Gros funduszy płyną na pensje dla różnych zaufanych osób, ale sporo pieniędzy trafia do różnych firm o niezbyt znanym pochodzeniu. Można wręcz powiedzieć, że kontrola nad pieniędzmi przekazywanymi na działalność partii politycznych jest albo niewielka, albo żadna. Jest to o tyle dziwne, że każdy prowadzący w Polsce działalność gospodarczą, jeżeli chce coś wliczyć w koszt prowadzenia tej działalności, jest dokładnie prześwietlany i kontrolowany. Partia polityczna może przedstawić Państwowej Komisji Wyborczej fakturę nawet z agencji towarzyskiej, a PKW nic z tym nie może zrobić. To oczywiście jest oburzające i wymaga jakiejś interwencji, chociaż nie bardzo wiadomo, kto ma interweniować, no bo zmiana tego stanu rzeczy może nastąpić tylko w wyniku działalności tychże partii politycznych, a one nie bardzo się do tego kwapią.
Na świecie znamy dwa modele finansowania partii. Jeden panuje w USA, gdzie wszelkie wybory finansowane są przez donatorów i przeważnie wybory wygrywa ten, kto zgromadzi więcej pieniędzy. Drugi system, dominujący w Europie, polega właśnie na finansowaniu partii z budżetu państwa. Europa bowiem uważa, że powiązania finansowe między polityką a biznesem są niebezpieczne dla demokracji. W sumie nawet nie wiem skąd się bierze w Europie ten strach, bo nikt nie twierdzi, że w Ameryce nie ma demokracji. Wszystko bowiem zależy od zasad, nadzoru i transparentności procederu wpłacania politykom pieniędzy. Ale dobrze, strach jest i tego łatwo nie zmienimy. Czy zatem jesteśmy bezradni?
W pewnym sensie tak, ale opinia publiczna powinna naciskać na polityków, by jednak coś w tej sprawie zrobili. Od kilku lat, na przykład, pojawia się koncepcja, by partie finansować w sposób bliźniaczy do tego, w jaki wspieramy organizacje pożytku publicznego, czyli przez deklarację, komu chcemy przekazać 1% podatku. Ja wiem, że nie każdy Polak zgodzi się nazwać partie organizacjami jakiegokolwiek pożytku, ale zgódźmy się, że partie jednak są potrzebne, tyle że nie takie, jakie widzimy dziś. Pożytek z takiego systemu byłby niejeden, ale podstawowy byłby ważki. Oto partie nie zabiegałyby o mnie tylko z okazji wyborów, ale starałyby się wsłuchiwać w moją, naszą opinię codziennie. Od tego bowiem, jak bardzo byliby w stanie wychodzić nam, wyborcom naprzeciw, zależałby ich byt materialny. Drugim pożytkiem byłby fakt otwarcia drzwi do polityki przed ugrupowaniami małymi i na dorobku.
Dzisiejszy system jest taki, że partia musi najpierw w wyborach udowodnić, że ma jakieś poparcie, by potem dostać z budżetu pieniądze. To „jakieś poparcie” wynosi dzisiaj 3%, za małe, żeby wejść do Sejmu (tam próg wynosi 5%), ale wystarczające do otrzymania pieniędzy na działanie. Każdy rozsądny wyborca jednak boi się głosować na małe ugrupowania, bowiem jeżeli – co jest wielce prawdopodobne – to małe ugrupowanie nie przekroczy 5% progu, to głos oddany na tę partię będzie trochę zmarnowany, a nawet będzie bardzo zmarnowany, bo zasili partie, na które wyborca nie chciał głosować. Tak to bowiem jest, że głos oddany na partię, która nie przekroczyła progu, jest dzielony proporcjonalnie między te partie, które próg przekroczyły. Kłopot ten zniknąłby, gdybyśmy mogli głosować podatkiem. Jest to wizja ponętna zwłaszcza dziś, gdy z tygodnia na tydzień powiększa się grupa ludzi, której nie odpowiadają ugrupowania działające na dzisiejszej scenie. Czy wierzę, że politycy są w stanie doprowadzić do takiej rewolucji? Szczerze? Nie. Ale w 1989 też nie wierzyłem, że PRL upadnie.
Partyjne finanse
REKLAMA
REKLAMA




















