10 lutego mija cztery i pół dekady od wydania pierwszego dużego krążka zespołu Van Halen. Wydawnictwo to uważane jest za jeden z najlepszych debiutów w dziejach rocka.
Płytę Van Halen wydano w czasie, kiedy w świecie na listach przebojów królowały piosenki disco spod znaku Bee Gees i Donny Summer, w europejskich zestawieniach prym wiodły hity Boney M., duetu Baccara i zespołu Abba. Ogólnie było tanecznie i melodyjnie, a nawet wykwintnie aranżacyjnie (Electric Light Orchestra). To z jednej strony. Z drugiej – mimo że Sex Pistols właśnie zakończyli swoją krótką, pełną skandali karierę – punk miał się nieźle. Z kolei w życiu rockowych dinozaurów (np. Rolling Stones) działo się bez większych zmian. Natomiast w mocnym rocku wiało nudą. Wtedy właśnie pojawił się album Van Halen.
Jak to w większości przypadków bywa, ten założony w Pasadenie zespół na listy bestsellerów nie wdarł się z marszu. Zanim to nastąpiło, upłynęło kilka lat od czasu, w którym powstał za sprawą synów holenderskiego klarnecisty jazzowego – gitarzysty Eddiego Van Halena oraz perkusisty Alexa Van Halena, do których dołączyli wokalista David Lee Roth i basista Michael Anthony.
Van Halen zaczął nagrywać swoje dema w 1976 roku. Jednak taśma z nagraniami sfinansowana przez basistę zespołu Kiss, Gene’a Simmonsa, nie wzbudziła zainteresowania wytwórni płytowych. Po nagraniu demówek Simmons ruszył w trasę koncertową z Kiss, obiecał jednak, że wkrótce spróbuje zapewnić Van Halen kontrakt płytowy.
Nagrywanie debiutanckiego albumu rozpoczęło się w końcu sierpnia 1977 roku i trwało trzy tygodnie. Muzycy zespołu pod okiem producenta Teda Templemana zarejestrowali materiał właściwie na żywo. Jedynie w kompozycjach Runnin’ with the Devil, Jamie’s Cryin’, Feel Your Love Tonight oraz Ice Cream Man znalazły się nakładki gitarowe. – Nie mieliśmy tony materiału – wspominał potem basista Michael Anthony – więc po prostu wzięliśmy wszystkie nasze koncertowe piosenki i poszliśmy na całość (…). Ted Templeman chciał nagrać dużą, potężnie brzmiącą płytę gitarową, a w tym, co robił Eddie, miał wszystko, czego potrzebował.
W 1978 roku krytyk dwutygodnika „Rolling Stone”, Charles M. Young, napisał: Sekret Van Halen polega na tym, że nie robi niczego, co jest oryginalne, mając jednak hormony, robi to lepiej niż wszystkie te zespoły, które stały się pobłażającymi sobie tłustymi kotami. Edward Van Halen opanował sztukę gitary w tradycji Jimmy’ego Page’a i Joe Walsha. Kilka riffów na tej płycie przebija wszystko, co Aerosmith wymyślił przez lata. Wokalista Dave Lee Roth zarządza rzadkim hard-rockowym wygarem pełnym energii, a jednocześnie nie brzmi jak kastrat. Perkusista Alex Van Halen i basista Michael Anthony są kompetentni i odpowiednio dyskretni.
Bruno McDonald w swojej recenzji krążka opublikowanej na łamach książki 1001 albumów muzycznych rzecz ujął tak: Od klaksonu samochodu, który wprowadza w piosenkę „Runnin’ With The Devil” po łomoczące „On Fire” jest to mieszanka dźwiękowej buty i tekstowej lubieżności, której nie da się pobić. Które utwory są najlepsze? Może „Eruption”? Pokaz gitarowego talentu Eddiego uznany przez magazyn „Guitar World” za drugi po „Stairway To Heaven” (Led Zeppelin – przyp. KB). Albo cover Kinksów „You Really Got Me”, który według Raya Daviesa (lider The Kinks – przyp. KB) jest lepszy od oryginału.
Według Joe Levy’ego („Rolling Stone”) album dał światu nowego gitarowego bohatera i charyzmatycznego frontmana w osobach Eddiego Van Halena i Davida Lee Rotha. Levy nazwał utwory Runnin’ with the Devil oraz Ain’t Talkin’ 'Bout Love powrotem hard rocka, chwaląc jednocześnie oszałamiającą technikę Eddiego Van Halena.
W magazynie „Kerrang!” natomiast znalazły się następujące słowa: W świecie muzycznym podzielonym na punk, disco i prog rock, Van Halen połączył olśniewający występ na żywo z imprezowym mottem, a gitarzysta Eddie Van Halen na nowo zdefiniował to, co było możliwe do zagrania na sześciu strunach. Jego brzmienie na tym albumie – ochrzczone jako „The Brown Sound” – pozostaje świętym Graalem gitarowych brzmień.
Album Van Halen uzyskał w Stanach Zjednoczonych status Złotej Płyty w maju 1978 roku. Kilka miesięcy później, sprzedając się w ilości ponad miliona egzemplarzy, pokrył się platyną. Przez kolejne lata dotarł do statusu 8-krotnej multiplatyny, by wreszcie w 1996 roku stać się wydawnictwem diamentowym.
W 2006 roku czytelnicy pisma „Guitar World” umieścili krążek na 7. miejscu Listy najlepszych albumów gitarowych wszechczasów. W 2013 roku dwutygodnik „Rolling Stone” ulokował go na 27. miejscu listy 100 najlepszych debiutanckich albumów wszechczasów.
# TEMI, Fonograf, Pierwszy album Van Halen Krzysztof Borowiec, Van Halen pierwsza płyta Krzysztof Borowiec











![Memoriałowo i charytatywnie przy stołach [ZDJĘCIA]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/926a96ac-c839-4c51-b091-8c42158ad149-218x150.jpeg)
![Wernisaż wystawy „IMPULS” w Galerii Bema 20 [ZDJĘCIA] Impuls](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Bema-20-wystawa-14-218x150.jpg)
![Cudowny czas zamknięty w kształcie i kolorze… [ZDJĘCIA] Magdalena Latawska-Honkisz](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Wystawa-Magdaleny-Latawskiej-Honkisz-3-218x150.jpg)








