Lubię tę płytę, lubię, bo… jest fajna, bo kiedy jej słucham wracam do moich szkolnych lat, lubię, bo od zawsze wzbudza we mnie pozytywne wibracje. W tym ostatnim przypadku nie jestem specjalnie oryginalny, bo wielu fanów podobnie tę płytę odbiera. Co więcej, kiedy wiosną 1974 roku była rejestrowana, pozytywne wibracje towarzyszyły z pewnością Claptonowi i również, jak można sądzić, jego muzykom. Wcześniej jednak gitarzysta przechodził najtrudniejszy okres w życiu.
Narkotyczna jazda trwała już kilka dobrych lat, do tego dołączyły emocjonalne zawirowania i trudna miłość do Pattie, żony George’a Harrisona. Wszystko to miało na tyle destruktywny wpływ, że Clapton właściwie przestał grać, nie mówiąc już o nagrywaniu.
Głównym inicjatorem jego powrotu do studia był Robert Stigwood, słynny już wówczas manager, a zarazem właściciel firmy RSO Records. Kiedy usłyszał od Claptona, że rozważa on propozycję wspólnych nagrań z Carlem Radle’em, sprawdzonym basistą i kumplem z czasów Derek & The Dominos, postanowił to wykorzystać. Stigwood namówił uznanego producenta, Toma Doda, by podjął się realizacji nagrań, a w Golden Beach (w pobliżu Miami) na Ocean Boulevard 461 wynajął biały dom z palmą w ogrodzie i widokiem na morze. W tym klimatycznym miejscu wiosną 1974 roku zamieszkała cała ferajna claptonowskich muzyków, spędzając trzydzieści twórczych dni. Tam też David Gahr wykonał fotografię, która znalazła się na okładce płyty.
Carl Radle, organista Dick Sims, perkusista Jamie Oldaker, klawiszowiec George Terry, a także urocza, utalentowana wokalistka Yvonne Elliman, byli w świetnej formie, Clapton – przeciwnie. Brak ćwiczeń zatarł umiejętność wprawnego grania solówek, z których był znany. Właściwie na nowo musiał zapoznawać się z instrumentem.
Muzycy, znając jego ograniczenia, robili więc proste aranżacje, udostępniając miejsce na krótkie, szkicowe solówki. Co ciekawe, to swoiste „mniej” znaczyło „więcej”. Clapton i grał, i śpiewał oszczędniej, ale paradoksalnie płyta na tym zyskała, emanując świeżością i pozytywnym klimatem.
Album otwierała przeróbka bluesowego standardu Motherless Children, nagranego po raz pierwszy przez Blind Williego Johnsona w 1927 roku. Ten radosny brzmieniowo, wyjątkowo „bujny” gitarowo numer, przy którego powstaniu spory udział miał Radle, stał się wkrótce nieodłącznym elementem koncertów Claptona.
Na płycie znalazły się też inne bluesy – Steady Rollin’ Man Roberta Johnsona oraz I Can’t Hold Out Elmore’a Jamesa. To był ukłon wobec Ameryki i wobec tak uwielbianego przez Claptona „czarnego bluesa” – muzyki, jaką zawsze chciał grać.
Po pięknie snującym się Better Make It Trough Today z niespiesznym śpiewem Erica i wysmakowanym brzmieniem Hammonda toczyła się luzacko kompozycja Willie And The Hand Jive Johnny’ego Otisa.
Potem następowała piosenka Get Ready, zaśpiewana w duecie z Yvonne Elliman, będąca efektem kolejnych miłosnych uniesień artysty. Elliman, opromieniona rolą Marii Magdaleny w musicalu Jesus Christ Superstar, nie tylko zawładnęła jego sercem; ale też zaimponowała mu talentem wokalnym. Następstwem tego był romans i kilkuletnia współpraca artystyczna.
W „uczuciowym” klimacie zabrzmiały na płycie także Please Be With Me – urocza ballada napisana przez Scotta Boyera oraz autorska propozycja Claptona – Let It Grow, uderzająca niezwykłym czarem i lirycznym tekstem, ukazującym dojrzałość Erica jako autora słów. Okraszona brzmieniem akustycznych i elektrycznych gitar oraz nastrojowymi partiami organów Hammonda pozostaje niewątpliwą ozdobą płyty.
Najbardziej rockowo na krążku brzmiała kompozycja George’a Terry’ego Mainline Florida.
Najsłynniejszym jednak utworem, jaki znalazł się na Bulwarze, był cover I Shott The Sheriff Boba Marleya. Płytę Burnin’ zawierającą oryginał przyniósł do studia Terry. Clapton nie znał wówczas ani Marleya, ani jego zespołu The Wailers. Mocne reggae’owe nagranie – jak pisze o tym Paul Scott w biografii artysty – było dla Claptona dużym wyzwaniem i kiedy skończyli, uznał, że nie jest dość dobre w porównaniu z oryginałem, nalegał więc, by nie zamieszczać go na płycie. Jednak Stigwood i wytwórnia byli przekonani, że kawałek stanie się przebojem i uparli się, że nie tylko go opublikują, ale wypuszczą jako pierwszy singel z sesji. Mieli rację, krążek dotarł na szczyt amerykańskiej listy magazynu Billboard i uplasował się na topie zestawień w Kanadzie i Nowej Zelandii.
461 Ocean Boulevard
REKLAMA
REKLAMA
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)

















