Ucieczka przed długami?

6
6219
Żyd kanadyjskiego pochodzenia porzucił restaurację w Tarnowie
Żyd kanadyjskiego pochodzenia porzucił restaurację w Tarnowie
REKLAMA

Gerald Vineberg, Żyd, obywatel Kanady, ponad dwa lata temu przyjechał do Tarnowa i opowiedział historię swojej żony, której rodzina przez przeszło 300 lat mieszkała i prosperowała w tym mieście. Dla pamięci przodków postanowił tu osiąść, otworzyć pierwszą od ponad 70 lat koszerną kawiarnię i restaurację połączoną z galerią obrazów, zyski miały być przekazane na renowację tarnowskiego cmentarza żydowskiego.

Ta piękna opowieść spowodowała wielką sympatię różnych osób i na otwarcie nowego interesu przybyło wiele szanowanych osób z prezydentem Tarnowa na czele, atmosfera była świetna, wszyscy okazywali Geraldowi Vinebergowi wielką sympatię, bo jak wiadomo nasze miasto w przededniu II wojny światowej w 50 proc. składało się ze społeczności żydowskiej. Jak wszyscy wiedzą, stało się wiele złych rzeczy, dlatego przyzwoici ludzie okazywali swój szacunek i życzliwość dla idei reprezentowanej przez obywatela Kanady. W ramach tej życzliwości właściciel kamienicy wynajął Vinebergowi lokal na dogodnych dla jego firmy warunkach. Działalność gastronomiczna była udana, Gerry swoim gościom serwował świetną szakszukę, bardzo dobrą kawę i wiele innych smacznych żydowskich przysmaków. Niestety okazało się, że do lutego tego roku Vineberg „zgromadził „wiele niespłaconych zobowiązań wobec różnych swoich kontrahentów, w skład których wchodziły zarówno osoby fizyczne, jak i instytucje.

REKLAMA

Zwyciężyła sympatia i naiwność?
Nagromadzenie zadłużenia spowodowało poważną rozmowę właściciela lokalu z Vinebergiem, a on umiał się znaleźć w sytuacji, poinformował o sprzedaży domu na Florydzie o wartości 540 tys. dolarów. Oświadczył, że natychmiast po jego sprzedaży ureguluje wszystkie zaległości względem kontrahentów. Zainteresowani twierdzą, że sympatia i naiwność raz jeszcze zwyciężyły, ponieważ tak naprawdę Gerry w ten sposób kupił sobie czas, by spokojnie uciec bez rozliczenia z kimkolwiek, a rozliczać miał się z kim.
Jak mówi nam pracownica restauracji z najdłuższym stażem: Jestem jedną z tych osób, którym pan Vineberg jest winien pieniądze. Umawialiśmy się na pewną kwotę, jednak nie została ona wypłacona. W moim przypadku problemy rozpoczęły się w momencie pojawienia się koronawirusa, chociaż mam wiedzę, że pan Vineberg miał zaległości finansowe już w czerwcu 2019 roku. Kiedy zaczynałam pracować w jego restauracji, z pracą w lokalu żegnały się dwie młode dziewczyny. Jedna była zatrudniona na umowę zlecenie, natomiast druga na umowę o pracę. Problemem było jednak to, że żadna z tych umów nie była nigdzie zarejestrowana! Już wtedy zrozumiałam, że mogę mieć do czynienia z nie do końca uczciwym biznesmenem. Kiedy zaczęły pojawiać się zaległości wobec mojej osoby, postanowiłam udać się do niego na rozmowę. Przekonywał mnie, że to tylko chwilowe problemy związane z koronawirusem i wkrótce wypłaci mi zaległości. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że 72-latek był doskonałym manipulantem grającym na ludzkich emocjach. Miarka przebrała się w lipcu tego roku. Wówczas dowiedziałam się, że oprócz tego, iż Kanadyjczyk zalegał mi z pensją, to dodatkowo nie miałam płaconego ZUS-u i to od początku roku! Postanowiłam natychmiast rozwiązać umowę o pracę. Pan Vineberg podczas rozmowy wykrzyczał, że jestem oszustką i przy świadku wyrzucił mnie za drzwi. To była moja ostatnia wizyta w pracy. Obecnie walczę o sprawiedliwość w sądzie.

Spora lista pokrzywdzonych
Gerald Vineberg potrafił wykorzystywać też możliwości, jakie dawały media społecznościowe, np. tzw. crowdfunding. To modna obecnie formuła pozyskiwania pieniędzy w USA, Izraelu i generalnie w krajach szeroko rozumianego Zachodu, polegająca na finansowaniu w postaci drobnych jednorazowych wpłat dokonywanych przez dużą liczbę osób, którym bliska jest idea symbolicznego powrotu żydowskiej instytucji. Vineberg twierdził, że włożył w swój interes 500 tys. złotych, co według prostego rachunku oznaczałoby, że w okresie 25 miesięcy dopłacałby co miesiąc do swojej działalności 20 tys. złotych.
W związku z powyższym zwróciliśmy się z pytaniem do Biura Rachunkowego Grzegorza Abrama, co o tym sądzi? Odpowiedzią był wybuch śmiechu, właściciel biura zauważył, że obowiązuje go tajemnica zawodowa, zauważył, że sam przez wiele miesięcy nie otrzymał od Gerrego ani grosza.
Lista pokrzywdzonych jest długa. Jest to Miejski Zarząd Budynków, który wynajął obywatelowi Kanady również obiekt przy placu Rybnym, (końcem sierpnia został przejęty komisyjnie ze względu na zaległości finansowe). To także ZUS, dostawca kawy, dostawca wina, koszernego żółtego sera. Gerald Vineberg w swoich wypowiedziach starał się przerzucić odpowiedzialność za swoją niewypłacalność na Covid-19, jednakże olbrzymia część jego zadłużenia powstała przed marcem tego roku, kiedy wybuchła pandemia. Pieniędzy nie dostali pracownicy restauracji: Rozalia – ok. 4000 zł, Martyna – ok. 2000 zł, Paulina – ok. 2000 zł, Matylda – 750 zł, Ewa – 4600 zł plus nieopłacony ZUS. Jak nam mówili niektórzy z pracowników, pieniądze z Powiatowego Urzędu Pracy przeznaczone na pensje dla zatrudnionych zostały przez Vineberga zawłaszczone, dotyczy to kwoty 5000 złotych.

Malarka powierzyła swoje obrazy
Nieoficjalnie mówi się, że mężczyzna ma zobowiązania wobec 20 osób i instytucji.
Na rozmowę z nami zdecydował się również inny były pracownik zatrudniony w koszernej restauracji „The Nosh – Kosher Cafe”, który przekonuje, że biznesmen z Kanady ma długi wobec niemal całego personelu. – W lokalu zawsze pracowało około 5 pracowników. Długi pana Vineberga względem nich, które dotyczą przede wszystkim niewypłaconych przez niego pensji, wahają się od 2,5 do 6,5 tys. zł. Szef cały czas powtarzał, że zapłaci nam pieniądze, jak tylko wpłyną na konto kredyty, o które się starał. Pieniądze nigdy jednak się nie pojawiły. 72-latek uwielbiał mieć ludzi w garści. Kiedy musiał zapłacić komuś jakąś kwotę mówił, że ureguluje później, a w momencie, gdy pracownik chciał odejść z pracy, nie dostawał zaległej pensji. Dziwiło mnie takie postępowanie, bo w moim odczuciu restauracja miała klientów. Nie wiem, dlaczego pojawiły się aż takie problemy. Gerald Vineberg był pozytywnie nastawiony do biznesu. Nigdy nie wspominał, że chce go porzucić i wyjechać. Problemem było jednak, że potrzebował wielu ludzi wokół siebie. Nie znał języka polskiego. Nie nadawał się do tego, aby obsłużyć klientów lub coś ugotować. Nie mógł gdzieś pójść i coś załatwić, a przecież mając od tego ludzi, każdemu trzeba zapłacić. Być może w tym był największy problem… Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że Kanadyjczyk dostał nawet pieniądze z Powiatowego Urzędu Pracy na zatrudnienie pracowników, jednak nigdy nie trafiły one na konta moich kolegów i koleżanek. PUP został już poinformowany o tej sprawie.
Postanowiliśmy zapytać, czy sprawa właściciela koszernej restauracji jest znana urzędnikom. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że spółka, której właścicielem jest 72-letni mężczyzna, otrzymała w tym roku pieniądze na dofinansowanie części kosztów wynagrodzeń pracowników oraz należnych od tych uposażeń składek na ubezpieczenie społeczne w przypadku spadku obrotów gospodarczych w następstwie wystąpienia COVID-19. W związku z informacjami, jakie docierają do PUP, urzędnicy planują weryfikację wydatkowanych pieniędzy publicznych.
Pokrzywdzona przez Geralda Vineberga jest również jedna z krakowskich malarek, która powierzyła jego galerii obrazy. – Przekazałam mu 12 swoich obrazów. Obiecał mi, że je sprzeda. Niestety, nie zdążyliśmy podpisać żadnej umowy i jedynym dowodem na to, że są to moje obrazy, jest widoczna na nich sygnatura. Wszystkie moje prace wykonane zostały w jednym wymiarze pastelami olejnymi na kartonie. Biznesmen oprawił około pięciu dzieł i powiesił je w lokalu. Reszty prac nie widziałam. Chciałabym je teraz odzyskać, bo nie były jego własnością. Przedsiębiorca z Tarnowa, który wynajmował lokal Kanadyjczykowi, a który został przez niego teraz zajęty, napisał do mnie, abym wystosowała specjalne pismo o zwrot swoich obrazów. Sporządziłam je, a także dołączyłam zdjęcia prac. Teraz czekam na rozstrzygnięcie sprawy. Gerald Vineberg nie dotrzymał również słowa mojej koleżance z Warszawy, której zaproponował zorganizowanie koncertu.

Wszystkiemu winny koronawirus?
W ostatnich dniach udało nam się skontaktować z Geraldem Vinebergiem. Zadaliśmy mu pytania, dlaczego zdecydował się opuścić Polską i czy zamierza zwrócić pieniądze. Kanadyjczyk nie odniósł się jednak do tych kwestii, lecz skupił na tłumaczeniach, dlaczego jego biznes w Tarnowie nie wypalił. – COVID-19 pochłonął jeszcze jedną ofiarę i pomimo wszystkich naszych wysiłków, nie byliśmy w stanie zebrać kwoty wymaganej do utrzymania restauracji – zaznacza Gerald Vineberg. – Rezerwacje grupowe na rok 2020 zaczęły pojawiać się już w grudniu 2019 r. Następnie pojawił się COVID-19 i wszystkie grupy najpierw odłożyły w czasie swoje imprezy, a następnie je anulowały. Zainwestowaliśmy więcej pieniędzy w restaurację niż bywało wcześniej i dzięki poświęceniu naszego personelu pozostaliśmy otwarci. W tym czasie staraliśmy się pozyskać dodatkowe fundusze poprzez akcje crowdfundingowe. Otrzymaliśmy dodatkowe fundusze od członków naszych rodzin i osób wspierających z Izraela, Niemiec, USA, Kanady i Polski. Zebrana kwota była jednak znacznie niższa od wymaganej. Złożyliśmy więc wniosek o pożyczkę do rządu polskiego, ale dwukrotnie został on odrzucony. Po drugim odrzuceniu usiadłem do rozmów z kadrą pracowników i wyjaśniłem, że restauracja musi zostać zamknięta.
Żyd przyjechał, Żyd odjechał, a pieniędzy nie ma. Wierzyciele stracili nadzieję na ich odzyskanie. Sprawa trafiła do prokuratury.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
6 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Inline Feedbacks
View all comments