Czy ktoś chciał spalić listy generała Bema?

0
ktoś chciał spalić listy generała Bema
Listy obecnie znajdują się w depozycie Muzeum Okręgowego w Tarnowie
REKLAMA

Do Muzeum Okręgowego w Tarnowie wpadł pewien pan, mieszkaniec miasta. Podekscytowany przyniósł ze sobą gazetę, w której napisano, że część historycznej korespondencji generała Józefa Bema trafiła do… pieca! Pracowników muzeum prosił o informacje w tej sprawie, domagał się wyjaśnień. Pracownicy znali tę sprawę, więc odnieśli się do niej zgodnie z faktami. Ale gość, który pojawił się w muzeum, nadal miał wątpliwości…
Sprawa rzeczywiście wyglądała poważnie. Zapowiadała się wręcz afera. Tygodnik NIE poinformował, że Prokuratura Rejonowa w Tarnowie, przez wiele lat zajmując się ustaleniem, kto jest właścicielem kilkunastu listów pisanych przez gen. Józefa Bema, ostatecznie postanowiła o likwidacji depozytu. Zdaniem tygodnika – likwidacji w dosłownym znaczeniu tego słowa. W tekście znalazła się wyraźna sugestia, że cenna XIX-wieczna kolekcja listów została wrzucona do pieca!
Do dziennikarza TEMI zadzwonił czytelnik: – Ktoś wydał decyzję o spaleniu korespondencji gen. Bema! Jak tak można? Ktoś chyba zwariował…

Skąd te listy?

Historia ta zaczyna się w 2008 roku. Wtedy Muzeum Okręgowe w Tarnowie otrzymuje od bydgoskiego antykwariusza ofertę kupna 17 listów autorstwa Józefa Bema, pisanych w latach 1841‒45 i adresowanych do księcia Leona Sapiehy. Muzeum jest tą ofertą poważnie zainteresowane. Wiadomo: Józef Bem, przyszły generał, bohater dwóch narodów – polskiego i węgierskiego, urodził się w Tarnowie (1794), tu zachowało się miejsce po domu, w którym przyszedł na świat, w Parku Strzeleckim znajduje się mauzoleum Bema wraz z jego prochami sprowadzonymi z Syrii, muzeum pieczołowicie gromadzi pamiątki po nim…
Na drodze do przeprowadzenia transakcji staje kwestia legalności pochodzenia listów. W wyniku wszczętego przez Prokuraturę Rejonową w Tarnowie śledztwa zostaje ustalone, że antykwariusz odziedziczył listy po zmarłej żonie, ona zaś otrzymała je w formie notarialnej darowizny od również nieżyjącej już pracownicy naukowej z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Drohobyczu.
Według ustaleń prokuratury, listy mogły pierwotnie pochodzić z tzw. archiwum Sapiehów, znajdującego się obecnie w Lwowskiej Narodowej Naukowej Bibliotece Ukrainy im. W. Stefanyka. W sprawie tej prokuratura w Tarnowie korzysta z pomocy prawnej Ukrainy.

Nierozwiane wątpliwości

Nie udaje się jednak jednoznacznie ustalić, czy listy znajdowały się w archiwum, kiedy mogły zostać utracone i w jaki sposób. Nie dowiedziono również, że ich kolekcja, która została ujawniona przez antykwariusza z Bydgoszczy, mogła pochodzić z przestępstwa. W tej sytuacji prokurator musiał rozstrzygnąć, komu wydać zatrzymane w depozycie listy generała. Czy w wyniku decyzji o likwidacji depozytu mogło dojść do spalenia korespondencji, jak sugeruje warszawski tygodnik?
– To niedorzeczność – odpowiada Mieczysław Sienicki, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Tarnowie. – Po pierwsze, o likwidacji niepodjętego depozytu, który może być przekazany na rzecz Skarbu Państwa, decyduje sąd, a nie prokurator. Postępowanie w tej sprawie trwa, śledztwo pod kątem ewentualnej możliwości paserstwa zostało umorzone, a pretensje do zachowanej kolekcji listów roszczą sobie obecnie dwie strony: jedna z osób prywatnych oraz Biblioteka we Lwowie. Listy są, nic im nie grozi, obecnie znajdują się w depozycie Muzeum Okręgowego w Tarnowie.

REKLAMA (2)

Włosy i palec

Kiedy pojawiła się oferta sprzedaży listów w cenie ok. 3,5 tys. zł za każdy, dyrektorem muzeum był Adam Bartosz.
– Dziś już nie pamiętam szczegółów tej sprawy, to było kilkanaście lat temu, ale z całą pewnością nasza placówka z oczywistych powodów była zainteresowana zakupem kolekcji, były na to fundusze. Każda pamiątka po generale Bemie nas interesowała. Nie pamiętam, kto poddał w wątpliwość legalność źródła pochodzenia korespondencji, chyba ktoś z zewnątrz, spoza muzeum. Ponieważ rozpoczęto śledztwo, listy najpierw trafiły do depozytu sądowego, dzisiaj, z tego co mi wiadomo, przechowywane są w Muzeum Okręgowym.
W placówce tej znajduje się już kilka istotnych eksponatów związanych z osobą generała. W 2009 roku od Anny Tabaczyńskiej z Warszawy muzeum otrzymało kosmyk włosów Józefa Bema, który znajdował się w pergaminowej kopertce. Dołączony był list pradziadka pani Anny, mjr. Józefa Tabaczyńskiego, generalskiego adiutanta, który był obecny, gdy Bem, chory na malarię, umierał w 1850 r. w Aleppo. Wtedy major postanowił, że po śmierci generała odetnie na pamiątkę kosmyk jego włosów. Tu przechowywana jest również niewielka kość z palca Józefa Bema, wykradziona w 1929 r. przez jednego z uczestników autopsji, poprzedzającej złożenie generalskich szczątków w przygotowanym mauzoleum w Parku Strzeleckim. Mężczyzna, który przywłaszczył sobie fragment palca Bema, po pewnym czasie przekazał go tarnowskiemu muzeum.

REKLAMA (3)

Nie uwierzył

Kazimierz Kurczab, mimo że jest dyrektorem Muzeum Okręgowego od nieco ponad roku, dobrze zna historię zbioru korespondencji. Potwierdza, że sporne listy zostały zabezpieczone i znajdują się w ich placówce.
– Chcemy, aby zostały tu na zawsze, uzupełniając zbiór pamiątek po generale Bemie. Jesteśmy w kontakcie z prokuraturą, czekamy na zakończenie sprawy. Liczymy na to, że korespondencję przejmie Skarb Państwa i sprawa zakończy się po naszej myśli.
Kiedy w muzeum pojawił się nagle wzburzony pan, chcąc się dowiedzieć, jaki jest los listów Bema i czy zostały one już spalone, pracownicy wyjaśnili mu dokładnie w czym rzecz. Zapewnili, że historycznej korespondencji nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Pan, któremu na sercu leżały pamiątki po generale, przyjął te informacje do wiadomości, ale mimo to – w odczuciu pracowników – opuścił muzeum z pewnym niedowierzaniem…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze