Materiał wypełniający płytę muzycy Wishbone Ash zarejestrowali w drugiej połowie czerwca 1973 roku podczas brytyjskiej trasy koncertowej. Sześć miesięcy później fani zespołu otrzymali ekscytująco brzmiący zestaw najlepszych utworów zamieszczonych na trzech pierwszych płytach studyjnych. Był to crème de la crème nagrany podczas występów w Newcastle, Reading, Portsmouth i Croydon.
Pamiętam, że gdy w połowie lat siedemdziesiątych zetknąłem się z pełną zawartością płyty, tak się zachwyciłem brzmieniem, nastrojem i muzycznym kunsztem, że uważałem dzieło za wybitniejsze niż Made In Japan Deep Purple. Od tamtego czasu minęły cztery dekady z hakiem, a ja, jeśli nawet nieco zweryfikowałem swoją ówczesną opinię, to nadal uważam, że to jedna z najpiękniejszych płyt koncertowych w dziejach rocka.
Czas na szczyptę faktografii. Zespół Wishbone Ash założony został w październiku 1969 roku przez basistę Martina Turnera oraz perkusistę Steve’a Uptona. Wkrótce potem dołączyli do nich gitarzyści: Andy Powell i Ted Turner. Ich potężnie brzmiące, zestrojone unisono gitary stały się znakiem rozpoznawczym grupy. Mówiło się wtedy, że Wishbone Ash to pierwszy zespół grający z dwiema solowymi gitarami. Ściślej jednak był jednym z pierwszych, bo takie rozwiązanie po drugiej stronie Atlantyku zastosowali muzycy The Allman Brothers Band.
Szczytowym osiągnięciem w historii studyjnych dokonań Wishbone Ash był krążek Argus, wydany w kwietniu 1972 roku. Album ten przyniósł prawdziwe perły w rodzaju: The King Will Come, Warrior czy Time Was. Płyta urzekała ciepłym współbrzmieniem głosów, śpiewnymi tonami gitar i, co bardzo ważne, misternymi aranżacjami. Krytyka wysoko oceniła to wydawnictwo, a fani odnieśli się doń wręcz entuzjastycznie. W opinii czytelników magazynu Sounds krążek uznany został „Albumem roku”, a czytelnicy pisma Melody Maker nadali mu miano „Top British Album”.
Nic więc dziwnego, że większość materiału z tego krążka, oczywiście w wersjach koncertowych, znalazła się na Live Dates. Wszystkie trzy utwory, które wypełniły pierwszą stronę tego podwójnego wydawnictwa, pochodziły z płyty Argus.
Warto tu wspomnieć, że częste koncerty grane wtedy przez Wishbone Ash zaowocowały imponującą dojrzałością sceniczną zespołu. Przede wszystkim jednak wpłynęły na jego niezwykłą precyzję instrumentalno‑wokalną i szlachetne, rzec można nawet krystaliczne brzmienie. W zestawieniu z materiałem studyjnym z całej solidnej i zarazem ulotnej materii muzycznej niczego nie uroniono, co więcej, przydano jej jeszcze dodatkowego blasku.
Otwierający wydawnictwo majestatyczny The King Will Come urzekał niezwykłym brzmieniem i wysmakowaną aranżacją. Ba, można było odczuć, że jeszcze sugestywniej niż jego wersja studyjna przenosi słuchacza w romantyczno‑baśniowe światy.
The Warrior z misternymi partiami gitarowymi i ekspresyjną „instrumentalną” wokalizą stanowił kapitalną, a przy tym klimatyczną kontynuację Króla. Potem następował utwór Throw Down The Sword, w którym dialog gitar skrzył się niczym górski potok płynący przez magiczne kaskady.
Na drugiej stronie płyty pod względem muzyczno‑brzmieniowej atmosfery było podobnie. Ujmowały łkające niczym mewy gitary w Rock ‘N Roll Widow, a kawałek Baby What You Want Me To Do (autorstwa Jimmy’ego Reeda), będący jedynym na płycie bluesem, dodawał ponadgatunkowego smaczku.
Na pierwszej stronie drugiego krążka znalazła się prawdziwa uczta dla smakoszy progrockowych brzmień, czyli mistrzowsko wykonany The Pilgrim, a dalej następowały: świetnie podany w ostrzejszym rockowym sosie Jail Bait i utrzymany w podobnym klimacie Lady Whiskey
Utworem godnie wieńczącym dzieło był wypełniający całą ostatnią stronę wydawnictwa, ponad 17‑minutowy Phoenix, w którym cudowne balladowe klimaty przeplatały się z ekscytującymi, drapieżnymi hard rockowymi partiami.
Gdy dziś czyta się na progrockowych forach opinie o Live Dates, pełno w nich zachwytów, nie brakuje „ochów” i „achów” oraz sformułowań w rodzaju „arcydzieło muzyki rockowej”. Dziwi jednak fakt, że Live Dates trudno znaleźć w prestiżowych zestawieniach typu „albumy wszech czasów”.
Na koniec jeszcze pewna historyjka. Niedawno pewien nastolatek (na swój wiek świetnie zorientowany w klasyce rocka) poprosił mnie o sporządzenie listy dwudziestu płyt, które zabrałbym na bezludną wyspę. Prośbie uległem. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu okazało się, że na liście tej umieściłem Live Dates.
Live Dates
REKLAMA
REKLAMA
![Własnoręcznie ratują pozostałości po Zamku Tarnowskich na Górze św. Marcina [ZDJĘCIA] Zbieranie cegieł zamek](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zbieranie-cegiel-zamek-10-218x150.jpg)


![Rozpoczęły się Targi Pracy i Innowacji Tarnowskich – ITAR 2026 [ZDJĘCIA] Targi Pracy 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Targi-Pracy-2026-11-218x150.jpg)

![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)















