Richard Wright i Wet Dream

0
borowiec
borowiec1837
REKLAMA

Są płyty, które mają szczególne miejsce w moim muzycznym świecie. Oczywiście, a powtarzam to niemal przy każdej okazji, na czele mojego mocno zabarwionego sentymentami rankingu stoi floydowska Dark Side Of The Moon. W tym rankingu jest także, choć nie w czołówce, Wet Dream, album nieco zapomniany, jednak niezmiennie urokliwy i bardzo „malarski”.
Krytyka, jak i fani wyżej ocenili drugie solowe dzieło Wrighta, płytę nagraną z udziałem Sinnead O’Connor, wydaną w 1996 roku – Broken China. Mnie jednak, zapewne za sprawą odległych, przedmaturalnych wspomnień, zawsze będzie bliżej do debiutanckiego krążka artysty.
Urodzony w zamożnej londyńskiej rodzinie Richard William Wright po nauce w ekskluzywnej szkole Haberdashers wstąpił do Regent School of Architecture. Studiując wśród przyszłych architektów, poznał Rogera Watersa i Nicka Masona, z którymi w 1965 roku założył zespół Sigma 6. Z czasem band ten przeistoczył się w Pink Floyd.
Wright był zawsze cichym Floydem. Z wyboru pozostawał w cieniu pozostałych muzyków, nie dbał o rozgłos, rzadko też udzielał wywiadów. Jego talent kompozytorski objawił się podczas powstawania drugiej płyty Pink Floyd – A Saucerful Of Secrets, na której znalazły się dwie jego kompozycje – Remember A Day oraz See‑Saw. Chcąc nie chcąc, stał się wtedy (obok Rogera Watersa) głównym twórcą w zespole. Jako kompozytor zaistniał również przy powstawaniu płyty Ummagumma. Zamieszczony nań czteroczęściowy, skomponowany jak symfonia utwór Sysyphus uwypuklił jego inspiracje – od muzyki neoromantycznej po awangardę.
Potem artysta współkomponował klasyczne pozycje w dorobku grupy, pochodzące z płyt Meddle, Wish You Were Here i The Dark Side Of The Moon. Nierzadko były to numery wyłącznie jego autorstwa, ot, jak choćby Summer 68 z płyty Atom Heart Mother czy też jedna z moich ulubionych, urzekająca kompozycja z Ciemnej strony księżyca –The Great Gig In The Sky. Napisano kiedyś, że jeśli na tak równej płycie można szczególnie wyróżnić jakiś utwór, to z pewnością zasługuje na to zamykająca jej pierwszą część kompozycja Richarda Wrighta. Z płyty tej pochodzi także inny cudowny fragment jego autorstwa – Us And Them.
Po Ciemnej stronie księżyca udział artysty w powstawaniu kolejnych utworów grupy skurczył się. Po nagraniu płyty The Wall autokratyczny i arogancki Roger Waters wyrzucił go z zespołu, uważając za nieprzydatnego. Pamiętam, że mocno mnie to wtedy wkurzyło. Po kilku latach Wright wrócił jednak w szeregi formacji (już bez Watersa) i na The Division Bell znów czarował ciepłą barwą głosu i nastrojową, wysmakowaną grą.
Płyta Wet Dream powstała po trasie koncertowej promującej album Animals, w okresie poprzedzającym dominację w zespole watersowskich wizji i wydaniem The Wall. Została nagrana w Superbear Studio w Miravel, tym samym, w którym ciut wcześniej rejestrował swój solowy debiut David Gilmour.
Płytę, która powstała m.in. przy udziale saksofonisty Mela Colinsa i gitarzysty Snowy’ego White’a, wypełniły niespiesznie płynące jakby podczas rejsu żaglówką (vide okładka płyty), bezpretensjonalne melodie oparte na nastrojowych motywach fortepianu, organów Hammonda i syntezatora.
Część z dziesięciu utworów – jak otwierający Mediterranean C z uwodzicielskim solo na saksofonie Mela Colinsa i piękną gitarową solówką Snowy’ego White’a – ma charakter instrumentalny. Drugą na płycie jest nostalgiczna ballada urzekająca akustycznymi dźwiękami gitary White’a – Agains The Odds. Z kolei instrumentalny Cat Cruise to bodaj najbardziej zbliżony do floydowskiej aury kawałek na krążku. W dalszej części znalazły się utwory i piosenkowe, jak liryczny Summer Elegy, i instrumentalne, w których często wiedzie prym saksofon Colinsa (cudowne Waves).
Jedną z piękniejszych na płycie pozostaje piosenka Holiday. Zawiera tyle emocji i takie pokłady pozytywnej energii, że można by jej słuchać bez końca. Na uwagę zasługują również Drop In From The Top z kojącym brzmieniem organów Hammonda oraz Pinks Song (tym razem z Melem Colinsem na flecie). Całość zamyka jazzowo‑funkowy Funky Deux.
Płyta Wet Dream zawsze działała na mnie jak antystresowy, relaksujący, magiczny napój, który koi i serce, i głowę. Pozostała czarującym muzycznym wspomnieniem, do którego często (bez względu na porę roku) z przyjemnością wracam. Żal, że twórca płyty opuścił nas w 30. rocznicę jej wydania.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze