Po pierwsze rząd twierdzi, że oferta Francuzów na tak zwany offset, czyli inwestycje towarzyszące kontraktowi, była nie wystarczająca. Trudno z taką opinią polemizować, bo jeżeli komuś jest mało, to jest mało niezależnie od tego, czy mu się da 100 czy 1000. Airbus twierdzi, że oferował offset o wartości równej kontraktowi, co miało przełożyć się na 6000 miejsc pracy. Na zdrowy rozum to całkiem sporo, ale nikt nie oczekuje od rządzących zdrowego rozumu, więc negocjujący mogą powiedzieć, że jest to mało. Można by też cofnąć się o ponad rok, czyli do czasu, gdy rozstrzygnięto przetarg na śmigłowce dla naszej armii i akurat rozpoczynała się kampania wyborcza. Otóż wtedy PiS powiedziało, że gdy dojdzie do władzy, to cały przetarg zerwie, i zerwało. Czyli głównym, a może nawet jedynym powodem nie dogadania się z Francuzami był fakt, że przetarg rozstrzygnięto w czasie, gdy rządziło PO. Po drugie kwestią dyskutowaną stało się to, że przetarg wygrał producent z Francji, gdy tymczasem w Polsce produkowane są śmigłowce w Mielcu i w Świdniku. Airbus chciał zostać trzecim producentem śmigłowców w Polsce, więc argument, że jest z zewnątrz, był nie trafiony, w dodatku w Mielcu właścicielem są Amerykanie, a w Świdniku korporacja włosko-brytyjska. W tej sytuacji dyskusja na temat tego, który producent jest bardziej polski, była nieco bałamutna, bo dwie już działające w naszym kraju firmy są nie polskie, a trzecia zamierzająca na rynek dopiero wejść zapowiada, że w znacznej części będzie polska. Gdyby jednak wczytać się w komunikat z września 2015 roku, to cała ta dyskusja byłaby bezprzedmiotowa, bo i Mielec, czyli Lockheed Martin, i Świdnik, czyli Augusta, nie zaproponowały polskiej armii maszyny spełniającej oczekiwania naszej armii. I koniec, i kropka. Jedynie Airbus przedstawił ofertę maszyny odpowiednio dużej i mającej odpowiednie parametry eksploatacyjne, zgodne z tym, czego chcieli wojskowi. To oczywiście nie znaczy, że należy przyjąć ofertę Airbusa. W grę bowiem wchodzi jeszcze cena, terminy, czy wspomniany już offset. Jeżeli coś w ofercie Francuzów nam nie odpowiada, to przetarg można unieważnić, ale to wcale nie znaczy, że mamy w związku z tym rozmawiać z Lockheedem czy Augustą. Oni nie mają do zaoferowania towaru, który nas interesuje. Chyba że zaproponują coś nowego. Ale nie proponują. Z tego co wiem, Lockheed nadal proponuje Black Hawki, czyli śmigłowce mniejsze od tych jakich potrzebuje wojsko. W dodatku kilka ma być dostarczonych jeszcze w tym roku. Przypomnę, że mamy październik, do końca roku zostały 2 miesiące. Mój przyjaciel kupował ostatnio samochód niezłej klasy, wart prawie 250 tysięcy złotych. Od momentu, gdy się na niego zdecydował, do momentu, gdy do niego wsiadł, minęło 2 i pół miesiąca, bo tyle czasu było potrzebne, by auto skonfigurować wedle oczekiwań mojego kumpla. A śmigłowce gotowe są od ręki. Ciekawostka. Ale prokuratura i CBA mają pełne ręce roboty na różnych frontach, więc najwyraźniej nie mają czasu na zajmowanie się ciekawostkami,nawet wtedy gdy ciekawostki kosztują miliardy publicznych pieniędzy. I na koniec, cała ta dyskusja jest zabawna, jeżeli spojrzymy na zagadnienie wartości bojowej polskiego wojska z odpowiedniej perspektywy. Tę perspektywę buduje nam odpowiedź na pytanie, czy nasze wojsko jest w stanie nas obronić przed nie jakimkolwiek wrogiem, ale przed tym jednym konkretnym, czyli przed Rosją. Odpowiedź oczywiście brzmi – nie. I to niezależnie od tego, czy będziemy mieli 50 czy 100 Caracali, oraz niezależnie od tego czy po naszym niebie fruwać będzie F-16, czy jakieś inne F. Bezpieczeństwo gwarantuje nam NATO, czyli inaczej mówiąc Stany Zjednoczone. Jeżeli oni nie dadzą rady, to nikt nie da. I nie jest w stanie tego zmienić nawet minister Macierewicz. Co najwyżej ów światły mąż może spowodować, że Amerykanom będzie się mniej chciało. Zwłaszcza gdy zorientują się, że ten biedny kraj nad Wisłą w zasadzie leci bez pilota.
Czy leci z nami pilot
REKLAMA
REKLAMA




















