Strona główna Sport Sport - Wywiady Myszy biegały po klubowych obiektach

Myszy biegały po klubowych obiektach

1
Agnieszka Ratowska
REKLAMA

Rozmowa z byłą dyrektor zarządzającą żużlowej Unii Tarnów, Agnieszką Ratowską

Dlaczego kilka miesięcy temu postanowiła pani zaangażować się w żużlową Unię Tarnów?
Nie będę ukrywać, że kiedy pojawiłam się na rozmowie z byłym już prezesem klubu, Arturem Kędziorą, to przeżyłam niemały szok. Klub wyglądał, jak z podcastów Marcina Myszki pt. „Kryminatorium”. W niemalże każdym klubowym pomieszczeniu czuć było stęchlizną… Nazwałabym to zapachem i widokiem „nędzy i rozpaczy”. Wówczas powiedziałam sobie, że tak nie może być. Przecież ja z tym klubem zżyta byłam wiele lat. W okolicach nadgarstka mam nawet tatuaż przedstawiający jaskółkę. Nie mogłam pozwolić na to, aby ten klub nadal wyglądał w taki sposób. Stanęłam wówczas przed zdjęciem Tomasza Jędrzejaka i pomyślałam sobie, że może on będzie nad tym wszystkim czuwał, aby wyprowadzić to wszystko na prostą.

Od początku nie było więc kolorowo?
Na pewno nie. Zaczęły spływać pisma… Odbieraliśmy telefony… Dzwonili oczywiście wierzyciele, ale także inne osoby, które nie miały wyjaśnionych sytuacji z klubem. Ciężko było nam wyjść do kibiców czy dziennikarzy i powiedzieć o czymkolwiek, kiedy sami nie byliśmy w stanie tych „klocków” poskładać… Zajęło nam ponad dwa miesiące, zanim skompletowaliśmy wszystkie dokumenty. Dochodziło do takich absurdów, że musiałam korzystać z prywatnego komputera, ponieważ klub nie dysponował swoim. To był istny runmageddon, ale… ludzie wygrywają runmageddony i my również chcieliśmy go wygrać. Było to dla mnie poczucie obowiązku i wyzwanie. Wcześniej w pomieszczeniach klubowych byłam bowiem w 2017 roku, kiedy zawodowo przyjechałam na jedno ze spotkań ligowych. Wówczas klub wyglądał zupełnie inaczej. Dla mnie było to niewyobrażalne i niedopuszczalne, co zrobiono z nim na przestrzeni ostatnich lat. Chciałam coś zmienić, aby Unia Tarnów wróciła mentalnie do czasów swojej świetności, dlatego też w pierwszej kolejności powiesiłam na ścianie w swoim biurze zdjęcie Szczepana Bukowskiego. To miał być symbol nadchodzących zmian.

Które bardzo trudno było wprowadzić w życie…
W klubie pracowało łącznie 6 osób. To garstka… Byłam dyrektorem zarządzającym, czyli tak naprawdę drugą osobą w klubie po prezesie. Nie stać nas było na zatrudnienie kolejnych osób, więc wraz z Arturem Kędziorą podzieliliśmy obowiązki między sobą. Starałam się na klubowych, ale i swoich social mediach pokazywać, jak działamy każdego dnia. Przez pierwszy miesiąc pracowałam na… wolontariacie i nie pobierałam żadnej pensji. Nie będę ukrywać, że patrząc, jak to wszystko wygląda od środka, dziwiłam się, że klub otrzymał licencję już na poprzedni sezon, czyli na występy na poziomie Metalkas 2. Ekstraligi. Myślę, że podtrzymujący życie Unii Tarnów był zastrzyk finansowy, jaki klub otrzymał od województwa małopolskiego. Gdyby nie te pieniądze, już wówczas występy w lidze byłyby niemożliwe. Po moim gabinecie biegały myszy… Zresztą nie tylko po moim… Były na obu piętrach. Nie mieliśmy ciepłej wody. Zdarzały się dni, kiedy nie mieliśmy prądu. Pojawiliśmy się na schyłku sezonu i jeszcze przed jego końcem dostawaliśmy alarmujące sygnały od drużyn, które przyjeżdżały do Tarnowa w tym sezonie. Niejednokrotnie po godzinach pracy w biurze ubierałam się w wygodny strój i dołączałam do akcji sprzątania stadionu.

REKLAMA (2)

Gdzie podziały się pieniądze, które Unia Tarnów otrzymywała m.in. od sponsorów?
Kiedy pojawiłam się w klubie, klubowa kasa była praktycznie pusta. To była kwota, za którą nie zjadłby pan śniadania w restauracji… Przed naszym przyjściem w klubie nie było robionych raportów finansowych przez trzy lata. To był jeden z tych elementów „układanki”, który trzeba było ułożyć. Sprawami finansowymi zajmował się Artur Kędziora i to do niego najlepiej byłoby skierować takie pytanie. Nie ukrywam jednak, że wielokrotnie rozmawialiśmy między sobą, gdzie są wszystkie te pieniądze. Analizowaliśmy umowy ze sponsorami. W międzyczasie pojawił się VIII Memoriał Krystiana Rempały i wiedzieliśmy, że mamy raptem dwa tygodnie na zebranie pieniędzy, aby zorganizować to wydarzenie. Ostatecznie udało się sfinansować przedsięwzięcie, ale nie ukrywam, że było to bardzo trudne, ponieważ w klubie nie było praktycznie żadnych funduszy.

Przewodniczący Rady Nadzorczej Unii Tarnów, Artur Lewandowski, jest „zbawcą” tarnowskiego żużla? Czasami ma się wrażenie, jakby sam siebie w ten sposób przedstawiał.
Czy Ireneusz Nawrocki był „zbawcą” żużla w Rzeszowie? Nie sądzę… Nie będę ukrywać, że miałam przedstawiony zupełnie inny obraz Artura Lewandowskiego, niż ten, z którym sama się zetknęłam. Podczas VIII Memoriału Krystiana Rempały zapytałam go wprost, czy na pewno gramy w jednej drużynie. Poklepał mnie po plecach, zaproponował przejście na „ty” i zagwarantował, że tak właśnie jest i będziemy razem ratować klub. Rzeczywistość okazała się inna… Mam wrażenie, że to nie Artur Lewandowski jest potrzebny Unii Tarnów, a to Unia Tarnów jest potrzebna Arturowi Lewandowskiemu.

Kiedy uświadomiła sobie pani, że jej drogi z Unią Tarnów muszą się rozejść?
Wówczas, kiedy wiedziałam już, że z takim podejściem Rady Nadzorczej, Unia Tarnów może mieć duży problem z otrzymaniem licencji. Zdałam sobie z tego sprawę 30 listopada, czyli stosunkowo niedawno. To wtedy podjęłam decyzję, że muszę odejść z klubu, ponieważ nie chcę brać udziału w tym, jak prowadzony jest ten projekt. Problem był jednak taki, że nie było prezesa i nie miałam komu wręczyć wypowiedzenia. Musiałam poczekać na powołanie osoby, która będzie pełnić tę funkcję. Moje wypowiedzenie przyjął Marek Pieniążek, który przekazał je do Marcina Wosia, a on je podpisał.

REKLAMA (3)

Składając propozycje transferowe zawodnikom, jak wielu z nich nie było zainteresowanych Unią Tarnów z powodu jej sytuacji?
Zaskoczę pana, ale wielu zawodników było zainteresowanych jazdą w naszych barwach. Sama byłam zszokowana tym, jak znani zawodnicy się do nas odzywali. Byli wśród nich nawet żużlowcy, którzy w przeszłości startowali w Grand Prix. Inna sprawa, że wielu z nich żądało astronomicznych kwot za podpis, których nie mogliśmy zaoferować. Krążyło nawet takie zdanie, że nikt ci tyle nie zapłaci, ile Unia Tarnów obieca… Z Arturem Kędziorą wychodziliśmy z założenia, że w pierwszej kolejności będziemy spłacać zawodników, a dopiero później zajmiemy się wierzycielami. W tym celu każdy zawodnik otrzymywał część wynagrodzenia. Nie udawało się wypłacać pełnego wynagrodzenia, ale zawsze każdy zawodnik mógł liczyć na pewien procent swojej pensji. Miało to poprawić atmosferę w drużynie, aby nikt nie czuł się wyróżniony, ale także, aby nikt nie był pokrzywdzony, że jednemu wypłacana jest pensja, a komuś innemu nie. Uważam, że było to uczciwe. Podobną zasadę przyjęliśmy wobec wierzycieli – jeśli coś było poza zasięgiem jednorazowej spłaty, rozkładaliśmy na raty. Kiedy odchodziłam z klubu, w kasie była zabezpieczona spora kwota pochodząca z drugiej transzy, jaką klub otrzymał z województwa małopolskiego. Pieniądze te były rozplanowane na spłatę zobowiązań, głównie wymaganych do licencji ale też ogólnego funkcjonowania klubu.

Jaką kwotę potrzebuje Unia Tarnów, aby funkcjonować przez rok?
Nie jest tajemnicą, jaką kwotę zalega klub zawodnikom. Do tego dochodzi pula kolejnych zaległości, a także musimy pamiętać o kwocie, którą należy zabezpieczyć w budżecie na 2026 rok, aby móc startować w rozgrywkach ligowych. Tym samym, z moich wyliczeń wynika, że Unia Tarnów potrzebuje około 6 – 7 mln zł.

Czy kibice powinni wierzyć, że zbliżający się sezon można uratować, czy też lepszym rozwiązaniem byłoby zawieszenie działalności i budowanie wszystkiego od nowa na solidnych podstawach?
Jeżeli ktoś bliski w naszej rodzinie umiera i widzimy, że cierpi, to chcemy, aby nie cierpiał i odszedł w spokoju. W ten sam sposób podchodzę obecnie do żużlowej Unii Tarnów i myślę, że w podobny sposób powinni podejść kibice, którzy temu klubowi życzą jak najlepiej. Nieustannie zdumiewa mnie, ile pracy można wykonać w tak krótkim okresie, jak można się poznać a w niektórych wypadkach – poznać na nowo. Dlatego szansy i siły upatruję w naszych żużlowych „klanach”, choć niektórzy dziś są poza Unią, dalej uważają ją za swój dom. Na swój sposób dalej żyją klubem, pomagają i podchodzą z szacunkiem do historii. I chcą się dzielić wiedzą, co jest niesamowicie cenne na wielu płaszczyznach. Jest to często bardzo inspirujące. Obecnie jedynie, o co mogę prosić kibiców, to o cierpliwość. Czy jest szansa na zbudowanie wszystkiego od podstaw na transparentnych zasadach? Tak… Jeszcze Unia nie zginęła!

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
1 Komentarz
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
1
0
Napisz komentarzx