Mayall i radość bluesa

0
borowiec
borowiec1913
REKLAMA

Przed samym koncertem zastanawiałem się, jak to się stało, że nigdy wcześniej nie widziałem Mayalla na żywo. To o tyle ciekawe, że artysta, wielokrotnie goszczący w Polsce jest w trójce wykonawców, których płyt mam najwięcej, a jego koncertowa The Turning Point lokuje się w pierwszej pięćdziesiątce moich albumów wszechczasów. Nadeszła zatem najwyższa pora, by nadrobić życiowe zaległości. Koncert, którego start miał nastąpić o 19.15, rozpoczął się z niewielkim poślizgiem. Otworzył go utwór Somebody’s Acting Like a Child, pochodzący z czasów, gdy Mayall, jak to sam określił, był młody. Zanim zaczął, zapytał czy ktoś pamięta płytę Blues from Laurel Canyon, na której znalazła się ta kompozycja i… ruszył. Ten stary, pochodzący sprzed ponad pół wieku kawałek pokazał, że mistrz ceremonii jest w znakomitej formie, a towarzyszącą mu grupę tworzą, jak zawsze zresztą, wyborni muzycy. Następny, pochodzący z najnowszego krążka, numer The Moon Is Full ugruntował przekonanie, że tego wieczoru każdy z przybyłych na koncert uczestniczyć będzie w bluesowej uczcie.
W skomponowanym przez J.B. Lenoira bluesie Mamma Talk to Your Daughter Mayall dowiódł, że radzi sobie wokalnie, a choć głos mu się obniżył, on sam utrzymał swój radosny power, zachował to coś, co pozwala mu wciąż cieszyć się ludźmi, cieszyć się koncertowaniem i graniem bluesa. Następny Misunderstood pokazał jakiego formatu muzykiem jest gitarzystka Carolyn Wonderland. Zagrana przez nią techniką slide kompozycja miała drive, energię i klimat. Zresztą tamtego wieczoru każdy utwór tym się wyróżniał. Zapewniała to także kapitalna sekcja rytmiczna w osobach basisty Grega Rzaba i perkusisty Jaya Davenporta. Rzab, co warto wspomnieć, współpracował wcześniej z Otisem Rushem, Buddym Guyem i zespołem Gov’t Mule.
W kolejnym, pochodzącym z płyty A Hard Road utworze Another Kind of Love obaj muzycy przeprowadzili kapitalny, wzbudzający aplauz instrumentalny dialog. Dalej Mayall zaserwował następny staroć w postaci Walking on Sunset (również z płyty Blues from Laurel Canyon). Zagrał go na gitarze, a poprzedził refleksją o Los Angeles, gdzie przed laty zamieszkał. W kolejnym Heartache, pochodzącym z wydanego 54 lata temu debiutanckiego krążka, Mayall śpiewał, grał na klawiszach i harmonijce, a wszystko pięknie się snuło. Zaraz potem ruszył numer Two Trains z pysznym jamowym drivem i wzbudzającym aplauz popisem płomiennowłosej Carolyn.
W pochodzącym z ostatniego krążka utworze What Have I Done Wrong mistrz ceremonii najpierw zagrał na Hammondzie, a potem na klawiszach Rolanda, całość została okraszona popisem Rzaba i Davenporta. Z kolei w Early In The Morning, (nie pierwszy raz tego wieczoru) można było smakować gitarowy dialog głównego bohatera i Carolyn. Potem muzycy zaserwowali piękną, rozbudowaną wersję Stormy Monday. Gdy utwór dotarł do końca, popatrzyłem na zegarek, była dwudziesta pierwsza, kiedy to minęło? – pomyślałem.
Na koniec zasadniczej części koncertu zabrzmiał okraszony jazzrockowymi klimatami Chicago Line. Był oczywiście bis w postaci Mother-In-Law Blues, a potem długo niemilknące brawa i uradowany Mayall ochoczo rozdający autografy.
Przez trwający dwie godziny koncert blisko 86-letni artysta niemal w ogóle nie siedział. Albo stał grając na klawiszach, albo poruszał się po scenie z gitarą. W drodze do Tarnowa przypomniał mi się młodszy od niego o ćwierć wieku Fish, który podczas ubiegłorocznego koncertu w Krakowie, przesiadując zresztą na krzesełku, biadolił o swoim wieku i dolegliwościach z nim związanych.
I jeszcze jedno. Przed wieczorem w Studio sprawdzałem (jak zawsze) setlisty z wcześniejszych koncertów Mayalla (Hamburg, Berlin, Praga). Byłem zdumiony, jak bardzo różniły się między sobą. Zadziwiające, bo przecież każdy wykonawca ruszając w trasę ma przygotowany „żelazny” zestaw utworów i poszczególne koncerty różnią się między sobą jednym, dwoma lub najwyżej trzema. A tu rzecz niezwykła. Z trzynastu przedstawionych w Krakowie kompozycji, żadna nie zabrzmiała w Berlinie, a tylko trzy w Pradze. Każdy występ miał swój wyjątkowy charakter i pozbawiony był, jak można sądzić, scenicznej sztampy. Co za tym idzie zapewniał młodzieńczą radość z obcowania z bluesem. Ta radość wibrowała w Studio w powietrzu, na scenie i na widowni, wibrowała w sercach muzyków i publiczności. To był cudowny wieczór, mógłby tak trwać i trwać.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze