Zamek Tarnowskich za ogrodzeniem?

0
74
marcinka-spor

Pełnomocnicy Pawła Sanguszki i jego rodziny wciąż podtrzymują tę propozycję, ale miasto nie chce się zdecydować na ten krok. Pełnomocnik samorządu jest przekonany, że sprawą natychmiast zainteresowałyby się organa ścigania.
W przyszłym roku spór o Górę Św. Marcina, na której posadowione są ruiny średniowiecznego zamku Tarnowskich, będzie obchodzić „jubileusz” 10‑lecia istnienia. Niewiele jednak wskazuje na to, że w „jubileuszowym” roku sprawa zostanie ostatecznie rozstrzygnięta, że będzie w końcu wiadomo, do kogo należy legendarna w Tarnowie „Marcinka”.
Im rozstrzygnięcie wydaje się coraz bardziej odległe, tym częściej pojawiają się głosy, by miasto skorzystało z pierwotnej propozycji Sanguszków, dotyczącej wykupu działki. Chodzi o kwotę ok. 1 mln zł.
– Moim zdaniem, miasto nie powinno się już dalej wikłać w długotrwałe procesy – twierdzi Jacek Łabno, radny miejski. – Problem należałoby rozwiązać przez wykup parceli. Miasto znalazłoby na ten cel fundusze, a pośpiech jest wskazany ze względu na opłakany stan ruin zamku. Jest dużo do stracenia.

REKLAMA

Bo przyjdzie CBA…
Tego samego zdania jest Wiesław Marszalik, wielki pasjonat i znawca dziejów zamku Tarnowskich.
– Nie ma na co czekać. Nieruchomość na Górze Św. Marcina należy do Sanguszków. Nie sądzę, by miasto wygrało ten spór. Myślę, że warto skorzystać z propozycji. Wcale nie musi chodzić o pełny milion, przecież możliwe są negocjacje. Warto wydać te pieniądze, by ocalić tak ważny dla Tarnowa zabytek, zresztą ze względu na swój charakter unikatowy w znacznie szerszej skali.
Mec. Grzegorz Szczerba, pełnomocnik miasta, konsekwentnie wzbrania się przed podjęciem takiej decyzji.
– Coraz częściej z różnych stron namawia się mnie żebym sprawił aby miasto dogadało się z Sanguszkami i wydało milion złotych na zakup Góry Św. Marcina. Nie ma mowy. Jako samorząd nie możemy tego zrobić.
Mec. Szczerba tłumaczy, że wydanie publicznych pieniędzy na zakup nieruchomości, która ciągle jest przedmiotem sporu sądowego, gdy nie zostały jeszcze wykorzystane wszystkie prawne możliwości, by nieruchomość ta stała się własnością miasta, byłoby przekroczeniem uprawnień urzędniczych.
– Ktoś mógłby nam zarzucić działanie na szkodę interesu publicznego. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji do działań przystąpiłaby od razu prokuratura, a może i CBA – twierdzi pełnomocnik miasta.

Argument zapasowy
Sprawa więc toczy się nadal bez efektów. Sześć lat zajęło Małopolskiemu Urzędowi Wojewódzkiemu w Krakowie ustalenie – na zlecenie sądu – czy sporna działka wchodziła w skład nieruchomości ziemskiej, o której mówi dekret PKWN o przeprowadzeniu reformy rolnej. Na ten czas sprawa w sądzie została zawieszona. W końcu – jak już informowaliśmy – wojewoda odpowiedział, że parcela, na której znajdują się ruiny zamku, nie podlega wspomnianemu dekretowi, co pogorszyło prawną sytuację miasta. Ale samorząd nie złożył broni, zamierza walczyć dalej. Od decyzji wojewody odwołał się do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, dowodząc, że dwie z trzech działek na „Marcince” stanowiły nieruchomości ziemskie o charakterze rolniczym, a więc podlegały przepisom dekretu PKWN. Ministerstwo miało ustosunkować się do sprawy początkiem tego roku, ale zmieniło termin – na czerwiec. Można jednak podejrzewać, że i ten termin nie zostanie dotrzymany.
– W zanadrzu mamy też inny argument – zdradza mec. Szczerba. – Dotyczy on przepisów odnoszących się do majątków opuszczonych, które po wojnie przejmował Skarb Państwa.
Po śmierci w 2015 roku Aleksandra Ostrowskiego, długoletniego pełnomocnika i zarządcy dóbr Sanguszkowskich, schedę po nim przejął jego syn – Marek Ostrowski.
– Jestem absolutnie przekonany, że to Sanguszkowie są w prawie – mówi. – Dlatego podtrzymujemy naszą propozycję rozwiązania sporu złożoną kilka lat temu. Oferujemy miastu działkę do sprzedania za cenę 1 miliona zł.


Gest już uczyniony
Marek Ostrowski narzeka, że kiedy w 2008 r. wybuchła kłótnia o „Marcinkę”, niektóre media przedstawiały Sanguszków jako tę złą stronę, która chce od miasta wydębić milion zł, który im się nie należy.
– Słyszeliśmy też wtedy o potrzebie dobrego gestu z naszej strony. Ale ten gest już został uczyniony. Nie zapominajmy, że nieruchomość, którą zaoferowaliśmy miastu, jest warta trzy razy więcej – my oczekujemy tylko jednej trzeciej ceny rynkowej. Sanguszkowie nie mogą oddać tych działek za darmo, bo przecież do dzisiaj nie odzyskali większości swoich dóbr.
Pełnomocnik rodziny Sanguszków zdaje sobie sprawę, że czas źle działa na przedmiot sporu; ruiny zamku podlegają systematycznej degradacji. Niektóre zachowane fragmenty rozsypują się w oczach, czasem zagrażając bezpieczeństwu spacerowiczów i turystów.
W tej sytuacji Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków nakazał właścicielowi terenu, którym wciąż formalnie są Sanguszkowie, wykonanie prac zabezpieczających. Właściciele jednak nie podporządkowali się temu nakazowi.
– Czekamy na koniec procesu. Chociaż jesteśmy pewni wygranej, nie możemy całkiem nie brać pod uwagę także orzeczenia dla nas niekorzystnego. Jeśli na prace na wzgórzu zamkowym przeznaczylibyśmy kilkaset tysięcy złotych, bo o taką kwotę chodzi, to w przypadku przegranej trudno byłoby w polskich realiach te pieniądze potem odzyskać – twierdzi Marek Ostrowski. – A póki sprawa własności nie jest sądownie rozstrzygnięta, nie mamy szansy na otrzymanie jakiegokolwiek wsparcia finansowego z zewnątrz.
Pełnomocnik książęcej rodziny przyznaje ponadto, że czasem przychodzi na myśl pomysł, aby ruiny zamkowe zagrodzić.
– Wtedy byłyby one mniej narażone na destrukcję, a ludzie, którzy tam przychodzą, na potencjalne nieszczęśliwe zdarzenia. Podkreślam jednak, że to jest tylko jeden z pomysłów, który ma się w tyle głowy, na razie nie stoi za nim żadna decyzja.
Administracja Realności Książąt Sanguszków zapewne zdaje sobie też sprawę z faktu, że zagrodzenie wejścia na wzgórze zamkowe spotkałoby się z dużym odzewem społecznym, może nawet z oficjalnymi protestami, chociaż właściciel ma prawo do takich posunięć. To jest jego teren.

Historyczny błąd
Mec. Szczerba, który – tak się składa – pasjonuje się zamkiem Tarnowskich i historią rodu Sanguszków, mówi, że w przeszłości został popełniony historyczny błąd, który doprowadził do obecnego stanu ruiny.
– Proces degradacji zamku został zapoczątkowany w XVIII wieku, gdy Sanguszkowie postanowili opuścić dotychczasową siedzibę i gdy potem doszło do rozbiórki obiektu. Później na zamkowych resztkach usypano kopiec, który w latach 60. XX wieku został zlikwidowany, a mury odsłonięte. Wtedy już należało pomyśleć o ich fachowym zabezpieczeniu. Tak jednak się nie stało.
Dziś zachowane fragmenty budowli są w takim stanie, że o sytuacji niektórych z nich decyduje każdy rok. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków mógłby zlecić prace zabezpieczające na „Marcince” w ramach tzw. wykonawstwa zastępczego, a potem obciążyć kosztami właściciela terenu, lecz nie ma dość funduszy, by zainwestować w to rozwiązanie.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o