Dokładnie pięć i pół dekady temu, 14 czerwca 1968 roku, wydany został album In-A-Gadda-Da-Vida, drugi w dyskografii zespołu Iron Butterfly. Dzięki kompozycji tytułowej wydawnictwo to, współtworząc fundament heavy metalu, stało się jednym z najważniejszych w dziejach rocka.
W swoim czasie Troy Brownfield, recenzent magazynu „The Saturday Evening Post”, napisał: Początki muzyki heavy metalowej pozostają owiane tajemnicą (…) bez względu jednak, kiedy się je umieści (…), 1968 był monumentalnym rokiem dla tej formy sztuki. Steppenwolf przywołał zwrot „heavy metal” w „Born to Be Wild”. Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple zaczęli pokazywać siłę. A w Stanach Zjednoczonych pierwsza tak zwana metalowa piosenka weszła na listy przebojów 20 lipca za sprawą zespołu Iron Butterfly.
Kwartet Iron Butterfly swoją metalową podróż rozpoczął w San Diego w 1966 roku. Pierwotny skład tworzyli: śpiewający klawiszowiec Doug Ingle, perkusista Jack Pinney, gitarzysta Danny Weis i basista Greg Willis. Pierwszy album zespołu, Heavy, ukazał się na początku 1968 roku. Zanim band nagrał swój drugi duży krążek, z pierwszego składu został tylko Ingle, a dołączyli do niego: Lee Dorman (gitara basowa), Ron Bushy (perkusja) i 17-letni Erik Brann (gitara i wokal).
Materiał, który znalazł się na In-A-Gadda-Da-Vida, został nagrany w studiach Gold Star w Hollywood oraz Ultrasonic w Nowym Jorku w styczniu 1968 roku.
Pierwszą stronę In-A-Gadda-Da-Vida wypełniło pięć kompozycji, które przedstawiały zespół jako solidną kapelę grającą piosenki utrzymane w klimacie modnego wówczas psychodelicznego rocka. Gdyby druga strona miała podobną zawartość, śmiem twierdzić, że album pozostałby niezauważony. Stało się jednak inaczej. Wszystko dzięki zawartej na drugiej stronie kompozycji tytułowej.
W rajskim ogrodzie, kochanie / Czyż nie wiesz, że Cię kocham / W rajskim ogrodzie, kochanie / Czyż nie wiesz, że zawsze będę sobą / Oh, dlaczego nie pójdziesz ze mną, ująwszy mą dłoń? / Oh, dlaczego nie pójdziesz ze mną, by przemierzyć tę krainę? / Proszę, ujmij mą dłoń. To cały tekst, który został powtórzony w utworze kilkakrotnie. Nie jest to poezja najwyższych lotów, ale też nie o nią w tym rockowym dziele szło. Słowa stanowiły uzupełnienie tego, co niosła muzyka w swoim, jak na tamte czasy, absolutnie niezwykłym brzmieniu i niespotykanym wcześniej klimacie.
Skąd jednak wziął się ów tajemniczy tytuł? Dziennikarz Manish Agarwal („Times”, „Kerrang!”) – autor recenzji płyty, zamieszczonej w książce 1001 albumów muzycznych – sprawę ujął całkiem prosto. Ponoć pewnego dnia pałker Ron Bushy wrócił z pizzerii, w której pracował jako kucharz. Dowiedział się, że jego kumpel – Doug Ingle – wypił sporą ilość czerwonego wina. Przy spożywaniu jednak nie próżnował i skomponował nową piosenkę. Bushy udał się do niego. Na pytanie, co to za nowy numer, Ingle wybełkotał tytuł, który Bushy zapisał fonetycznie: In-A-Gadda-Da-Vida. W rzeczywistości miało to jednak znaczyć In The Garden Of Eden.
Początkowo kompozycja była balladą, zespół jednak mocno pracował nad nią podczas trasy koncertowej. Z czasem utwór rozrósł się do imponujących rozmiarów, stał się – według Agarwala – pełnym warczących gitar, mistycznych organów i odkrywczych, wzniosłych solówek na perkusji. W gruncie rzeczy w tych siedemnastu minutach muzyki zawarte zostało to, co stało się bliskie wyznawcom późniejszego rocka progresywnego. Kompozycja fascynowała monumentalnym brzmieniem kościelnych organów, intrygowała – jak chcą niektórzy – jakimiś indiańskimi pomrukami, przykuwała uwagę solidnym basem oraz świszczącymi gitarowymi solówkami pełnymi pogłosów i efektów specjalnych.
Utwór stał się wielkim hitem na falach rodzącego się formatu radia FM. Grano go często w wersji albumowej, ale – wychodząc naprzeciw wymogom rozgłośni i list przebojów – ukazał się również na singlu. W tej skróconej do niespełna trzech minut wersji położono nacisk na protometalowy riff i enigmatyczne wokale – tak przynajmniej pisał o tym Agarwal.
Singel dotarł do pierwszej trzydziestki zestawienia magazynu „Billboard”. To był dobry wynik, ale album odniósł zdecydowanie większy sukces. Osiągnął czwartą pozycję bestsellerowego zestawienia „Billboardu” i – do chwili wydania czwartej płyty zespołu Led Zeppelin – stał się najlepiej sprzedawanym krążkiem wytwórni Atlantic Records. Z czasem In-A-Gadda-Da-Vida pokrył się czterokrotną platyną, sprzedając się w ilości ponad trzydziestu milionów egzemplarzy. Warto o tym pamiętać, bo był to pierwszy przypadek w dziejach rocka, kiedy tak mocno rozbudowana kompozycja zdobyła tak wielką popularność.
# TEMI, Fonograf, In-A-Gadda-Da-Vida, Iron Butterfly, Atlantic Records, magazyn Billboard, rock progresywny, heavy metal, In The Garden Of Eden, Doug Ingle, Lee Dorman, Ron Bushy, Erik Brann




















