Pół wieku płyty Jailbreak

0
fonograf-JAILBREAK
REKLAMA

26 marca 1976 roku wydany został album Jailbreak, szósty w dyskografii irlandzkiego zespołu Thin Lizzy i zrazem jedyny, który w USA uzyskał status Złotej Płyty.
Zanim przejdę do tego ważnego krążka, szczypta wspomnień. To było 53 lata temu. Nastała wiosna. Byłem wtedy dzieciakiem „nałogowo” zafiksowanym na punkcie rock’n’rolla. Wśród pierwszych utworów nagranych na magnetofonie ZK-120 (z charakterystycznym zielonym wskaźnikiem poziomu głośności), które wprowadziły mnie w muzyczny świat rocka był kawałek Whiskey in the Jar Thin Lizzy, bandu dowodzonego przez Phila Lynotta. Jednak do rzeczy.

Od pierwszych dni wiosny 1973 roku przeminęły trzy lata. Thin Lizzy byli już wtedy zespołem z kilkuletnim stażem i niemałym dorobkiem, ale wciąż bez płyty, która jednoznacznie ustawiłaby ich w rockowej ekstraklasie.
Owszem, sukces wydanego na singlu, wspomnianego numeru Whiskey in the Jar przyniósł rozgłos, jednak miał on nieco mylący efekt, bo mimo rockowego charakteru – sugerował fascynację folkiem, a przecież serce zespołu biło w bardziej drapieżnych i zrazem mocniejszych rytmach.
Wcześniejsze płyty Thin Lizzy pokazywały stopniowe krystalizowanie się stylu. Nightlife z 1974 roku wprowadziła bardziej soulowe brzmienia i wyraźniej eksponowała melodyjność kompozycji. Z kolei Fighting (1975) przyniosła ostrzejsze gitarowe granie i pierwsze w pełni przekonujące przykłady charakterystycznego później dialogu dwóch gitar prowadzących. Były to jednak raczej zapowiedzi niż pełne spełnienie możliwości zespołu.
Tu słów kilka o kluczowej postaci bandu. Phil Lynott był nie tylko wokalistą i basistą, ale przede wszystkim głównym autorem i duchowym liderem. Miał rzadki dar łączenia ulicznej poetyki z rockową energią. W jego tekstach pojawiały się postaci outsiderów, marzycieli, ludzi żyjących na krawędzi, ale opisywanych z empatią, a nie z pozycji moralizatora. Lynott potrafił też przemycić w rockowej formule wątki irlandzkiej tożsamości i osobistych doświadczeń.

REKLAMA (3)

Album Jailbreak okazał się momentem, w którym wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Produkcja była klarowna, kompozycje zwarte, a zespół zabrzmiał pewnie i dojrzale. Już otwierający utwór tytułowy budował dramaturgię opowieści o ucieczce i wolności, tematach bliskich Lynottowi również w sensie metaforycznym.
Największą sławę przyniósł oczywiście The Boys Are Back in Town. Rzecz ciekawa, że początkowo nie wszyscy w wytwórni wierzyli w potencjał tego nagrania. Z perspektywy czasu trudno w to uwierzyć, bo utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych rockowych hymnów lat 70. Zawierał w sobie radosny młodzieńczy pałer, a przy tym charakterystyczną w twórczości Lynotta nutę nostalgii.
Na Jailbreak nie brakowało też bardziej rozbudowanych form. Kapitalny energetyczny Emerald z celtyckim posmakiem czy liryczny Cowboy Song pokazywały szerokie spektrum możliwości zespołu. Thin Lizzy potrafili być jednocześnie przebojowi i ambitni, co nie zawsze można pogodzić.

REKLAMA (2)

Trzeba jednak przyznać, że sukces Jailbreak był w dużej mierze sukcesem autorskiej wizji Lynotta. To on nadawał tej muzyce narracyjny rys i emocjonalną wiarygodność. Bez jego osobowości Thin Lizzy byliby zapewne jedynie sprawnym hardrockowym zespołem. Z nim stali się formacją o wyraźnej tożsamości.
Jailbreak stał się albumem, na którym Thin Lizzy przestali gonić za przebojem, a zaczęli po prostu grać swoje. Paradoksalnie właśnie wtedy przebój przyszedł sam. Historia rocka zna wiele takich przypadków, ale rzadko kiedy stoją za nimi tak wyraziste postaci jak Phil Lynott – poeta w skórzanej kurtce, który potrafił zamieniać osobiste historie w uniwersalne rockowe opowieści.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze