Życie w kolejce

0
98
REKLAMA

Tak jak przed laty, kiedy zaczynał w tym fachu, późnym wieczorem wyrusza z domu, żeby dotrzeć pod przychodnię. Termos z herbatą albo kawą (kawa raczej, bo usnąć nie pozwoli) wkłada do plecaka i zabiera jeszcze składane krzesełko. To cały jego profesjonalny ekwipunek. I tak najważniejsza w tym wszystkim jest wytrwałość.
Doświadczenie ma. Wielu tarnowian do dzisiaj pamięta rozgłos, jaki zapanował wokół Tadeusza Żaka, tarnowskiego inwalidy. Kiedy okazało się, że reaktywował zawód stacza kolejkowego, rozpowszechniony w czasach PRL‑owskich niedoborów, ogólnopolskie media rzuciły się na niego jak na cenną zdobycz. – To było moje pięć minut. Nigdy wcześniej ani potem nie przeżyłem czegoś takiego – wspomina Tadeusz.

REKLAMA

Zapraszamy do studia
Do dzisiaj trzyma w domu pokaźny album ze wszystkimi wycinkami z prasy, która ochoczo opisywała historię Pierwszego Stacza III Rzeczypospolitej. Skserowane artykuły wysłał później do krewnych w Ameryce. Pod kamienicę, w której Żak mieszkał z żoną, także osobą z orzeczoną niepełnosprawnością, co rusz podjeżdżały samochody z redaktorami. Tarnowski stacz przez krótki czas był ulubionym bohaterem talk show w telewizji i radiu. Szybko opanował występy na żywo.
– Dzwonili do mnie z Warszawy i mówili: panie Tadku, zapraszamy do studia, opowie pan coś o sobie. Wsiądzie pan w Tarnowie do ekspresu, a na Centralnym będzie czekał samochód z kierowcą. W sumie wystąpiłem w siedmiu programach telewizyjnych – dopowiada Żak.
Redaktorzy najróżniejszych programów polubili go od razu. Także dlatego, że jako inwalida – mierzący metr dwadzieścia i z problemami w poruszaniu się – w roli cierpliwego stacza wydał się wdzięcznym tematem.
Tadeusz z niejednego pieca chleb jadł. Rodzice wcześnie umarli, a wychowywał go wujek. Zawsze było trudno, gdyż schorzenie, na które cierpi, objawiające się bardzo niskim wzrostem, krzyżowało życiowe plany. Krzyżuje do teraz. – Gdy właściciel firmy, w której chciałem pracować, dowiadywał się o moim wzroście, szybko rezygnował – skarży się Żak.
W przeszłości węgiel zrzucał ludziom do piwnic albo zabierał się za handel uliczny. Handlował, czym się dało – od noży kuchennych, suszarek do włosów po bombki choinkowe i znicze nagrobne. Uczył się szewstwa i introligatorstwa. W końcu przyszła zapowiadana od dawna reforma ochrony zdrowia, firmowana przez rząd Jerzego Buzka. Tak tę reformę poprowadzono, że w mig przed gabinetami specjalistów utworzyły się tasiemcowe kolejki. Kiedy Tadeusz to zobaczył, pomyślał o nowym zajęciu. Wykosztował się na ogłoszenie w prasie lokalnej: „Rejestruję starsze i chore osoby do przychodni”. Na odzew nie musiał długo czekać. Jego sława była tak duża, że do mediów dzwonili ludzie z całej Polski, prosząc o kontakt ze słynnym staczem.
– Chciałbym spróbować jak on. Mam mocne nogi – mówili do słuchawki.
– Wszyscy myślą, że to takie łatwe – uśmiecha się Tadeusz. – W tej robocie nie wolno nawalić, żeby nie stracić zaufania klienta. Kolejki trzeba pilnować, a spać się nauczyć w dzień. Jedni taki rytm wytrzymają, inni nie.


Pan nie jest w ciąży…
Pomysł jednak zaskoczył, choćby w Łodzi. Tam czwórka młodych mężczyzn oficjalnie zarejestrowała działalność gospodarczą jako stacze i przez pewien okres pilnowali kolejek klientom wydziału rejestracji pojazdów. Co ciekawe, w 2000 roku, gdy Tadeusz Żak chciał zgłosić oficjalnie swoją działalność w Urzędzie Miasta Tarnowa, okazało się, że nie jest to możliwe – w Łodzi tak, w Tarnowie nie, chociaż Samorządowe Kolegium Odwoławcze stało na stanowisku, iż jest to dopuszczalna forma prowadzenia działalności gospodarczej.
W PRL‑u stacze byli na porządku dziennym, a legendę o nich wzmocnił reżyser Stanisław Bareja w kultowej komedii „Alternatywy 4” („Pan tu nie stał, pan nie jest w ciąży”.). Prasa pisała też o biznesmenach w niektórych miastach w Polsce, którzy płacili staczom 100‑400 zł za trzy dni pilnowania kolejki do urzędu, który zbierał wnioski o przyznanie dotacji unijnej. Dwadzieścia złotych trzeba było zapłacić staczowi, który 3 godziny przestał w kolejce po bilet na Kasprowy Wierch…
W Internecie od czasu do czasu można znaleźć ogłoszenie tego typu: „Stacza kolejkowego na piątek 18 listopada przyjmę na 6‑8 godzin w Grodzisku Mazowieckim”.

Szacunek ulicy
Tadkowa sława początkowo wzbudzała ludzką zazdrość.
– Gwiazda z ciebie, Tadek, w telewizji występujesz. Muszą ci nieźle płacić za te występy – wytykali mu nawet na ulicy.
Do dziś się użala, że opieka społeczna spoglądała na niego podejrzliwie, gdy u szczytu sławy zjawiał się po pomoc.
– Przecież na tej działalności majątku zbić się nie da, a akurat mojej żonie ZUS odebrał wtedy rentę. Ja mam renty parę groszy i nic poza tym.
Szacunku do Tadka nabrali uliczni chuligani. Wcześniej, gdy czasem pokazał się w mieście późną porą, zaczepiali go, prowokowali. Później, gdy już było o nim głośno, nikt nie śmiał tego robić.
– Cześć, Tadek – wołali tylko z daleka. Jak sława, to sława, obroni nawet przed bandytami. Gdyby to wszystko działo się dzisiaj, być może ktoś by powiedział, że Tadek Żak stał się na krótko celebrytą, ale wówczas nie znano tego pojęcia.
Po pewnym czasie sława Tadka ucichła. W przychodni przy Skłodowskiej wprowadzono nowy system rejestracji pacjentów, który odebrał mu chleb, media też już nasyciły się jego historią. Nasyciły i porzuciły, bo one tak mają. Tadeusz znów zaczął szukać szczęścia. Krótko pracował jako monter gniazdek elektrycznych pod Tarnowem, ale nie do końca wyszło mu z tą pracą. Potem w wytwórni opakowań, lecz narzeka, że zimą w blaszanym hangarze, w którym pracował, było dwa stopnie ciepła i nie dawał rady.
W międzyczasie spotkała go artystyczna po trosze kariera. O słynnym staczu z Tarnowa przypomniała sobie Opera Krakowska i zatrudniła go w roli Marionetki w „Rigoletcie” Verdiego. Do dzisiaj jeździ jeszcze na występy. – Znowu się trochę wielkiego świata ujrzało – mówi.
Wziął też rolę krasnoludka zaproponowaną przez pewną firmę z branży public relations. Właśnie jutro jako krasnoludek jedzie do Radomia. Nikły wzrost przydał się tu nadzwyczajnie – tylko że z tego nie da się wyżyć.

Co słychać, kierowniku?
Więc kiedy tylko się zorientował, że powrót do zawodu stacza jest całkiem możliwy, długo się nie zastanawiał. Tak się akurat składa, że po 12 latach nieustannie reformowana polska służba zdrowia jest w tym samym miejscu, w którym była. Przykład Tadeusza Żaka jest dobitnym dowodem na to, że nic się nie zmieniło. Popyt na usługi stacza ciągle istnieje.
Krystyna Kozłowska, Rzecznik Praw Pacjenta, nie słyszała o staczach w przychodniach, ale wyraźnie zaznacza: – Wymaganie od pacjenta osobistego dokonania rejestracji, ale również ustalanie przez świadczeniodawców np. konkretnego dnia lub wyznaczenie konkretnych godzin zapisów do lekarza jest niezgodne z prawem. Pacjent ma prawo zapisać się dowolnie wybranego dnia, a w celu rejestracji może zgłosić się osobiście, telefonicznie lub za pośrednictwem osoby trzeciej, a jeżeli placówka dysponuje odpowiednim oprogramowaniem, również drogą elektroniczną. Tylko co ma zrobić pacjent, jeśli słyszy, że miejsc do specjalisty już nie ma…?
Nowym miejscem pracy Żaka jest przychodnia w szpitalu przy ul. Lwowskiej. Czeka przed jej otwarciem godzinami, a wraz z nim ci, których nie stać na wizytę w prywatnym gabinecie. Jedni, widząc tu regularnie Żaka, denerwują się trochę, że zabiera innym miejsce do lekarza, drudzy są wyrozumiali. – No, co tam nowego, panie kierowniku? – witają się. Kiedy nadchodzi szósta dwadzieścia rano, wszyscy zbierają się – trzeba być czujnym, to pora otwarcia przychodni.
– Na szczęście jest porządek, nikt nie walczy na pięści. Tylko zima jest najgorsza. Już dwie noce, kiedy było minus 30 stopni, przeżyłem. Trzeba stać na zewnątrz, innej rady nie ma. Owszem, można skryć się w izbie przyjęć szpitala, ale ci z kolejki zaraz powiedzą człowiekowi, że poszedł, że go tu nie było…
Tylko te nogi… Cud, że jeszcze wytrzymują. Ostatnio Tadeusz sprawił sobie kijki typu nordic walking i łatwiej mu się idzie. Stoi też troszkę pewniej, gdyż można się podeprzeć.
– Kiedyś spotkałem na korytarzu dyrektorkę szpitala. Wystraszyłem się ciutkę, myślałem, że będzie chciała mnie stąd przepędzić. Dawna przychodnia była na mnie zła, zwłaszcza gdy zaczęły rozpisywać się o mnie gazety. Ale dyrektorka szpitala chwilkę pogadała ze mną, zwyczajnie, po ludzku. Powiedziała, że pacjenci mają problem, bo NFZ daje za małe limity.
Na tej biedzie chyba jednak chcą zarobić także inni. Na sławie doktora Maciejczaka, tarnowskiego neurochirurga światowej renomy również; na wielu internetowych portalach lokalnych – Brzeska, Krosna, Mielca czy Rzeszowa – ktoś się ogłasza, że rejestruje do przychodni w Tarnowie, w której przyjmuje ów znany lekarz.
Czyżby Tadeusz Żak miał teraz nową konkurencję?

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o