W wydaniu świątecznym obiecałem, że wybranym albumom wydanym w minionym roku poświęcę w styczniu stosowne miejsce. Nadeszła więc najwyższa pora, by słowa dotrzymać. Dziś „garść” pierwsza, równie istotna, jak ta za tydzień.
Poniższy wybór nie jest rankingiem, jest tylko zestawieniem krążków, z których muzyka w ubiegłych dwunastu miesiącach towarzyszyła mi najczęściej. Jednocześnie podkreślam, że w danym roku nie przesłuchuję jakiejś ogromnej ilości płyt, a bywa nawet, że umykają mi i te ważniejsze. Tym samym trudno odmówić temu skromnemu zestawieniu niezamierzonej, ale jednak pewnej przypadkowości.
Na początek krążek mającej już mocną pozycję w świecie blues rocka grupy Larkin Poe, która w ostatnich latach należy do moich ulubionych. Ta prowadzona przez Rebeccę i Megan Lovell formacja wydała w styczniu bardzo solidny krążek Bloom. Siostry serwują na nim czadowe, pełne werwy numery jak Bluephoria czy Mockinbird. Pojawia się też rock’n’rollowa jazda (Nowhere Fast) oraz bardzo udane liryczne ballady, w których uwodzi sound hawajskiej gitary Megan (Easy Love Pt. 2, Bloom Again). Wiosną, gdy płyta się kończyła, często zapuszczałem ją od początku.
Indie rockowy band The Lathums dość popularny w Anglii, u nas jednak niemal nieznany. W lutym ukazał się jego trzeci studyjny album Matter Does Not Define. Zawiera zgrabne, przemyślane i przebojowe numery. Gdy się ich słucha, można by powiedzieć, że to tylko pop i… że właściwie wszystko już było. I co z tego? Wokal Alexa Moore’a i gra towarzyszących mu muzyków po prostu raduje uszy. Są tu bardzo udane singlowe kawałki (No Direction, Stellar Cast) i tak melodyjne (Heartbreaker czy Sorrounded By Beauty), że można je nucić całymi dniami.
Wydany w marcu album Curious Ruminant, 24 w dyskografii Jethro Tull, to świetnie „zbalansowana płyta”, łącząca niepowtarzalne brzmienie zespołu z nowoczesną produkcją. Lider, flecista i wokalista – Ian Anderson to rockowy mędrzec, który wie jak „przemawiać muzyką” do fanów. Na płycie znalazły się utwory, w których rozważa dylematy polityczne (Dunsinane Hill), wyraża niepokój związany z aktualną sytuacją (The Tipu House), komentuje dramatyczne wydarzenia (Over Jerusalem), a bodaj najlepszym (nie tylko wg mnie) jest rozbudowany epicki Drink from the Same Well.
42-letni Brian Fennel występujący pod pseudonimem SYML (po walijsku znaczy „prosty”) wydał w kwietniu trzeci studyjny album Nobody Lives Here. Opowiada na nim o przemijaniu, samotności i nadziei, czyniąc to w sposób ciepły i przyjazny. Przy pomocy skromnego instrumentarium (gitara akustyczna, fortepian) kreuje melancholijny nastrój, łączy elementy alternatywnego popu z ambientem i od czasu do czasu serwuje je w klimatach shoegaze’owych. To kojąca płyta. Każdy utwór urzeka, a moje ulubione, obok tytułowego, to: Something Beautiful&Bright, Careful i Heartbreakdown… tak sądzę, ale ich wybór to kwestia nastroju i chwili.
Niewątpliwą radość sprawił mi wydany w październiku szósty album Milesa Kane’a – Sunlight In The Shadows. Ten 40-letni artysta pokazał jak umiejętnie łączyć glamowe klimaty z southern rockowymi brzmieniami i podlać to sosem beatlesowskiej melodyjności. Kane, wsparty m.in. przez muzyków The Black Keys, brzmi chwilami (Blue Skies, a zwłaszcza Electric Flower) jakby glam rockowy idol Marc Bolan po blisko pół wieku zmartwychwstał i znów gra ze swoim legendarnym T.Rex. Nie znaczy to, że płyta jest wtórna. Jest i energetyczna, i kojąca.
Zastanawiam się jak to możliwe, że w tym dwuczęściowym wyborze nie znalazł się krążek Roberta Planta Saving Grace, wydany w końcu września 2025. Zarejestrowany z nowym zespołem zawiera covery w folkowo-bluesowych brzmieniach. Przesłuchałem go dwa razy i… dziękuję.


![Przy plantach powstaje ścieżka rowerowa [ZDJĘCIA] Dworcowa ścieżka rowerowa](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworcowa-sciezka-rowerowa-4-218x150.jpg)






![Memoriałowo i charytatywnie przy stołach [ZDJĘCIA]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/926a96ac-c839-4c51-b091-8c42158ad149-218x150.jpeg)












