Dziewczyna brała wcześniej zapomogę z opieki społecznej, wkrótce włączono ją do programu dla młodych małżeństw, miała nawet specjalną opiekunkę. Gdy pakowała swoje i dziecka rzeczy, w drzwiach stanęła pracownica opieki. Obie poszły z Kacperkiem do lekarza, a medyk, usłyszawszy o kulisach powstania siniaka u dziecka, zawiadomił policję. Później po Anię i dziecko przyjechał ojciec, który zawiózł oboje do domu w Krzyżu.
Kacperek oprócz siniaka pod okiem nie miał żadnych innych śladów wskazujących na pobicie – dokładnie potwierdził to badający dziecko pediatra. Ustalono, że rodzice nigdy nie znęcali się nad synem, nie było policyjnych interwencji, wszystko wskazywało, że sierpniowe wydarzenie było tylko jednorazowym incydentem. Jednak to wystarczyło, by Wojtek usłyszał zarzut spowodowania lekkich obrażeń ciała u syna, a rodzina dostała „niebieską kartę” – mężczyzna musiał co tydzień medlować się na policji i nie mógł zbliżać się do dziecka.
Być może właśnie wtedy młodzi małżonkowie powinni poszukać pomocy u psychologa, ale tego nie zrobili. Wojtek tylko raz zadzwonił do Ani, zapytał o zdrowie dziecka i zaproponował wspólne zakupy. Dziewczyna odmówiła, jednak w rozmowie ze znajomymi nie była dla swojego męża zbyt surowa. Wydawało się, że jest w stanie przebaczyć mu i wrócić, że wszystko da się jakoś naprawić, posklejać i jeszcze ułożą sobie życie…
W piątek 7 września br. Wojtek znowu wykręcił numer telefonu Ani. Było wczesne popołudnie, około godziny 14. – Jak się czuje Kacperek? – spytał. Ania była wówczas w domu ze swoją mamą i synkiem. Ku jej zdziwieniu mąż pojawił się przed drzwiami domu w Krzyżu godzinę później, ale dziewczyna nie miała powodów, by nie wpuścić go do środka.
Spokojna z początku rozmowa szybko przerodziła się w kłótnię i od tego momentu wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Wojtek chwycił nóż i zadał Ani kilkanaście ciosów, gdy do pokoju weszła jego teściowa, odepchnął ją i zadrasnął nożem w policzek.
Matka dziewczyny wybiegła do sąsiadów, wołając o pomoc, gdy wróciła z kilkoma kobietami, Wojtka już nie było, ranna Ania leżała na podłodze. Kacperkowi nic się nie stało.
Po kilku minutach pojawiła się karetka pogotowia, ale na pomoc było już za późno. Dziewczyna miała rany na głowie i ciele, na dodatek ostrze noża przecięło jej tętnicę szyjną. Niemal od razu po przyjeździe lekarz pogotowia stwierdził, że 21‑latka nie żyje.
Tymczasem policjanci ruszyli śladem Wojtka. Szukali go u rodziców, znajomych, w pracy, przeczesali wszystkie miejsca, w których mógł być, ale bez skutku. Nie pomogły tropiące psy ani patrole drogowe. Do tej pory nie wiadomo, gdzie wówczas przebywał. Już następnego dnia po feralnym piątku tarnowska prokuratura wszczęła śledztwo, były gotowe zarzuty i decyzja o tymczasowym areszcie. Za poszukiwanym mężczyzną wysłano list gończy, równocześnie badano napływające informacje o miejscu pobytu zabójcy. Niektóre z nich okazały się trafne, ale po przybyciu na miejsce po chłopaku w popielatej bluzie i zielonych spodniach nie było już śladu.
W nocy z niedzieli na poniedziałek Wojtek zadzwonił do brata. Powiedział, co zamierza zrobić, i rozłączył się. Rodzina natychmiast zaalarmowali policjantów, lecz mundurowi nie zdążyli zapobiec kolejnej tragedii. Gdy podjechali pod jeden z tarnowskich wieżowców, mężczyzna już leżał w kałuży krwi na chodniku przed blokiem. Kilka minut wcześniej wjechał windą na dziesiąte piętro budynku, otworzył okno na klatce schodowej i skoczył. Przechodnie wezwali pomoc, lecz na ratunek nie było szans.
Dlaczego doszło do tragedii? Odpowiedź na to pytanie być może uda się uzyskać podczas prokuratorskiego śledztwa. Jak na razie śledczy nie chcą ujawniać zbyt wielu szczegółów. Jednak najprawdopodobniej to nie zemsta była powodem, który pchnął młodego człowieka do sięgnięcia po nóż. – Taki motyw jest zbyt daleko posuniętą teorią – uważa Elżbieta Potoczek‑Bara, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
O tym, kto będzie wychowywał małego Kacperka, zadecyduje sąd rodzinny.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o