Pendrive z albumami 2023

0
PAUL GILBERT - THE DIO ALBUM
REKLAMA

Wzorem minionych lat także i tym razem słów kilka o wybranych albumach wydanych w roku ubiegłym. Lista ma charakter bardzo subiektywny, nie posiada cech rankingu, jest to tylko zestaw płyt, z których muzyka w ostatnich dwunastu miesiącach towarzyszyła mi najczęściej.

Na początek, podobnie jak rok temu, wyjaśnienie tytułu, który równie dobrze mógłby brzmieć „Smartfon z albumami”. Pendrive to nośnik wygodny, choć ogólnie wiadomo, że zawarte nań pliki mp3 (podobnie jak w smartfonie) są dalekie od doskonałości. Jednak co zrobić, gdy chce się, by muzyka brzmiała, gdy człowiek jest za kierownicą? To kwestia kompromisu.

Teraz co nieco w odniesieniu do mojej listy. Podobnie jak w roku ubiegłym winienem podkreślić, że nie przesłuchuję wszystkich ważnych płyt w sezonie, bo to nie jest możliwe. Pogodziłem się z tym już jakiś czas temu i zdarza się, że dobrą płytę „odkrywam” po roku, a nawet później. Gdy przenoszę muzykę na pena (lub smartfona), czynię to czasem z ciekawości, ale częściej zgodnie z moimi preferencjami i naciskiem na nowe płyty dinozaurów.

REKLAMA (2)

Oczywiście słucham muzyki w domowym zaciszu, ale „zajeżdżam” ją w samochodzie, a na marszach i spacerach słucham ze smartfona. I jeszcze jedno, o kolejności płyt w poniższym zestawie decydowała data wydania.

LAURA COX – HEAD ABOVE WATER

Na początek wydana w styczniu płyta Laury Cox (rocznik 1990), anglo-francuskiej gitarzystki, wokalistki i autorki tekstów, która piętnaście lat temu zdobyła międzynarodowe uznanie na YouTube jako gitarzystka, a w 2013 roku założyła zespół Laura Cox Band. Udany album Head Above Water to krok w kierunku zarówno rockowej różnorodności, jak i muzycznej dojrzałości artystki, która w utworze Wiser śpiewa: Trochę silniejsza, trochę mądrzejsza. Muzyka serwowana przez Laurę to rock z fajnymi solówkami, który albo brzmi z pazurem (Head Above Water, Fever, Swing It Out), albo pozostaje w klimacie balladowym (Glassy Day). W tym wszystkim Laura dokonuje zgrabnej syntezy rocka z muzyką country i pokazuje, że – jak to ma miejsce w nastrojowym Seaside – równie dobrze jak na gitarze, gra na banjo.

THE ANSWER – SUNDOWNERS

Po siedmioletniej przerwie powrócił w marcu siódmym albumem studyjnym The Answer, północnoirlandzki blues-hard-rockowy zespół założony przez gitarzystę Paula Mahona w 2000 roku. Band mogący się pochwalić ponad 300 tysiącami sprzedanych płyt i trasami z AC/DC oraz The Rolling Stones, właściwie niczego nie musi udowadniać. Dlatego też nie próbuje wymyślać koła na nowo, po prostu serwuje z serca brzmienia pełne pałeru i surowych emocji. Można by dyskutować, czy (dla przykładu) Blood Brother lub Cold Heart mogłyby znaleźć się w dorobku Free czy bardziej Bad Company, albo czy hipnotyzujący z szamańską siłą utwór tytułowy przywołuje muzycznie dokonania Led Zeppelin, a wokalnie Roberta Planta. Dla mnie to bez znaczenia, Sundowners polubiłem od pierwszego odsłuchu.

PAUL GILBERT – THE DIO ALBUM

Wydany w kwietniu krążek Paula Gilberta, uznawanego za jednego z najlepszych gitarzystów heavymetalowych (i nie tylko), udowadnia, że chociaż wszystko już było, muzyce można nadać kapitalny, indywidualny wyraz. Album, zgodnie z tytułem, stanowi hołd dla Ronniego Jamesa Dio i zawiera wybór utworów pochodzących z repertuaru tego metalowego giganta. Siła coverowego zestawu tkwi w tym, że Gilbert wszystko, łącznie z partiami wokalnymi, zaaranżował instrumentalnie, zwłaszcza gitarowo, transponując na ten instrument nawet tematy klawiszowe (Kill The King). Szczególnymi ozdobami albumu pozostają wirtuozersko odegrane na gitarze partie wokalne (Heaven And Hell, Don’t Talk To Strangers, The Last In Line).

THE NATIONAL – FIRST TWO PAGES OF FRANKENSTEIN

W końcu kwietnia ukazał się (wydany przez legendarną wytwórnię 4AD) dziewiąty album amerykańskiego indie rockowego zespołu The National. Ponoć przypływ weny i przerwanie blokady twórczej w głowie wokalisty zespołu Matta Berningera wywołał początkowy fragment powieści Mary Shelley o Frankensteinie. I dobrze, bo muzyka National znów zakołysała i otuliła serca. Sam nie wiem, który z utworów z tego cudownie kojącego albumu mógłbym nazwać ulubionym. Może New Order T-Shirt, może Alien, może zaśpiewany wspólnie z Phoebe Bridgers This Isn’t Helping, albo dynamiczniejszy Grease in Your Hair… trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, w minionym roku płyta nowojorskich speców od melancholii towarzyszyła mi najczęściej.

GOV’T MULE – PEACE… LIKE A RIVER

16 czerwca ukazał się dwunasty album Gov’t Mule zawierający dwanaście utworów zarejestrowanych m.in. z udziałem Billy’ego F. Gibbonsa (ZZ Top). Lider bandu, Warren Haynes, tak się wyraził o krążku: Jest bardzo ambitny z muzycznego punktu widzenia, zawiera wiele utworów, które nie są powszechne w dzisiejszym świecie muzyki pop (…). Ale jednocześnie jest to album z piosenkami, które stylistycznie obejmują wiele obszarów. Rzeczywiście, zwięzłe piosenki płynnie przechodzą w charakterystyczne dla zespołu eskapady instrumentalne. To kapitalny mariaż southern rocka z różnymi gatunkami. Ciężkie rytmy i zfuzzowane brzmienia (np. Shake Our Way Out) przeplatane są bluesowymi klimatami z dodatkiem country (np. finałowy Gone Too Long) i, jak to z reguły bywa, obok znakomitych gitar, świetne brzmią organy Hammonda (After The Storm).

YUSUF / CAT STEVENS – KING OF A LAND

Wydany również 16 czerwca siedemnasty album brytyjskiego piosenkarza, kompozytora i autora tekstów Yusufa / Cata Stevensa otrzymał bardzo pozytywne recenzje. Thomas H. Green (The Arts Desk) napisał, że zawarta nań muzyka łączy w sobie pozornie łatwą bezpośredniość piosenek pisanych na gitarę akustyczną z orkiestrowanym bogactwem, które czasami przesuwa brzmienie w stronę teatru muzycznego. Album jest pełen liryzmu i nietuzinkowych refleksji bogobojnego barda. Dziennikarze Reader’s Digest uznali krążek za jeden z najlepszych albumów roku, a redaktorzy bazy AllMusic umieścili go wśród ulubionych płyt twórców piosenek minionego roku. Mimo że piosenki Yusufa (czyli Cata Stevensa po przejściu na islam) nie porywają jak przed laty, to jednak wciąż trudno im odmówić prawdy i melodyjnego uroku.

LUCINDA WILLIAMS – STORIES FROM A ROCK AND ROLL HEART

Ten piętnasty krążek amerykańskiej kompozytorki, wokalistki i autorki tekstów wydano 30 czerwca. Mark Deming z bazy AllMusic napisał: „Stories From A Rock ‚n’ Roll Heart” nie jest triumfalnym powrotem, ale nawet jego niedoskonałości pokazują, że Williams nie straciła ikry i twórczej determinacji. Krytyk wyróżnił utwory Stolen Moments, This Is Not My Town oraz Last Call For The Truth jako sugestywne opowieści o zranionych uczuciach i życiu w poczuciu braku równowagi.

REKLAMA (3)

Głos Williams wciąż stanowi cudowną mieszankę mocy i kruchości, a jej doborowy zespół tworzy kapitalny miks rock’n’rollowej śmiałości z bluesową samotnością.

BDRRM – I DON’T KNOW

W czerwcu również ukazała się druga płyta tego shoegaze’owego bandu. Dziwnie brzmiącą nazwę gatunku (shoegaze) ukuli dziennikarze New Musical Express, obserwując w czasie koncertów tendencję gitarzystów zespołów określanych tym mianem do patrzenia w dół. Stąd też termin „shoegaze”, który oznacza „wpatrywanie się w buty”. Najważniejszym elementem tej muzyki jest gitarowa ściana dźwięku i ściszony, melodyjny wokal.

Paul Simpson (AllMusic) napisał, że album BDRRM „I Don’t Know” zawiera rozszerzoną pulę wpływów, która obejmuje marzycielską, hipnotyczną muzykę rockową, a także ambient, dance i klasykę, wraz z większą (niż na debiutanckiej płycie – przyp. KB) obecnością syntezatorów i atmosferycznych tekstur. Czerpiąc z kilku różnych stylów, zespół umiejętnie łączy liryczną tematykę i melancholijne nastroje.

PAUL RODGERS – MIDNIGHT ROSE

Skoro album jednego z moich ulubionych rockowych wokalistów ukazał się we wrześniu, to musiał się tu znaleźć. Midnight Rose jest kontynuacją dziedzictwa Rodgersa jako jednego z czołowych wokalistów rocka ostatnich sześciu dekad. Producenci albumu nie postawili w roli głównej komputera, dzięki czemu udało im się odzwierciedlić nastrój sesji. Płytę otwiera porywający bluesrockowy utwór Coming Home. Tytułowa kompozycja urzeka refleksyjnym klimatem, podobnie jak ujmująca Highway Robber. W Living It Up Rodgers z szacunkiem odnosi się do inspirujących go artystów (Otis Redding, Aretha Franklin, Ray Charles). Całość jest śpiewana z uczuciem i ekspresją. Gdy trzeba Rodgers jest radosny i zrelaksowany, a gdy ostrzejsze fragmenty tego wymagają brzmi ze swoją dawną mocą.

THE ROLLING STONES – HACKNEY DIAMONDS

Ten wydany 20 października album zwala z nóg. Bogaty aranżacyjnie i wysmakowany producencko ujmuje również tym, że choć pojawiają się nań gościnnie wielcy artyści, nikt z nich nie gwiazdorzy. Paul McCartney zfuzzowanym basem daje grunge’owego kopa Bite My Head Off. Fortepian Eltona Johna brzmi w bujającym Get Close i pulsującym bluesową nutą Live By the Sword. Stevie Wonder ujmuje klawiszami w pełnym soulowego rozmachu, a jednocześnie subtelnym Sweet Sounds Of Heaven, gdzie z pasją i gospelowym zacięciem śpiewa również Lady Gaga. Na płycie brzmią charakterystyczne dla Stonesów riffy i patenty (Angry, Whole Wide World). Są też ballady na miarę tych z lat chwały, takie jak Depending On You czy zaśpiewana przez Richardsa refleksyjna Tell Me Straight.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze