Złodziej w szpitalu

0
126
REKLAMA

Z różnych szpitali w kraju napływają wiadomości, że są regularnie okradane. Wiadomo, że chodzi o placówki dziś na ogół biedne i liczące każdy grosz. Niektóre z tego powodu muszą dokładać rok w rok po kilkadziesiąt tysięcy złotych, by uzupełnić braki w sprzęcie i wyposażeniu powstałe na skutek kradzieży.
Dorota Buczek, dyrektorka Szpitala Powiatowego SPZOZ w Dąbrowie Tarnowskiej, zna problem.
– Rzeczywiście, z oddziału dziecięcego miałam sygnały, iż giną pewne rzeczy. Chodzi o komplety pieluch albo o środki do pielęgnacji dziecka, będące własnością szpitala. Dziwnym sposobem „wychodzą” z oddziału wraz z małymi pacjentami. W przypadku oddziałów dla dorosłych takich informacji nie mam.
W niektórych regionach zjawisko to określa się mianem plagi. Część pacjentów obwinia za to nieuczciwy personel, lecz w większości przypadków podejrzenia wydają się mało prawdopodobne.
– Mamy podobny kłopot na oddziałach dziecięcych – mówi Anna Czech, dyrektorka Szpitala Wojewódzkiego im. św. Łukasza w Tarnowie. – Giną pieluchy, chusteczki do pielęgnacji, zabawki, gry, książki, piloty do telewizji, kubki do picia.
Są to drobne przedmioty, niedrogie, ale w ciągu dłuższego czasu potrafi się tego uzbierać.

REKLAMA

Rabuś w białym fartuchu?
Dyrektorkę Czech najbardziej zdumiała wiadomość, że zabierane są także kable do pomp infuzyjnych, przyrządów medycznych służących do dawkowania zaleconych przez lekarzy farmaceutyków. Okazało się, że kable te pasują także do domowego sprzętu komputerowego i ktoś od czasu do czasu łakomi się na przewody.
– U nas kradzieże to zdarzenia incydentalne i nie warto zajmować nimi uwagi – ucina temat lek. med. Krzysztof Kasperczyk, ordynator oddziału pediatrycznego Szpitala Powiatowego SPZOZ w Brzesku.
– Problem kradzieży nie jest nowy – zawsze był i nadal jest – podkreśla Marcin Kuta, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. E. Szczeklika w Tarnowie.
Dyrektor nie chce wśród złodziei dokonywać podziału, gdyż na ogół się nie wie, czy kradzieży dopuściła się rodzina i znajomi pacjentów, czy nieuczciwi pacjenci, czy też osoby podszywające się pod rodzinę, które specjalnie przychodzą do szpitala, żeby coś ukraść.
– Złodziej jest złodziejem i niezależnie od tego, kto nim jest, zawsze przynosi szkody – mówi dyrektor. – To sprawa kultury, właściwej świadomości. Jeżeli ktoś odkręci w toalecie umywalkę i ją wyniesie, powinien zrozumieć, że jeśli na oddział trafi jego matka, to może nie będzie miała gdzie umyć rąk. Ludzie sami siebie okradają.
Wciąż ginie szpitalna armatura łazienkowa, lecz już nie tak często jak w przeszłości, gdy był to towar deficytowy i trudno było go kupić. Zdarza się jednak, że znika ważąca kilka kilogramów kuchenka mikrofalowa albo drobniejszy sprzęt – „modne” wśród szpitalnych rabusiów są na przykład elektryczne czajniki.
Okradani bywają również pacjenci – z pieniędzy, kart płatniczych i telefonów komórkowych.
– Dwa lata temu jakiś mężczyzna założył biały fartuch i udawał rehabilitanta. Zdobył zaufanie pewnej starszej pacjentki, informując ją, że będzie się nią zajmował, i w dogodnej okoliczności ją okradł – opowiada dyrektor Kuta.


Laptop i sedesowa deska
Niedawno przed sądem odpowiadał 33‑letni Mirosław D., który na sumieniu ma ponad 50 szpitalnych kradzieży. Działał w Tarnowie, Dąbrowie Tarnowskiej i innych miastach Małopolski, również na Górnym Śląsku i w Łodzi. Interesowały go głównie portfele pacjentów i laptopy. Wpadł na gorącym uczynku w ubiegłym roku.
Rekordzistka krajowa na swoim koncie ma 250 szpitalnych kradzieży. W Warszawie jedna z tego rodzaju złodziejek stała się sławna, gdy okradła aktorkę Katarzynę Skrzynecką, która przebywała w lecznicy po urodzeniu dziecka.
– Nie sposób wyeliminować wszystkich kradzieży. Tu jest ciągły ruch. W skali roku nasz szpital przyjmuje po 30 tys. pacjentów, a pewnie trzy‑cztery razy więcej przewija się przez niego – twierdzi dyrektor Kuta. – W szpitalu mamy częściowy monitoring, ale przecież nie zamontujemy go w salach chorych, gdyż ucierpiałyby na tym prawa pacjenta. Nieustannie przypominamy pracownikom, by wychodząc ze służbowych pomieszczeń, zamykali je na klucz i by zwracali uwagę na osoby, które kręcą się po korytarzach i podejrzanie zachowują. W naszej placówce mamy firmę dozorującą, lecz jej rolą nie jest pilnowanie oddziałów.
Przemysław Wojtas, dyrektor dębickiego szpitala powiatowego, przekonuje, że tylko niewielki odsetek pacjentów czy ich rodzin łaszczy się na cudze w szpitalu.
– Nie można generalizować zjawiska, bo przecież nie brakuje także takich pacjentów, którzy przynoszą swoje rzeczy i potem zostawiają, by mogli korzystać z nich inni. Ale problem istnieje i nie chodzi nam o to, że ktoś zabrał pacynkę, która spodobała się dziecku. Z oddziałów urazowych na przykład „emigrują” kule wspomagające chodzenie czy tzw. balkoniki. Sam widziałem z okien swego biura, jak ktoś odbierając ze szpitala starszą panią, zapakował do bagażnika samochodu szpitalny wózek inwalidzki. Na reakcję było już za późno. A już zupełnie nie rozumiem, gdy kradzione są deski klozetowe, nie rozumiem fenomenu tego zjawiska.

Z gaśnicą pod pachą
Ktoś odkręca także umywalki i dozowniki mydła. Gdy dozowniki wymieniono na solidniejsze, znikało z nich mydło w płynie, spuszczane do wcześniej przygotowanych pojemników. W szpitalu w Dębicy wpadli na pomysł, żeby zamiast płynu podawać mydlaną piankę, bo piankę trudniej wypompować.
– W prywatnych lecznicach ludzie zachowują się inaczej – uważa dyrektor Wojtas. – Tam dla wielu z nich to jest na pewno „czyjeś”, a nasze, szpitalne, należy do „wszystkich”. I gdy komuś uda się coś uszczknąć z tego, co jest „wszystkich”, pewnie z powodu swojej dziwnej zapobiegliwości odczuwa drobną satysfakcję.
Od pewnego czasu z korytarzy w „świętym w Łukaszu” Tarnowie znikają… gaśnice przeciwpożarowe.
– Nie mam pojęcia, komu potrzebny jest ten sprzęt, dla nas bardzo ważny, gdyż chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo pacjentów – dodaje dyrektorka szpitala.
Anna Czech jest zdania, że o sytuacji decyduje nie tylko PRL‑owska mentalność znacznej części społeczeństwa, która przetrwała w nowych warunkach.
– Czytałam o znanym na świecie, ekskluzywnym hotelu, który zwrócił się z apelem do swoich gości, by oddali cenne przedmioty zabrane podczas pobytu. Nie sądzę, by chodziło o gości z PRL‑u.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o