O człowieku, który tropił grafficiarzy

0
grafficiarze
grafficiarze
REKLAMA

– Wcześniej byłem przekonany, że sprawa jest o wiele prostsza. Okazało się jednak, że jest trudna nawet, gdy kogoś złapie się za rękę. Sprawca malunków na ścianach albo pozostanie całkiem bezkarny, albo spotka go co najwyżej symboliczna kara – opowiada. Dziennikarza prosi nie tylko o zachowanie w tajemnicy swojego nazwiska, ale i o zmianę imienia. – Swoje już przeżyłem. Spotkały mnie różne przykrości i nie chcę się na to narażać jeszcze raz.
Pan Krzysztof wraz z drugim działaczem rady osiedlowej postanowili przeciwdziałać grafficiarzom. Obydwaj mocno zaangażowali się w sprawę. Można powiedzieć, że stanowili pewnego rodzaju duet tropiący.

Na tropie
– Przeważają zwykli wandale. To żadna sztuka. To na ogół nieczytelne bohomazy albo wulgarne napisy – podkreśla pan Krzysztof. – Z tym trzeba walczyć.
Walczyć, ale jak? Pan Krzysztof z kolegą zabrali się do sprawy metodycznie, chociaż nasz rozmówca nie chce zdradzać wszystkich szczegółów. W każdym razie byli dość skuteczni. Pan Krzysztof dodaje tylko, że razem ze współpracownikiem stworzyli coś na wzór ewidencji ściennych napisów – album tarnowskiego grafitti. Dokładnie fotografowali to, co pojawiało się na budynkach. W zbiorach znajdowało się 60 zdjęć.
– Były na nich szczególnego typu podpisy wykonywane przez tych samych autorów. Trzydzieści na tyle wyraźnych i znamiennych, iż grafolog, z którym mieliśmy kontakt, był zdania, że są do zidentyfikowania. Grupa tych, którzy wtedy malowali po ścianach, nie była w Tarnowie liczna. Może piętnaście, szesnaście osób, wielu z nich to kibole dwóch klubów sportowych. Tak jest do dzisiaj, to zamknięty krąg ludzi. Kiedy wiedzieliśmy, kto był autorem bohomazów i chcieliśmy wdrożyć sprawę, pojawiał się problem. Nie można było zrobić tego anonimowo. Wszyscy pytali o nasze personalia, adresy itp. Byli potrzebni konkretni świadkowie. Usłyszeliśmy też od policji, że ścigania i ukarania grafficiarzy musi domagać się właściciel obiektu, który wskutek zniszczenia elewacji poniósł straty.

Obelgi
Pan Krzysztof ze znajomym odwiedzali różnych administratorów budynków, aby przekonać ich do zawiadomienia policji o zamalowanych elewacjach. Zapamiętał, że nikt do tego się nie rwał. Prawie wszyscy próbowali rozmyć problem, wypytywali, czy na pewno chodzi o wskazywane przez nich osoby, czy ktoś oprócz nas ich widział, czy są jakieś inne dowody itp.
– Kiedyś z kolegą daliśmy się wkręcić w tę całą biurokratyczną maszynkę wymiaru sprawiedliwości. Postanowiliśmy wystąpić w roli świadków. Ujawniliśmy się, chodziliśmy potem po komisariatach, a później po sądach. Sprawcy nas oglądali, podchodzili do nas, słyszeliśmy z ich strony obelgi pod naszym adresem. Czuli się bardzo pewnie. Poświęciliśmy się dla sprawy, ale…
Nie tak dawno policjant będący po służbie schwytał 16‑latka, który malował sprayem ścianę kamienicy przy ul. Krakowskiej. Pan Krzysztof zastanawia się, jakie konsekwencje spotkały nastolatka czy jego rodziców. Dobrze już wie, że grafficiarze nie są przykładnie karani.

REKLAMA (2)

40 podpisów na budynkach
Właściciele obiektów, szacując swoje straty, podają zwykle kwoty, które nie stanowią o przestępstwie, ale tylko o wykroczeniu (kiedyś do 250, obecnie do 420 zł). W przypadku stwierdzenia przestępstwa sprawcy grozi kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.
– Wykroczenie to drobna rzecz, nikt z grafficiarzy tym się nie przejmował. W ramach kary dostawali jakąś drobną grzywnę, dalej robili swoje. Często chodziło o ludzi niewypłacalnych. Część tych „artystów” wraz z upływem czasu się wykruszyła, poszła siedzieć, ale, oczywiście, za zupełnie inne czyny. Zapamiętałem pewną grupkę smarkaczy, która w różnych punktach miasta pozostawiła na ścianach 40 swoich podpisów. Chyba tylko jeden z nich zapłacił za straty.
Któregoś wieczoru pan Krzysztof ze swoim znajomym nakryli na gorącym uczynku mężczyznę, który na ścianach za pomocą sprayu składał swój autograf.
– Porozmawialiśmy z nim. On był zdania, że robi… fajne rzeczy i szybko oddalił się. Poszliśmy za nim. Po pewnym czasie znalazł się za bramą pewnego zakładu. My też chcieliśmy tam wejść, ale nam nie pozwolono. Sprzeciwił się właściciel. Mieliśmy podejrzenie, że mógł to być jego syn. O sprawie powiadomiliśmy policję, ale powiedziano nam, że ponieważ jest to teren prywatny, to funkcjonariusze nie mogą tam wejść ot, tak po prostu… Takie prawo. Innym razem przyłapaliśmy drugiego faceta, który coś bazgrał po ścianach, zdobyliśmy się wtedy na odwagę i zaprowadziliśmy go na policję. Było to tzw. zatrzymanie obywatelskie. Gość był, jak to się określa, zawiany. A w komisariacie od razu chciano wiedzieć, kto przyprowadził sprawcę, jak się ten ktoś nazywa, gdzie mieszka itp.

REKLAMA (3)

Pędzel zamiast sądu
Pan Krzysztof mówi, że i tak najmniej pretensji ma do policji, bo gdy już pojawiała się jakaś sprawa, to policja do niej raczej się przykładała. Ale prawo jest takie, jakie jest.
– W tym czasie zorientowałem się, że w mieście nikomu nie zależy na ukróceniu praktyk grafficiarskich. Rozmawialiśmy wtedy z zarządcami budynków, władzami miasta, także z posłami, żeby czynili starania o wprowadzenie zmian systemowych pozwalających karać sprawców graffiti natychmiast, wypisywać im mandaty karne, za każdym razem zobowiązywać do pokrycia strat. Nic z tego. Wszyscy byli uprzejmi, częstowali kawą, ze zrozumieniem kiwali głową, ale nie poszły za tym czyny. Nawet sami poszkodowani właściciele domów dochodzili do wniosku, że lepiej będzie, jak chwycą za pędzel, zmalują napis zamiast chodzić po sądach.
Pan Krzysztof mówi, że kiedy proponował administracjom budynków zakup przenośnej kamery, słyszał w odpowiedzi, że albo nie ma na to pieniędzy, albo że nie będzie komu jej monitorować.
– W innych miastach, w których walkę z graffiti poważnie wzięto sobie do serca, uruchomiono specjalne brygady, które starają się jak najprędzej usuwać świeże napisy ze ścian. Chodzi o to, że w tej subkulturze takie malunki to rodzaj „zaznaczania terenu”, wyraz dominacji, dlatego istotne jest, by możliwie szybko znikały. To zniechęca sprawców.
Pan Krzysztof mówi, że po doświadczeniach, które były jego udziałem, z mieszanymi uczuciami przyjmuje dzisiejsze wezwania zarządców budynków w Tarnowie do wspólnej walki z grafficiarzami.
– Nie wystarczą apele ani mądre pogadanki. To muszą być konkrety, dobrze przemyślana strategia. To powinny być zmiany w ogólnopolskim prawie. Ale w porządku. Niech walczą, powodzenia. Tyle że już beze mnie. Mnie już nikt więcej do tego nie namówi.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze