Na koncert Stevena Wilsona jechałem do Krakowa bez wypieków na twarzy. Towarzyszyła mi nie tyle entuzjastyczna niecierpliwość, ile stonowana ciekawość. Bo, mimo tylu występów artysty w Polsce, na żywo miałem go zobaczyć pierwszy raz. Zaznaczam jednak, że z wydaną w końcu lutego płytą Hand. Cannot. Erase. zdążyłem się już wcześniej zaprzyjaźnić, a to u faceta o wybiórczych zainteresowaniach progrockiem nie zdarza się zbyt często.
Inspiracją do powstania promowanej płyty stała się wstrząsająca historia Joyce Carol Vincent opowiedziana w filmie dokumentalnym Dreams of a Live. Ciało tej młodej kobiety odnaleziono w londyńskim mieszkaniu ponad dwa lata po jej śmierci. Wilson stawia więc pytanie: Jak to się dzieje, że żyjąc w wielkim mieście, możemy być niezauważeni?. To właśnie ten temat poruszały filmowe opowieści prezentowane na ekranie podczas utworów z Hand. Cannot. Erase. Sporo ujęć na tę okoliczność zostało nakręconych w Polsce, m.in. w blokowisku na Ratajach w Poznaniu. Główną rolę zagrała polska modelka i artystka Carrie Diamond (Karolina Grzybowska), która razem z fotografikiem Krzysztofem Czechowskim wspierała Duńczyka Lasse Hoile, od dawna odpowiedzialnego za wizualną oprawę twórczości Stevena Wilsona.
Zanim mistrz ceremonii, zresztą jak zawsze na bosaka, pojawił się na scenie, zabrzmiało intro w postaci First Regret – wykonane przez keybordzistę Adama Holzmana. Notabene gra Holzmana była swoistą klamrą tego wieczoru, bo w finale zabrzmiał w jego wykonaniu utwór That Raven That Refused To Sing. Tu kilka słów o pozostałych muzykach. Gitarzysta Guthrie Govan ma w dorobku m.in. współpracę z zespołem Asia, a jako 22‑latek wygrał konkurs na gitarzystę roku magazynu Guitarist. Niemiecki perkusista Marco Minnemann w 2010 roku znalazł się w finałowym gronie kandydatów do gry w Dream Theater. Wreszcie wartościowy muzyk operujący basem i Chapman stick – Nick Beggs, był niegdyś gwiazdą zespołu Kajagoogoo.
A muzyka? Tu będę szalenie subiektywny. Wyznam, że nie jestem pasjonatem „progrockowego naparzania” i dlatego bliżej mi do wysmakowanych łagodnych kompozycji. Gdy brzmiał promujący krążek utwór Perfect Life, można było unieść się do świata dziecięcej arkadii. Koił serce Lazarus. Ciekawe jednak, że ten pochodzący z repertuaru Porcupine Tree utwór jest przez niektórych uważany za ckliwy przejaw twórczości Wilsona. Zrobił na mnie wrażenie – wsparty wzruszającą animacją na ekranie – utwór Routine, a także jeden z moich ulubionych z promowanego krążka Happy Returns. Zresztą i drapieżne powerowe numery (np. Home Invasion z Beggsem na Chapman stick) miały stosowną siłę rażenia. A wszystko odbywało się w połączeniu z filmami, wizualizacjami i efektami teatralnymi.
Znany z wcześniejszych tras koncertowych patent z półprzeźroczystą zasłoną tym razem Wilson zachował na koniec. Pierwsza część bisów została zza niej wykonana, a zasłona zafunkcjonowała przy tym jako ogromny ekran do wyświetlanych wizualizacji. Na finał zabrzmiały utwory z The Raven That Refused to Sing, a mianowicie: The Watchmaker oraz wspomniany tytułowy, który poprzedzony został drugim reprezentantem repertuaru Porcupine Tree, mocarnym Sleep Together z płyty Fear of a Blank Planet.
Wszystko byłoby cudownie. Niestety, gdy band brzmiał bardzo głośno, powstawał dźwiękowy kocioł, a perkusja ryła bębenki w uszach. Pytanie: czy to sprawa akustyki sali, czy tylko słabo panującego nad „heblami” akustyka? Oby to drugie.
Na koniec jeszcze jedno. Gdybym kreował się na fana progresywnego rocka en gros – oszukiwałbym. Nie jestem też, broń Boże, przeciwnikiem tego gatunku. Uważam jedynie, że od utworów rozdętych dziesiątkami szkicowo potraktowanych tematów bliższe mi są kompozycje oparte na jednym, dobrym pomyśle. Wilson, na którego półce obok płyt Led Zeppelin i King Crimson znajdują się krążki Abby, ma w pewnym stopniu takie właśnie piosenkowe lub – jak kto woli – progpiosenkowe podejście. Za to go cenię. Cenię go też za uznanie, jakim cieszy się wśród rockowych dinozaurów, którzy, jak choćby Robert Fripp czy Ian Anderson, chcą, by dokonywał remiksów ich starych kompozycji. Jednak najbardziej cenię go za to, że jest nie tylko muzykiem i producentem, ale artystą o niepośledniej wyobraźni, który odważnie łączy materię różnych sztuk. Aby jednak w popapranej popkulturowej przestrzeni tak istnieć, trzeba być artystą przez duże „A”. On nim jest od lat.
Bosonogi mag progrocka
REKLAMA
REKLAMA
![Własnoręcznie ratują pozostałości po Zamku Tarnowskich na Górze św. Marcina [ZDJĘCIA] Zbieranie cegieł zamek](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Zbieranie-cegiel-zamek-10-218x150.jpg)


![Rozpoczęły się Targi Pracy i Innowacji Tarnowskich – ITAR 2026 [ZDJĘCIA] Targi Pracy 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Targi-Pracy-2026-11-218x150.jpg)

![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)















