„Zebra” zamiast windy

0
125
winda
REKLAMA

Dwie windy obsługujące przejście podziemne przewiozły pierwszych pasażerów w grudniu 2010 roku, dokładnie cztery lata temu. Cel inwestycji wartej pięć milionów złotych był jasny, likwidując białe pasy i kopiąc obok głęboki tunel, zamierzano upłynnić ruch samochodowy, zapewniając mieszkańcom bezpieczne przejście na drugą stronę ulicy. Niestety, efekty są mizerne. Ciągłe awarie raz jednej, raz drugiej windy doprowadziły do tego, że kto tylko może podziemne przejście omija szerokim łukiem, przemykając między samochodami. Jest w tej grupie wielu studentów, urzędników pobliskiego magistratu i mieszkańców okolicznych bloków
– Spieszy mi się, więc przecinam ulicę. To najkrótsza trasa z uczelni do baru mlecznego na Waryńskiego. Nie będę cofał się do przejścia podziemnego, bo to bez sensu – tłumaczy Rafał.
– Na wysokości Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej uważam szczególnie. Mnóstwo tu „przelatywaczy”. W zasadzie się nie dziwię, bo słyszałam, że windy ciągle się psują – mówi Grażyna jeżdżąca codziennie ulicą Mickiewicza do pracy. Oczywiście są jeszcze schody, w sumie 62 stopnie. Dla osób starszych, schorowanych stanowią barierę nie do pokonania.
Niedawno sytuacja wróciła do punku wyjścia. Z powodu kolejnej awarii wind i trudności związanych z jej usunięciem, wymalowano na ulicy Mickiewicza pasy.
– Pasy są żółte, a to oznacza, że przejście jest tymczasowe. Zlokalizowane jest w sąsiedztwie przejścia podziemnego, najbliżej jak to było możliwe – wyjaśnia Jacek Kupiec, kierownik Referatu Inżynierii Ruchu Drogowego Urzędu Miasta Tarnowa. – To nie załatwia sprawy, ale powinno ułatwić przedostanie się na drugą stronę ulicy osobom niepełnosprawnym. Chodnik jest nienaruszony, ponieważ jeden ze znaków umieszczono na stojaku, drugi na latarni. Jeśli tylko windy ruszą, pasy zostaną zlikwidowane. Jacek Kupiec przyznaje, że przyzwyczajenia mieszkańców oraz dotychczasowe obserwacje pokazały, że przejście podziemne nie jest najlepszym rozwiązaniem. – Ale w tym miejscu jedynym możliwym – dodaje.
Marian Ogrodnik, kierujący Referatem Miejskiego Inżyniera Utrzymania Miasta, rozkłada ręce. – Ja tylko mogę ubolewać, że zamontowano kiedyś windy składające się z części pochodzących z różnych stron świata. Teraz ponosimy tego skutki. Na początku listopada inspektor tarnowskiego Urzędu Dozoru Technicznego wstrzymał ruch wind. Urzędnicy mówią, że nie byli zaskoczeni, ponieważ konserwator dokonujący podstawowych napraw sygnalizował problemy. Ten najważniejszy dotyczył znacznego zużycia rolek, na które nawijane są stalowe liny utrzymujące windy. Generalnie stan urządzeń groził katastrofą. Rolki zaczynały się ślizgać na kole napędowym, jeśli w takiej sytuacji nie zadziała ogranicznik prędkości, to kabina może albo runąć, albo wyjechać ponad dopuszczalny poziom.
Pracownicy dozoru technicznego zakwestionowali nie tylko urządzenia napędowe. W kabinach brakowało światła, zepsute były sterujące panele dotykowe, a dopełnienie tego obrazu nędzy i rozpaczy stanowiła pęknięta szyba.
– Fachowców zdziwiło, że elementy eksploatacyjne tak szybko się zużyły – mówi Paweł Czerwień z Referatu Miejskiego Inżyniera Utrzymania Miasta. – Tłumaczymy to sobie warunkami atmosferycznymi. Windy funkcjonujące poza budynkiem narażone są na niskie i wysokie temperatury oraz działanie wilgoci. Początkowo sądzono, że uda się usunąć usterki w ciągu dwóch tygodni. Wywieszono informację, że windy ruszą 21 listopada. Jednak okazało się, że oryginalne części trudno zdobyć i dotrzymanie wspomnianego terminu jest nierealne. Dlatego wymalowano tymczasowe pasy. Decyzję wymogła reakcja mieszkańców, którzy – delikatnie mówiąc – nie kryli zdenerwowania.
Pięcioletnia gwarancja producenta obejmuje jedynie wady fabryczne, których nie stwierdzono. Za wady eksploatacyjne i ich skutki odpowiada miasto. Skompletowanie części łatwe nie jest, ponieważ windy przypominają składak. Podzespoły i poszczególne elementy pochodzą nie tylko z Polski, ale również z Turcji, Hiszpanii i Chin.
Tarnowskie windy są dziełem największego polskiego producenta dźwigów, czyli kołobrzeskiej Pilawy zmagającej się obecnie z dużymi problemami. – Nie było większego kłopotu ze zdobyciem wyświetlaczy, rolek i lampek, najdłużej trwało sprowadzenie z zagranicy ograniczników. Samo ich zamontowanie to jeszcze nie wszystko. Od złożenia naszego wniosku w sprawie przywrócenia wind do użytkowania dozór techniczny ma dwa tygodnie na podjęcie decyzji – kontynuuje Paweł Czerwień.
Szacunkowy koszt ostatniej naprawy oraz zakupu części sięga 10 tys. zł. Zdaniem urzędników windy powinny ruszyć zaraz na początku nowego roku. Jacek Kupiec mówi, że zleci wówczas usunięcie żółtych pasów.
– Najpierw jednak odczekam ze dwa dni, żeby mieć pewność, że windy działają jak należy – zastrzega. Paweł Czerwień też zamierza podjąć działania profilaktyczne. – Będziemy chcieli przeprowadzić za pół roku dodatkowy przegląd, żeby mieć pojęcie, jak szybko zużywają się zakupione teraz części.
Nie wszystko jednak można przewidzieć, zwłaszcza akty wandalizmu. Dewastacja kabin stała się smutną codziennością. Ginie oświetlenie ledowe, panele sterujące są niszczone, a zapach odrzuca, bo niektórzy uczynili sobie z windy toaletę.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments