A zatem punkt pierwszy. Czerwcowe wybory z 1989 roku nie były wolnymi wyborami. Oczywiście to prawda. Były to wybory kontraktowe. W nowym wówczas ciele, czyli w Senacie, były wolne. W Sejmie ówcześni rządzący mieli zagwarantowane 65 procent miejsc, a walka toczyła się o pozostałe 35 procent. I chociaż to były wybory kontraktowe, jednak zostały przez demokratyczną opozycję wygrane prawie w 100 procentach. Prawie, bo tylko jednemu człowiekowi udało się wygrać wówczas z przedstawicielem Solidarności – Henryk Stokłosa, przedsiębiorca z Piły, w walce o fotel senatora pokonał kandydata opozycji.
Tu mała dygresja. Tematem na osobną opowieść są losy Piotra Baumgarta, jedynego kandydata Solidarności, który 27 lat temu nie wygrał. Baumgart był przedstawicielem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych. Miał piękną kartę opozycyjną. Był internowany i prześladowany. Po porażce w czerwcu 89 roku próbował jeszcze dwukrotnie dostać się do parlamentu, ale bezskutecznie. Zmarł w wieku 59 lat i leży na cmentarzu w Szczecinie. Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że jest dziś postacią zapomnianą.
Punkt drugi. Po wyborach w 1989 roku nie rozliczono się z działaczami PRL. Co więcej, ten brak rozliczenia był wynikiem umowy zawartej w nieformalny sposób przez część solidarnościowej opozycji z przedstawicielami byłego aparatu partii rządzącej. Dowodem na ten nieformalny układ ma być to, że po ‘89 roku nikogo nie rozstrzelano ani nie powieszono, a w rządzie Tadeusza Mazowieckiego ministrami byli peerelowscy generałowie Siwicki i Kiszczak, zaś pierwszym prezydentem w nowej rzeczywistości został generał Jaruzelski. Każdemu, kto przypomina te fakty, chciałbym jednak przypomnieć, że po wyborach w 1989 roku mało kto zdawał sobie sprawę z tego, co się stało. ZSRR trwał i nikomu nie mieściło się w głowie, że zaraz upadnie, a w polskich garnizonach, jak gdyby nigdy nic, siedzieli czerwonoarmiści. Dziś, po upływie ponad ćwierć wieku, łatwo jest mówić, że już wtedy wszystko było jasne. Wręcz przeciwnie, wszystko było niejasne i w głowie nie mieściło się nikomu, że na naszych oczach wywracają się ustalenia Churchilla, Roosevelta i Stalina z Teheranu i Jałty.
A że potem lepiej działo się tym, którzy PRL wspierali, niż tym, którzy z PRL‑em walczyli, to też fakt. Niedawno opisał to w książce „Skucha” i w reportażu gazetowym Jacek Hugo‑Bader. Dlaczego tak się stało? To dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Jakoś jednak dziwnie jestem pewien, że nikt nie zawierał układu, który miał chronić szeregowego ubeka, a wdeptywać w ziemię szeregowego opozycjonistę. Raczej stało się tak, jak to często ma miejsce w historii, że demokratycznymi metodami, przy pomocy niezależnych sądów, bardzo trudno się walczy z tymi, którzy działali w rzeczywistości niedemokratycznej. (Może to nie jest najlepszy przykład, ale z jakiegoś powodu marines woleli zastrzelić Bin Ladena niż go złapać i postawić przed sądem.)
Jan Olszewski, który był premierem przez pół roku, do 5 czerwca (ach ten czerwiec) 1992 roku, dziś mówi, że to nierozliczenie poprzedniej władzy powoduje, że 4 czerwca powinien być świętem żałoby po wolności. Mógłbym ten argument nawet przyjąć, ale niestety pamiętam, że podczas rządów Jana Olszewskiego mniej zajmowano się rozliczaniem przeciwników politycznych z czasów PRL, a bardziej starano się znaleźć wrogów we własnych szeregach. I jeżeli ktoś mi powie, że lista Macierewicza skierowana była w działaczy PZPR, to tylko parsknę. Jan Olszewski mówi dziś, że 4 czerwca to symbol zmarnowanych przez nas szans. Hmmm… Czyżby? Jasne, że moglibyśmy być dziś dalej, że moglibyśmy być krajem bogatszym i lepiej rządzonym, ale czy to, co wypracowaliśmy przez 27 lat, to naprawdę zmarnowane szanse? No jednak nie. Dlatego podoba mi się pomysł, by 4 czerwca był naszym, polskim świętem. Ale też wiem, że – przynajmniej w najbliższym czasie – nie będzie.
4 czerwca
REKLAMA
REKLAMA




















